Chwalić czy ganić – co jest lepsze?

Każdy z nas chciałby wychować dziecko o adekwatnym poczuciu własnej wartości, prawda? Każdemu marzy się, żeby jego szkrab znał swoje mocne i słabe strony; by wiedział, na co go stać – kiedy może dać z siebie jeszcze trochę, by coś osiągnąć, a kiedy odpuścić, bo coś jest jeszcze ponad jego siły. Każdy chciałby mieć dziecko szczęśliwe i radosne, a nie sfrustrowane niepowodzeniami. Czy jest na to jakaś metoda? Co bardziej pomoże dziecku – chwalenie czy ganienie? A może jedno i drugie? Co robić – chwalić czy ganić?

Chwalić?

Dziecko od pierwszych dni życia, kiedy zrobi COKOLWIEK, najczęściej słyszy: „brawo”, „wspaniale”, „super”, „świetnie”, do tego często dochodzą oklaski osób z najbliższego otoczenia. Jest to tak oczywiste, że nawet, kiedy moje dziecko otrzepywało sobie kiedyś ręce po jedzeniu jedną o drugą, usłyszałam: „Patrzcie, jak fajnie, bije sobie brawo, bo zjadł.”. Nie, nie bił sobie brawo, nie przyszłoby to nam w ogóle do głowy. Otrzepywał ręce, do których coś się przykeiło. Tyle.

Dlaczego napisałam, że nie przyszłoby nam to do głowy?
Kiedyś przydarzyła się w naszej rodzinie taka sytuacja: babcia zajmowała się dzieckiem i poczuła potrzebę pójścia do toalety. Wyjaśniła to wnuczkowi i udała się do łazienki, który postanowił poczekać na nią pod drzwiami. W pewnym momencie chłopczyk wtedy ok. dwuletni usłyszał dźwięk spuszczanej wody i zaczął bić brawo wołając „Brawo, Baba siku!”. Babcia chłopca opowiadając nam to zdarzenie oczywiście śmiała się, bo cała sytuacja była zabawna. nie mniej jednak powiedziała też, że poczuła się… jak upośledzona, bo przecież dla niej jest to zupełnie naturalna i normalna sytuacja, nie potrzebuje, nie chce, by ktoś za czynność fizjologiczną i samoobsługową nagradzał ją oklaskami.

Właśnie dlatego nie przyszłoby nam do głowy, by bić Małemu S. brawo, ponieważ coś zjadł. Zjadł, bo potrzebował zaspokoić głód, zjadł, bo jest to naturalna czynność, którą wykonuje tak samo jak pozostali członkowie rodziny, z którymi siada do stołu. Nie bijemy sobie braw za zjedzony posiłek, więc dziecku też darujmy tę „przyjemność”. To wcale nie jest tak, że dzieci oczekują pochwał.

Dzieci potrzebują naszej UWAGI.

Nasza uwaga, czyli spojrzenie w ich stronę. Nie zajmowanie się kilkoma innymi rzeczami na raz, ale chwila, kiedy dziecko czuje, że JESTEŚMY TU I TERAZ razem z nim. Ten moment, kiedy dziecko wie, że może poprosić o pomoc, jeśli będzie jej potrzebować. Uwaga jest ważniejsza niż pochwała, o której po pierwsze szybko się zapomina, zwłaszcza, jeśli była wyrażona jednym słowem, typu „świetnie”, „super” i brawo”, po drugie dlatego, że pochwała często paradoksalnie powoduje zaprzestanie wysiłku. Dlaczego? Dlatego, że skoro już jest świetnie, to po co dalej się starać? Po trzecie dlatego, że pochwała wyrażona w trakcie wykonywania czynności rozprasza i może spowodować niepowodzenie. Kolejny paradoks? Otóż wyobraź sobie, że układasz wieżę z kart, masz już 15 rzędów. W tym momencie ktoś wchodzi  i zaczyna coś do Ciebie mówić, Tobie ręka zadrżała i… jedna źle położona karta, całość się rozsypuje. Podobnie działa to u dzieci przy najprostszych czynnościach – podnoszeniu kubka z wodą, wkładaniu łyżeczki z zupą do ust, układaniu wieży z klocków, nauce chodzenia, etc.

Hm… Ganić?

„Źle to masz.”, „Co to robisz?”, „Nic z tego nie będzie.”, „Co z ciebie wyrośnie?”, „Jak to wygląda?”…
Brrr…! I tym sposobem podcinamy skrzydła.
„Źle to mam, czyli ja też jestem zły, a może nawet beznadziejny?” Dzieci często myślą o sobie w takich kategoriach, w jakich mówi się o ich pracy, uogólniają.
„Nic z tego nie będzie? To cała praca jest bez sensu, niepotrzebnie się męczyłem, nie ma w tym nic dobrego.” A czy aby na pewno? Może jednak dziecko zaczęło dobrze, wystarczy znaleźć moment, w którym nastąpił błąd, poprawić i kontynuować razem z pomocą rodzica tak, by skończyło się dobrze? A może coś nie wyszło, ale dziecko czegoś się nauczyło?
„Jak to wygląda? No jak, mamo / tato / babciu / wujku? Powiedz mi, o co konkretnie chodzi, bo nie rozumiem.”

Ganienie, słowne reprymendy niewiele dają, zwłaszcza jeśli są tak ogólne, ale bynajmniej nie namawiam do „ganienia szczegółoweemot smuuugo”! Chodzi mi o to, że takie negatywne komunikaty wzbudzą w dziecku jedynie poczucie winy, często nieadekwatne do jakiegoś wydarzenia, spowodują, że dziecko NIE BĘDZIE CHCIAŁO KONTYNUOWAĆ CZYNNOŚCI lub PODEJMOWAĆ KOLEJNYCH PRÓB ZROBIENIA CZEGOŚ, ponieważ będzie bało się porażki lub negatywnej reakcji opiekuna. Jednym słowem, lepiej robić nic, niż narazić się na zganienie.

Chwalić czy ganić?

Ani chwalić, ani ganić. Co zatem robić? po pierwsze mówić, co widzisz. Opisywać rzeczywisty stan rzeczy.

Zamiast „Brawo!” na widok trzech klocków postawionych jeden na drugim, powiedz: „O! WIDZĘ, że wybudowałeś wieżę.” lub „Widzę, że potrafisz wybudować wieżę z klocków.”

Zamiast „Świetnie!” na widok pustego talerza po obiedzie, możesz powiedzieć „Widzę pusty talerz. Czy smakowało ci jedzonko?” lub „Cieszę się, że zjadłeś tyle, ile twój brzuszek potrzebował.” To ważne, żeby dzieci jadły tyle, ile potrzebują, bo one to wiedzą, tylko dorosłym wciąż się wydaje, że powinny więcej, ale to temat na oddzielny post, więc pozwólcie, że zajmę się tą kwestią innym razem.

Zamiast „Źle to masz.”, można powiedzieć „Widzę, że coś Ci nie wyszło, czy potrzebujesz pomocy, żeby to naprawić?”
Zamiast „Jak to wygląda?”, możesz powiedzieć „Popatrz, ubrudziłeś to i to, więc trzeba to posprzątać. Chodź, pójdziemy po szmatkę i powycieramy.”

Oczywiście, treść komunikatu i zakres pomocy trzeba dostosować do wieku dziecka i jego możliwości. Nie mniej jednak ważne jest to, że już najmniejsze dzieci mogą pomóc posprzątać, czy naprawić drobne usterki, na tyle, na ile pozwalają im aktualne możliwości. My, dorośli najwyżej potem trochę tę pomoc udoskonalimy z dzieckiem lub bez, znów w zależności od potrzeb.

Mówię, co widzę, buduję relację!

emotAni chwalić, ani ganić. Mówmy wprost: co widzimy. Na pewno zostanie to lepiej zrozumiane i lepiej zapamiętane. To po pierwsze. Po drugie: do tego, co mówimy, dołączmy też informacje o swoich uczuciach: „Cieszę się, kiedy….”, „Lubię, kiedy…”, „Podoba mi się, że…”, „Jest mi smutno, kiedy…”, „Denerwuję się, gdy….”. To nie jest prawda, że trzeba chować przed dzieckiem swoje emocje, że trzeba zawsze być spokojnym i opanowanym. Bo jeśli dziecko nie będzie widziało naszych emocji, to jak nauczy się konstruktywnie radzić ze swoimi? Poza tym, często w ramach „opanowywania się”, jezyk dorosłych staje się ostry jak brzytwa, bo na niego przenosimy tłumione emocje i wtedy dziecko słyszy jakieś słowa, których później żałujemy. Zamiast tego, lepiej powiedzieć dziecku: „Proszę, zostaw teraz tę patelnię i tłuczek. Denerwują mnie te dźwięki. Może zamiast tego zrobimy to i to?”. Dziecko dostaje informację o uczuciach rodzica, dowiaduje się, że rodzic nie chce słyszeć podwórkowej perkusji, ale też otrzymuje propozycję zrobienia czegoś w zamian. Oczywiście, nie musi się zgodzić od razu na pierwszą propozycję, ale jestem przekonana, że uda się w końcu tym sposobem znaleźć jakieś inne wyjście. Bez ranienia uczuć każdej ze stron, bez wojny domowej.

A wracając do początku posta – ani chwalić, ani ganić. Po prostu mówić, co widzisz oraz opisywać swoje uczucia. Ten sposób komunikacji, to nic innego jak budowanie adekwatnego poczucia własnej wartości u dziecka, które dzięki komunikatom typu „Widzę, że potrafisz…”, otrzymuje cenną wiedzę o swoich umiejętnościach. To inwestycja w jego przyszłość. A właściwie we wspólną przysżłość, bo od dzisiejszych relacji zależy to, jak będą one wyglądały w przyszłości. 🙂

Pozdrawiam!

 

P.S. Z mężami i żonami też można tak rozmawiać – dobrze robi związkom 🙂

Może polubisz także...