Emocje a „nie chcę”, „nie lubię”, „nie będę”…

– Synku, co zjesz dziś na śniadanie? – pytam o poranku.
– Nic.
– A może masz ochotę na jajecznicę? – próba numer dwa.
– Nie, nic nie zjem.
– Hm…. A może płatki z bananem? – próbuję po raz trzeci.
– Nic nie chcę, na nic nie mam ochoty, nic nie będę jadł.

Kiedy w końcu o 9.30 jakimś cudem udało się nam zjeść co nieco:
– Synku, umyjemy teraz ząbki, co?
– Nie chcę myć zębów.

– S., chodź, ubierzemy się i pójdziemy na pole. – mówię z uśmiechem na twarzy.
– Nie chcę iść na pole.
– A może miałbyś ochotę zobaczyć, co słychać na placu zabaw? Dawno tam nie byliśmy.- Mimo, że już nieco zniechęcona, wciąż próbuję…
– Nie, mamo, ja nie chcę iść na wieś!

– S., obiad już czeka.
– Nie chcę. Nie będę jadł.
– Ok, a jak zgłodniejesz, to mi powiesz?
– Nie powiem…

– Mamo, idę do pokoju poczytać książeczkę.
– Dobrze, tylko pozbieraj najpierw zabawki, którymi skończyłeś się tu bawić.
– Nie pozbieram, nie chcę. Ja uciekaaaam! Cha, cha, cha, cha, cha…!

Emocje we mnie: „Aaaaa…!”

Mniej więcej w takim „nieniowym” klimacie upłynęło dopiero kilka godzin tego „upojnego” dnia. Co będzie dalej, aż strach pomyśleć… Emocje we mnie? Kocioł! Najpierw uśmiech i dystans powoli ustąpił miejsca zniecierpliwieniu, głębokie oddechy nie pomagają. Aż w końcu chciałoby się krzyknąć, wrzasnąć… Aaaaaa…! A najlepiej powiedzieć: „Rób, kazałam. Tak ma być. Bez dyskusji. Koniec. Kropka.” Pomogłoby? Mnie może by ciśnienie spadło, ale po pierwsze u dziecka albo byłby większy negatywizm, albo by zamilkło i zrobiło, albo by się rozpłakało… Wtedy z kolei we mnie byłoby poczucie winy za wybuch…

Niby każdą z powyższych sytuacji da się logicznie wytłumaczyć:
– nie miał jeszcze ochoty na śniadanie,
– wolał się bawić niż myć zęby (oczywiste, prawda?),
– nie miał ochoty na spacer, wolał pobawić się choćby w ogródku,
– nie był jeszcze na tyle głodny, by zjeść obiad,
– sprzątać nie chciał, bo już miał pomysł na inne zajęcie i by mu się opóźniło, a przy okazji wymyślił zabawę w uciekanie, bo zawsze jest miło jak mama łapie…

Fajnie. Ale co z tego, kiedy do zrobienia jest multum różnych rzeczy, czas goni, a do tego jest nas dwoje i ja też mam jakieś pomysły i plany na siebie danego dnia? Co z tego, kiedy ja muszę udźwignąć swoje emocje, które są negatywne i do tego jeszcze emocje mojego dziecka? Co z tego, kiedy we mnie już kipi?

Taki w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz…

No właśnie… Czasem wydaje się, że nasze dziecko robi nam na „złość”, że utrudnia, że przez jego stawanie „okoniem” mamy pod górkę.

Tymczasem ono może po prostu ma zły dzień i potrzebuje przytulenia.

Być może zbiera go choroba, przeziębienie lub się nie wyspało.

Być może śniło mu się coś złego i to spowodowało kwaśną minę, dystans i wszystko na „nie”.

Być może chce nam powiedzieć coś ważnego, a nie potrafi się wysłowić.

I co z tego, kiedy ja mam już naprawdę dość?

Odpowiedź nie jest prosta. Warto jednak spróbować powiedzieć sobie „STOP”. Chodzi o to, żeby się dalej nie nakręcać – jedno drugiego. Rodzic dziecka, dziecko rodzica. Wziąć kolejny głęboki oddech i zrobić to, co robisz sam, kiedy masz zły dzień. Nie iść w zaparte i skoro dziecko nie „współpracuje”, to stawiać mu kolejne zakazy, nakazy czy wymagania lub stosować zasadę „wet za wet”. Proponuję zrobić coś…. przyjemnego. Coś, co wszystkim poprawi humor i pozwoli dalej żyć we wzajmenym pokoju. 😛

Dla jednego dziecka będzie to chwila zabawy, dla innego kilka minut rozmowy, ale takiej, kiedy rodzic nie zajmuje się niczym innym i patrzy tam, gdzie wskazuje dziecko, ktoś inny może chciałby zamiast spaceru pojeździć rowerem, ktoś inny chciałby przytulenia – czasem w niemal czarodziejski sposób jeden przytulas potrafi zdziałać cuda i dziecko zaczyna z nami współdziałać.

Skoro ja dla odprężenia spotykam się z koleżanką, to może warto zaplanować taką rozrywkę i naszemu dziecku? Skoro ja wychodzę, żeby odetchnąć, odpocząć i zatęsknić, to może i naszemu dziecku przyda się taka odskocznia? Może jakieś wyjście na „kulki”?

I od razu świat staje się piękniejszy. 🙂

Postarajmy się na chwilę zapomnieć. Postawić kropkę na końcu tego zdania. Odwrócić kartkę i zacząć pisać kolejny rozdział. Wiem, że to trudne, samą mnie czasem roznosi od środka, ale zawsze wtedy przypominam sobie o tym, że nie warto pielęgnować w sobie złości. Lepiej napełniać się pozytywnym myśleniem, a poza tym…

male-tylko-raz

 

 

 

  • Każdy z nas miewa gorsze dni, albo chce być po prostu na nie. A twój synek podejrzewam jest w dodatku w wieku „na nie”. Przejdzie…

  • Zgadzam się, każdy ma gorszy dzień i dziecko ma prawo też go mieć… co nie zmienia faktu, że czasami jest nam trudno opanować nerwy. Mój Syn niedawno przechodził bunt dwulatka i wiem ile cierpliwości i samokontroli potrzeba, by temu sprostać. Ale teraz jest już lepiej i chyba trochę pomogła ta moja z jednej strony wyrozumiałość i empatia, a z drugiej stanowczość/konsekwencja, bo i tego czasami też trzeba się nauczyć 😉 Pozdrawiam gorąco!

  • Sama miewam takie dni, że jestem na nie, więc dlaczego dziecku żałować 😉

    • Ale Zjawa

      No ba! 😛

  • Wszyscy jesteśmy ludźmi: małymi i dużymi i mamy prawo do lepszych i gorszych dni. My rodzice mamy prawo do słabości, braku kontroli. Dziecko też je ma.
    To tyle teorii. Czasami tak trudno przekuć to na praktykę 😉
    Ale ciekawą rzecz powiedział mi niedawno psycholog o moich 2,5-latkach: że takie małe dzieci nie są jeszcze zdolne do złośliwości. Że to, co mi się wydaje złośliwe jest przeważnie manifestem czegoś: skumulowanej złości, rozczarowania itp

    • Ale Zjawa

      Trafiłaś na dobrego psychologa. 🙂 Mam nadzieję, że ta wiedza będzie się upowszechniać. 🙂