Nietykalność osobista

Wyobraźmy sobie taką sytuację:
Siedzisz sobie na kanapie i przeglądasz album ze zdjęciami. Przychodzi do domu ktoś, kogo widziałaś/-eś kilka razy w życiu. Twarz kojarzysz, ale nie jesteś do końca pewna/-y, skąd. Wchodzi do pokoju, od razu do Ciebie podchodzi i – co więcej! – zaczyna głaskać po buzi, łaskotać po brzuchu, próbuje przytulić, a nawet wziąć na ręce… Aaaaa….! Ratunku! Ja mam dość tej wizji, nie wiem, jak Wy?

Powyższy opis to być może wizyta znajomych. Naszych znajomych, którzy pewno lubią dzieci. 😉 Fajnie, ale czy te dzieci chcą AŻ takiej bliskości z ich strony? Czy nie mają nic przeciwko? Czy mają na nią ochotę w tym momencie?

Chciałam dziś zwrócić uwagę na problem nietykalności osobistej i strefy intymności, do której prawo ma każdy i sam wyznacza jej granice. Niestety, dorośli często przekraczają granice nietykalności osobistej dzieci wbrew ich woli. I wcale nie mam na myśli bicia, szarpania, czy krzyku. Tu w ogóle nie ma o tym mowy, ponieważ przemocy wyraźnie mówię: „NIE!”.

Strefa intymności, to odległość, na którą dopuszczamy do siebie ludzi. Jest różna u różnych osób (niektórzy zawsze stają blisko rozmówcy, a inni daleko, ze skrzyżowanymi rękami lub wręcz lubią się odgrodzić stolikiem) i jest różna dla różnych osób z naszego otoczenia (dla osób z rodziny na pewno będzie mniejsza niż dla znajomych, a dla sąsiada czy listonosza, z którymi jedynie sporadycznie zamieniamy kilka słów przy bramce będzie prawdopodobnie największa).

I znów – nie zarzucam nikomu złej woli. Chcę zwrócić uwagę na fakt, że wiele osób podchodzi do dzieci, dotyka je, głaszcze, chce wziąć lub bierze na ręce, a one niekoniecznie mają na to ochotę. Rzecz tyczy się zwłaszcza najmniejszych dzieci, czyli niemowląt, ale także przedszkolaków.

Nie raz widziałam jak ktoś (w swoim rozumieniu zabawy) próbuje łaskotać dziecko, a ono, przez wymuszony drażnieniem zakończeń nerwowych śmiech, mówi: „Nie, nie, nie!”. Dorosły się bawi, a dziecko ni z tego, ni z owego go odpycha lub uderza. To nie jego zła wola, chęć dokuczenia, to nie żadna „niegrzeczność”. To jest obrona! Jak dziecko ma inaczej się obronić przed „atakiem” dorosłego, skoro słowna obrona nie zadziałała? Sytuację sprowokował dorosły przekraczając granice dziecka, o czym ono go informowało swoim „Nie!”.

Piszę ten post, ponieważ tak jak dorośli mają różną strefę intymną i jedni witają się jedynie przez „cześć” czy „dzień dobry”, inni przez podanie ręki, kolejni przez buziaka w policzek, a jeszcze inni przytulasem, tak dzieci różne osoby dopuszczają na inną odległość i uszanujmy to. To, że dziecko nie daje się komuś wziąć na ręce lub nie wchodzi mu samo na kolana, nie oznacza, że go nie lubi albo jest złym człowiekiem. Być może potrzebuje się oswoić, poznać, przypomnieć, przyjrzeć. A i tak może się okazać, że na zabawy z łaskotkami nie zasłużymy. 😛 To, co dla dorosłych często jest niewinną zabawą (mam tu na myśli przytulanie, noszenie, łaskotanie, robienie konika na kolanach), małe dziecko może po prostu „boleć”, bo narusza jego nietykalność osobistą, przekaracza granice, do których dopuszcza jakąś osobę.

Jakoś utarło się, że dzieci lubią być brane na ręce przez wszystkich, łaskotane, noszone, podrzucane, itp. Natomiast, zobaczyłam to wyraźnie mając swoje malutkie dziecko, że po pierwsze wcale tak nie jest, po drugie ludzie nie biorą na poważnie dziecięcego sprzeciwu i często w jego imieniu trzeba wyraźnie dać komuś do zrozumienia, że dziecko tego nie chce. To, że ono JESZCZE nie płacze, wcale nie oznacza, że mu pobyt na rękach innej osoby pasuje. Jeśli widzimy strach w oczach, jeśli dziecko wyciąga do nas ręce, to nie pozwólmy, by ktoś usilnie zatrzymywał je u siebie tylko dla zaspokojenia swoich ambicji. „Nie.” oznacza „Nie.”. Bądźmy konsekwentni w tym wypadku, a będzie to ogromny krok w budowaniu dziecięcej ufności w to, że zawsze może mieć w nas oparcie.

Tak jak nie zaczynamy łaskotać znajomych, przynajmniej na początku wizyty 😉 , tak nie róbmy tego dzieciom, jeśli nie otrzymamy od nich wyraźnego sygnału, że mają ochotę na taką zabawę i to je cieszy. I nie bójmy się zareagować, kiedy sytuacja tego wymaga. Nie bójmy się powiedzieć znajomym i rodzinie, żeby nie postępowali w ten sposób wobec naszego dziecka. W końcu ono i jego dobro powinno być dla nas ważniejsze niż jakakolwiek, nawet kąśliwa uwaga pod naszym adresem.

To pisałam ja – matka dziecka, które nie lubi dotykania przez innych i często musiała reagować. Nieraz komuś fizycznie dało do zrozumienia, że ma go przestać łaskotać, jeśli słowny komunikat nie zadziałał. Kiedyś, stając w jego obronie usłyszałam nawet, że mam nie być taka zaborcza. 😛 A teraz najczęściej mały S. radzi sobie już sam. 🙂

POZDRAWIAM!

  • Świetny tekst, temat rzeka, ale moje małe L. też tak ma, nie lubi i koniec. Jedyne co potrafi na obronę przed "ciociami" to płacz jak przy pobieraniu krwi 🙂 ale działa, pozdrawiamy i czekamy na kolejne posty:-D

  • U nas podobnie… Jak ktoś "nieznajomy" przekroczy dozwoloną odległość zaczyna się płacz. Raz nawet usłyszałam że za mało do ludzi z nią wychodzę i to dlatego…co pomyślałam zostawię to bez komentarza

  • A wiecie co mnie najbardziej denerwuje… Te spojrzenia… "Co nie uśmiechniesz się? Nie chcesz przyjść na kolanka? Nie chcesz się przytulić i bawić? Hmmm… a moje(j) (koleżanki/sąsiadki/kuzynki/córki itd.) dziecko jest lepsze, zabawniejsze, weselsze…". Aaaaaa!!!

  • Myślę, że jednak to dziecko koleżanki/sąsiadki/kuzynki/córki itd. nie jest "lepsze, zabawniejsze, weselsze…", ale po prostu inne. Jedno ma takie atuty, drugie inne. Razem mogą stworzyć coś fajnego, bo w różnorodności siła. Niestety, tak jak piszesz, niektórzy dorośli sami wystawiają swoje dzieci do wyścigu szczurów od kołyski, ale jedyne, co możemy z tym zrobić, to nie dać się sprowokować i pokazywać właśnie to bogactwo w różnorodności. 🙂

  • Ważny temat, dobrze że go poruszyłaś. Myślę że to również zależy od tego jak zostaliśmy wychowani, bo niektórych paraliżuje bliskość a inni do niej lgną.

  • Dominik

    bardzo ciekawy wpis! dziecka póki co nie mam 🙂 ale wezmę pod uwagę przy chrześniaku 🙂