Dotykowe warsztaty „Ale dzidziuś” – relacja 22.11.2016 r.

Warsztaty „Ale dzidziuś!” rozkręcają się na dobre. Wczoraj odbyło się nasze trzecie spotkanie, podczas którego położyliśmy akcent na zabawy dotykowe.

Na początek jednak wszyscy usiedliśmy razem w kręgu, by się sobie przedstawić lub przypomnieć imiona oraz podzielić informacją o ulubionej zabawce. Następnie mamy i dzieci wspólnie próbowały śpiewać i ilustrwać słowa piosenki ruchem. Najpierw było to krasnoludkowe „Szupurupu”, a potem znane nam już całkiem dobrze „Głowa – ramiona – kolana – pięty”.

Drewniane klocki

Ponieważ większość małych uczestników zajęć ma około roku, to można zaproponować im pierwsze zabawy konstrukcyjne. Zatem po wspomnianej rozgrzewce, na środek sali wjechały drewniane klocki w różnych kształtach i kolorach. Oczywiście, zanim zacznie się coś tworzyć i dudować, trzeba dowiedzieć się, jak to coś jest zbudowane, prawda? Dlatego też na pierwszy ogień poszło burzenie wież zbudowanych rękami mam. Było też dokładne badanie kształtów za pomocą rąk, no i oczywiście… małych buź. 😛

img_20161122_102206

img_20161122_102228

img_20161122_102232

Dotykowe rękawiczki

Kolejną zaproponowaną aktywnością, było przygotowanie przez mamy dla swoich szkrabów sensorycznych baloników oraz rękawiczek. Tutaj zaczął się prawdziwy raj dla dzieci, ponieważ mogły dotykać ryż, fasolę, kaszę, groch, mak, kokos. Mamy zezwoliły nawet na kosztowanie kokosu! Dzieci mogły przy okazji mogły pobawić się łyżkami, mieseczkami oraz lejkami służącymi do napełniania baloników i rękawiczek. Mamy śmiały się, że z tą ilością kokosu, mamy prawie gotowe świąteczne ciasto. 😛

img_20161122_103142

img_20161122_103205

img_20161122_103420

img_20161122_103648

img_20161122_103724

img_20161122_103231

Wytłumaczę jeszcze, dlaczego rękawiczki. Otóż rękawiczka ma ciekawy kształt – za każdy palec można pociągnąć, kiedy chwycimy ją za jeden, reszta zabawnie opada, kiedy ściśniemy, to część sypkiego materiału ze środka przedostaje się do sąsiedniego. To bardzo ciekawe. 🙂

Takie rekawiczki są dla dziecka interesujące jeszcze z innego powodu. Mam na myśli ciężar i fakturę.
Ciężar: wsypując do dwóch rękawiczek objętościowo tyle samo ryżu, co kokosu, okaże się, że jedna z nich jest o wiele cięższa o drugiej. Co to za dziwy? 🙂
Faktura: otóż ryż jest w dotyku inny niż kasza, kokos czy mak. Dla nas to oczywistość, ale maluch musi tego dopiero doświadczyć. Dajmy mu tę mozliwość i obserwujmy jak reaguje odkrywając tajniki świata.

A gdyby ktoś miał ocohtę na jeszcze inne zabawy z rękawiczkami, to prezentuję pomysł na zwierzaki – cudaki tu <klik>.

Nasmarowane mamusie

Wiecie ile radości daje czuły masaż? Wiecie, ponieważ same pewno codziennie po kąpieli wycierając swoje dziecko go wykonujecie, być może nawet z wykorzystaniem jakiegoś kremu. Warto też pozwolić na taki czuły dotyk swojemu dziecku. Dla niego jest to kontakt z inną substancją, być może nową, a dla Was, mamusie czysta przyjemność. Przyjemne z pożytecznym. Wiadomo, początkowo bawimy się w smarowanie jednej ręki, czy nawet jej kawałka, ale z czasem maluch nabiera wprawy, oswaja się z kremem i z przyjemnością nasmaruje Wam nogi, a nawet plecy. Mały S.uwielbia tę zabawę w domowe SPA. Jedyne, czego trzeba pilnować, to ilość zużywanego kremu, ale to „pestka”, a jakież to wspaniałe ćwiczenie dotykowe. 🙂

img_20161122_104737

img_20161122_104731

img_20161122_104746

img_20161122_104809

Bańki mydlane

Na koniec zajęć zaproponowałam wspólne puszczanie i łapanie baniek mydlanych. Ileż było radości, kiedy latały w powietrzu oraz ile zdziwienia, kiedy nagle znikały!

img_20161122_105153

img_20161122_105202

img_20161122_105246

Wszystkie zabawy zostały uwiecznione na fotografiach, których całkiem sporo w galerii na końcu posta.
Zapraszam do oglądania.

Pozdrawiam! 🙂

P.S. kolejne takie warsztaty już we wtorek 29 listopada. Jeśli masz ocohtę dołączyć do grupy ze swoim Maluszkiem, napisz lub zadzwoń. Wszystkie dane znajdziesz w zakładce „KONTAKT/WSPÓŁPRACA”.

 

Sprawnościowe warsztaty AD!AM! – relacja 17.11.2016 r.

„Ma Tygrys powody do dumy
i cenę swą dobrze zna,
bo całe ciało ma z gumy, sprężyny na nogach ma!
Skacze, bryka i wiruje, braknie mu aż tchu.
Szaleje bez końca, bo widzi i czuje,
że nie ma równych mu!
NIEEEE MA RÓWNYCH MU!” 🙂

Znacie tę piosenkę Tygryska, przyjaciela Kubusia Puchatka? Pasiasty odśpiewał ją w odcinku, w którym było o tym, jak bardzo jest rozbrykany… Jak rozbrykanie może narobić szkód, gdy się nie uważa, ale też że Tygrys który nie bryka nie jest już tym samym Tygryskiem, którego wszyscy znają i lubią.

Kiedy patrzę na dzieci uczestniczące w warsztatach, nie mam wątpliwości, że są jak ten Tygrysek. Dlaczego?
Ciało jak z gumy? Jest!
Sprężyny w nogach? Są!
Skaczą, brykają i wirują? Tak!
Potrafią szaleć bez końca? Oczywiście! 🙂

Dlatego też czwartkowe warsztaty „Ale dziecko! Ale mama!” upłynęły nam na przeróżnych zajęćiach, ale tym razem ze szczególnym akcentem położonym na tym, by dzieci zdobywały szlify sprawnościowe.

Plastycznie

Rozpoczęliśmy oczywiście tańcami, a po nich zasiedliśmy do zadań plastycznych. Jednym z nich było pokolorowanie kartki miękkim ołówkiem, a następnie za pomocą gumki jego wycierania, tak by powstał obrazek.

Drugie zadanie, jakie stanęło przed dziećmi było… mroźne i słodkie jednocześnie. Ponieważ jesień uraczyła nas już w tym roku śniegiem i temperaturą poniżej zera na termometrach za oknami, postanowiliśmy to zobrazować.

Najpierw dzieci wybierały sobie zwierzątka, następnie przyklejały je na kartkę, a potem trzeba było jeszcze przygotować pięknie skrzący się mróz. Jak go wykonaliśmy? Przy użyciu kryształków cukru. Niektórzy rozpoznali ten biały proszek i nawet sprawdzili jak smakuje. Jakież było zdziwienie, gdy okazało się, że to jest słodkie! 😛

img_20161117_102037

img_20161117_102120

img_20161117_102153

img_20161117_162003

img_20161117_162324

img_20161117_162303

Sprawnościowe zmagania

Wspomniane na początku sprawnościowe zadania były trzy. Pierwszym z nich był tor przeszkód z misek, który trzeba było pokonać wysoko podnosząc nogi do góry. Zadanie niezwykle przypadło do gustu dzieciom, zwłaszcza z grupy popołudniowej. Wydawało się, że będziemy tak chodzić do końca zajęć, bo gdy tylko któreś „Ale dziecko!” dochodziło do końca, zaraz wracało do kolejki, by przejść po torze kolejny raz i jeszcze kolejny, i jeszcze jeden… 😉 Dlatego też grupie popołuniowej brakło czasu na wykonanie drugiego i trzeciego zadania.

Jakie były kolejne zadania? Tym razem wykorzystaliśmy długą i grubą linę. Najpierw spacerowaliśmy po niej jeden za drugim, a następnie… to, co tygryski lubią najbardziej, czyli…. przeciąganie liny! Ileż było radości, gdy mamy wraz z dziećmi podzieliły się na drużyny i wszyscy zaczęli ciągnąć ją w swoją stronę. Mamy były dość subtelne i jakoś w żadna strona nie mogła zwyciężyć. Zakasałam więc rękawy i pomogłam mniej licznej drużynie. Trzeba było słyszeć tę radość! Wcale nie z wygranej, czy przegranej, ale z powodu poprzewracania się na materace. 😉

img_20161117_104409

img_20161117_164310

img_20161117_164328

img_20161117_164656

Czas relaksu

Ponieważ zadania sprawnościowe wymagały sporego nakładu energii, dla równowagi trzeba było też trochę poleniuchować i odpocząć. Co wybraliśmy w tym celu? Delikatny masaż dziecka przez mamusię z użyciem pędzelka. Więcej o korzyściach w niego płynących możecie poczytać tutaj <klik>.

img_20161117_165803

img_20161117_170143

Szaleństwo bez końca

Było dużo tańców, były śpiewy, była także gra na instrumentach. Tworzenie muzyki, wydobywanie dźwięków fascynuje dzieci niesamowicie. A kiedy do wyboru jest cała skrzynia, w której znaleźć można tamburyna, marakasy, kastaniety, klawesy, dzwonki z pałeczkami… to ma się wrażenie, że niebo stoi przed małym człowiekiem otworem. 😉
Wspólne muzykowanie to okazja do wprowadzenia dzieci w świat dźwięków i rytmów. To możliwość zapoznania małych melomanów z utworami przeznaczonymi specjalnie dla nich, ale także z klasyką, której większość dzieci nie słyszy zbyt często, a która świetnie wpływa na ich rozwój.

img_20161117_102921

img_20161117_102934

img_20161117_102944

img_20161117_171600

img_20161117_103509

Tak oto upłynęło nam 90 min. wspólnej zabawy – harców, brykania, tworzenia i odpoczynku. Jak zwykle, zapraszam do oglądania zdjęć umieszczonych w galeriach pod postem, bo jest ich tam znaczenie więcej niż w tekście.

Pozdrawiam! 🙂

GALERIA zdjęć z zajęć porannych:

GALERIA zdjęć z zajęć popołudniowych:

Skąd się bierze asertywność, czyli pozwól dziecku na „nie”.

Na początku tego wpisu chcę podziękować Inspiracjom, które mnie spotykają. Tymi Inspiracjami są znajome mniej lub bardziej dzieci oraz ich rodzice. Czasem inspiracją do głębszych przemyśleń jest cała rozmowa, jakieś wydarzenie pomiędzy dziećmi lub dzieckiem a rodzicami, a czasem zaledwie jedno zdanie, pytanie lub gest. Tym razem wyszliśmy od rozmowy na temat „buntujacych się” i nie maluchów, by dojść do asertywności. Ale może zacznę od początku.

Każdy z nas chciałby, aby jego dziecko w przyszłosci potrafiło stawić czoła światu, prawda? Żeby umiało oprzeć się wszelkim mogącym je spotkać negatywnym wpływom. Chcielibyśmy wyposażyć je w takie umiejętności psychologiczne i społeczne, by z łatwością odróżniało to, co dla niego dobre od tego, co mu może zaszkodzić. 

Pierwsze, co się nasuwa, to oczywiście skojarzenia ze szkolną rzeczywistością: wagary, narkotyki, alkohol, papierosy, namowy do seksu, kradzieży, podpuszczanie przez starszych kolegów czy koleżanki, itp. I to bardzo ważne, by ten nastoletni okres „burzy i naporu” przejść bez szwanku. Jednakże negatywne wpływy rozpoczynają się znacznie wcześniej niż w szkole podstawowej, gimnazjum, czy w liceum! Wiadomo, najpierw inne, mniejszego kalibru niż te wymienione tu w pierwszej kolejności, ale chcę pokazaćdo czego mogą prowadzić inne, uznawane za mniej szkodliwe.

Jedzenie

Czy zdrarzyło się Wam kiedykolwiek być namawianym lub przymuszanym do jedzenia? Pamiętacie towarzyszące Wam uczucia? Niektórzy z tego powodu mają prawdziwą traumę i jest to najszczersza prawda, że zaburzenia odżywiania mogą mieć swoje korzenie w poczatkach przygody z rozszeraniem diety, karmieniem na siłę i trzymaniu dziecka przy stole aż talerz będzie pusty…
Co prawda jedzenie to temat dłuższy i bardziej skomplikowany, nadający się na oddzielny post, jednak świetnie nadaje się tutaj jako przykład. Dziecko ma naturalny regulator uczucia głodu i sytości. Zatem spokojnie, jeśli jest zdrowe, prawidłowo się rozwija, nie ma żadnych zaburzeń, to kiedy mówi „dość”, naprawdę czuje się syte i więcej nie potrzebuje, a kiedy jest głodne, to… będzie wołać, dopóki nie dostanie jeść – i to niezależnie od tego, czy to kilkudniowy maluch, czy trzylatek. 😉

Słodycze

Kolejny przykład, związany poniekąd z jedzeniem i też szerooooki tak, że zasługuje na odrębny post, to słodycze. Coraz więcej rodziców jest świadomych zagrożeń związanych, jakie niesie ze sobą spożywanie cukru. To kwestia możliwego rozwoju otyłości, insulinoodporności czy cukrzycy. Jak pokazały badania, o których można poczytać tu <klik> czy tu <klik>, Altzheimer to może być cukrzyca III typu. A chyba każdy z nas chciałby uchronić przed takimi powikłaniami swoje dzieci, prawda? Okazuje się, że nie dawać dzieciom słodyczy i białego cukru to za mało. Ważne też, by nie zachęcać słowami: „No weź, popatrz, inne dzieci też jedzą i smakuje im.”, „Proszę, poczestuj się, będzie mi miło”, itp.

Buziaki, przytulaski, czyli powitania i pożegnania

„No przytul się do cioci na pożegnanie”, „Daj babci buziaka na powitanie”. Dziecko nie chce, nie ma ochoty na taki bliski kontakt fizyczny, więc pozwalamy mu na dystans. Wywieranie presji, by jednak zrobić coś, bo „wypada” to zła droga. Pisałam już o tym jakiś czas temu w poście o nietykalności osobistej <klik>. Tutaj powtrzam i dodam, że to także mechanizm obronny przez możliwym wykorzystaniem seksualnym. Wiadomo, ciocia czy babcia raczej mają dobre zamiary, ale jeśli dziecko, zwłaszcza to malutkie rzadko je widzi, to nie będzie od razu do nich lgnęło i dobrze. Bo do obcego pana i obcej pani też nie powinno.

Pozwól odmówić

Pozwólmy dziecku na odmowę już teraz, kiedy jest małe, niech trenuje, póki może w bezpiecznym, domowym środowisku. Nie mówię, że zawsze i w każdej sytuacji. Ucząc je asertywności, czyli mówienia „nie”, kiedy coś mu nie pasuje, jednocześnie uczymy też kompromisu i wypracowywania wspólnych rozwiązań.
Z jednej strony chciałoby się dziecka, które zawsze zrobi to, o co je poprosimy, wykona każde polecenie, a z drugiej… czy na pewno chodzi nam o to, by zawsze i z każdym się zgadzało? By bezkrytycznie przyjmowało za swoje zdania innych osób?

Daj wybór

Dziecko nie ma ochoty na współpracę? Ma zupełnie inne pragnienia niż nasze potrzeby? Hm… to jest trudne. Często w takich sytuacjach „czacha mi paruje”, żeby wymyślić odpowiednią propozycję, ale warto. Nazywa się to pozornym wyborem. Technika ta polega na przedstawieniu dziecku takich opcji, z których każda dla nas, rodziców  jest korzystna, a dziecko wybiera tę bardziej mu odpowiadającą.

Przykład:
Wychodzimy do przedszkola i pracy, czasu jest mało, a tu nagle krzyk przy ubieraniu skarpet: „Nieeeee, nie chcę tych skarpetek!”. Patrzę i co widzę? Mały S. nie może poradzić sobie z ich ubraniem. Co mówię? „Dobrze, weź sobie sam z szuflady inne.” Idzie, bierze, ubiera. Dumny, że sam wybrał i szczęśliwy, że są takie, które łatwiej mu się wkłada na stopę, bo są bardziej elastyczne. I wierzcie mi, gdybym próbowała mimo wszystko przekonać go, by ubrał tamte, oboje bylibyśmy sfrustrowani, źli, być może zapłakani i oboje czulibyśmy się po prostu źle, że z takiej małej rzeczy zrobiła się „zadyma”. A tak? Dziecko szczęśliwe, a moje nerwy zostały w stanie spoczynku. 😉

Dziecko płacze przy ubieraniu rajstop? Może po prostu nie chce tych żółtych? Wytłumaczmy, że musimy ubrać się odpowiednio do pogody, by było nam ciepło podczas spaceru, a kolor rajstop? No cóż, być może będzie oryginalnie dopasowany do reszty stroju. 😉 Czasem ważniejsze jest to, żeby dziecku było po prostu ciepło:
„Posłuchaj, nie chesz ubrać żółtych rajstop? To wybierz sam te, które Ci odpowiadają. Jednak jest zimno i któreś ubrać musimy, żeby było Ci ciepło.”

Pozwól dojrzeć

Czas, kiedy dziecko zaczyna świadomie używać słowa „nie” jest trudny dla rodziców i otoczenia. Często nazywany jest buntem dwulatka, trzylatka… Jednak ja jestem daleka od używania tych terminów. W dziecku budzą się jego własne upodobania, które chce wyrazić. My, dorośli też często mamy inne zdanie niż mąż, rodzic, znajomy i nikt nam nie odbiera do tego prawa. Dlatego też, pozwólmy dzieciom wyrazić swoje zdanie.

Owszem, zaraz zasypie mnie lawina komentarzy mówiąca o tym, że przecież my, dorośli nie kładziemy się na podłodze, nie krzyczymy na całe gardło w sklepie, nikogo nie uderzamy, ponieważ mamy inne zdanie. Zgadza się, my, DOROŚLI i DOJRZALI, a przed nami stoją DZIECI, jeszcze NIEDOJRZAŁE. Warto to sobie uświadomić.

Ich system nerwowy musi przejść trudną drogę, by nauczyć się radzić sobie z emocjami w społecznie akceptowalny sposób. Do tego potrzeba rozmowy z rodzicami oraz treningu. Pozwólmy dziecku głośno mówić „nie”, by za kilka czy kilkanaście lat również potrafiło samo to zrobić, kiedy nas już nie będzie przy nim niemal 24 godz. na dobę i by nie musiało wyrażać cichego sprzeciwu przeciw nam, dorosłym, uciekając po cichu w jakieś używki.

To pisałam ja, matka Trzylatka, który często jest na „nie”.
Z pozdrowieniami dla wszystkich, którzy przeżywają teraz podobnie trudne chwile!

Ale dziecko! Ale mama! – relacja 29.09.2016 r.

Już za dwa dni kolejne warsztaty, a tymczasem przypomnijmy sobie, jak bawiliśmy się 29.09, czyli w ubiegły czwartek. Oczywiście na końcu posta tradycyjnie znajdziecie galerie zdjęć – osobno poranna i popołudniowa, aby łatwiej móc odnaleźć siebie w gąszczu fotek. 😉

Czy zajmowaliśmy się tym razem?

Zabawy z chustą

Na dobry początek rozgrzaliśmy się podczas zabaw z chustą animacyjną. Robiliśmy duuuużo wiatru, urządzaliśmy kolorowe wycieczki, poszukiwaliśmy wskazanych kolorów, a na koniec podziwialiśmy kolorowy spadochron nad swoimi głowami.

img_20160929_101934

Kolorowe jesienne liście

Po tej rozgrzewce mogliśmy zasiąść do prac plastycznych. Tym razem, zainspirowani złotą polską jesienią, postanowiliśmy zrobić kolorowe liście. Każde z dzieci otrzymało szablon liścia, który fragmentami z pomocą mamusi smarowało klejem, a następnie wysypywało kolorową… solą! 🙂

img_20160929_103308

img_20160929_162814

 

img_20160929_162825

img_20160929_103841

img_20160929_163015

Tany, tany!

Wszystkie warsztaty obfitują w zabawy taneczne, ruchowe oraz śpiew. Tym razem ten katalog był wyjątkowo szeroki, głównie za sprawą dodatkowych atrakcji, a mianowicie – baniek mydlanych puszczanych przez mamy oraz kolorowych wstęg, którymi uczyliśmy się kręcić koła nad sobą i przed sobą, a nawet wokół własnej osi, którymi „rysowaliśmy” w powietrzu tęczę oraz sięgaliśmy od podłogi aż po niebo!

Ponadto były znane i lubiane „Boogie – woogie”, „Kaczuszki”, a także nasze ulubione śpiewanki – pokazywanki: „Głowa mówi tak, tak, tak” oraz „Dmucha wiatr”, którym chyba wywołaliśmy tę pluchę za oknami. 😛

img_20160929_104708

img_20160929_104726
img_20160929_165007

img_20160929_110502

img_20160929_110511

img_20160929_171120

Sortowanie, kategoryzowanie

Kolejne nasze zajęcie to zabawa klamerkami. Na czym polegała? Wszystkie dzieci otrzymały kartoniki, na których było od dwóch do sześciu jednobarwnych lub kolorowych znaczków. Zadaniem maluchów było odszukanie odpowiedniej ilości klamerek w odpowiednich barwach, które podyktowane było wylosowanym kartonikiem.
Zabawa ta uczy:
– spostrzegawczości – trzeba zobczyć, jaki kolor jest na kartoniku, a potem dobrać klamerkę w odpowiedniej barwie z całej palety różnych możliwości,
– kategoryzowania, czy przypisywania do zbioru – mam 2 karteczki : jedną z fioletowymi nutkami i drugą z zielonymi gwiazdkami. Układając odpowiedni kolor przy danej karteczce, dziecko uczy się tworzenia zbioru, czyli kategorii. Bardzo przydatna umiejętność, która przenosi się później na życie: skarpety do skarpetek, bluzki do bluzek, a dalej moje skarpety tu, skarpety mamy tam, a skarpety taty jeszcze na inną stertę. 😉
– nazywania kolorów,
– liczenia.

Gwóźdź programu!

Wiecie, co tym razem było największym hitem? Woda, ale nie taka zwykła wodą, którą bawiliśmy się na przykład tu <klik>, albo taka, która zamieniła się w żel jak tydzień temu <klik>. Tym razem była kolorowa woda, którą nabieraliśmy strzykawką i wypuszczaliśmy do miski na białą kartkę papieru, a na niej tworzyła ona kolorowe mieszaniny barw.

img_20160929_165615

img_20160929_170224

img_20160929_170236

Wspomnienie wakacji

Na koniec popołudniowa grupa zdążyła jeszcze zrobić jedną pracę plastyczną, która pomoże zatrzymać w pamięci wakacyjne wspomnienia. Przy użyciu papierowych prostokątnych tacek, bursztynków, muszelek oraz piankowych naklejek i ozdobnej taśmy krawieckiej powstały artystyczne ramki na zdjęcia.

img_20160929_171814

img_20160929_171823

img_20160929_171834

Tak oto upłynęło nam półtorej godziny warsztatów i trzeba było… posprzątać 😛 😉

Dziękuję wszystkim Mamom oraz ich Pociechom za zaangażowanie we wszystkie zabawy oraz porządki na sali i zapraszam znów. Kolejne warsztaty już za dwa dni, czyli 6 października 2016 r.

Do zobaczenia! 🙂

Poniżej obiecane na poczatku galerie.
Warsztaty poranne:

 

Warsztaty popołudniowe:

Chwalić czy ganić – co jest lepsze?

Każdy z nas chciałby wychować dziecko o adekwatnym poczuciu własnej wartości, prawda? Każdemu marzy się, żeby jego szkrab znał swoje mocne i słabe strony; by wiedział, na co go stać – kiedy może dać z siebie jeszcze trochę, by coś osiągnąć, a kiedy odpuścić, bo coś jest jeszcze ponad jego siły. Każdy chciałby mieć dziecko szczęśliwe i radosne, a nie sfrustrowane niepowodzeniami. Czy jest na to jakaś metoda? Co bardziej pomoże dziecku – chwalenie czy ganienie? A może jedno i drugie? Co robić – chwalić czy ganić?

Chwalić?

Dziecko od pierwszych dni życia, kiedy zrobi COKOLWIEK, najczęściej słyszy: „brawo”, „wspaniale”, „super”, „świetnie”, do tego często dochodzą oklaski osób z najbliższego otoczenia. Jest to tak oczywiste, że nawet, kiedy moje dziecko otrzepywało sobie kiedyś ręce po jedzeniu jedną o drugą, usłyszałam: „Patrzcie, jak fajnie, bije sobie brawo, bo zjadł.”. Nie, nie bił sobie brawo, nie przyszłoby to nam w ogóle do głowy. Otrzepywał ręce, do których coś się przykeiło. Tyle.

Dlaczego napisałam, że nie przyszłoby nam to do głowy?
Kiedyś przydarzyła się w naszej rodzinie taka sytuacja: babcia zajmowała się dzieckiem i poczuła potrzebę pójścia do toalety. Wyjaśniła to wnuczkowi i udała się do łazienki, który postanowił poczekać na nią pod drzwiami. W pewnym momencie chłopczyk wtedy ok. dwuletni usłyszał dźwięk spuszczanej wody i zaczął bić brawo wołając „Brawo, Baba siku!”. Babcia chłopca opowiadając nam to zdarzenie oczywiście śmiała się, bo cała sytuacja była zabawna. nie mniej jednak powiedziała też, że poczuła się… jak upośledzona, bo przecież dla niej jest to zupełnie naturalna i normalna sytuacja, nie potrzebuje, nie chce, by ktoś za czynność fizjologiczną i samoobsługową nagradzał ją oklaskami.

Właśnie dlatego nie przyszłoby nam do głowy, by bić Małemu S. brawo, ponieważ coś zjadł. Zjadł, bo potrzebował zaspokoić głód, zjadł, bo jest to naturalna czynność, którą wykonuje tak samo jak pozostali członkowie rodziny, z którymi siada do stołu. Nie bijemy sobie braw za zjedzony posiłek, więc dziecku też darujmy tę „przyjemność”. To wcale nie jest tak, że dzieci oczekują pochwał.

Dzieci potrzebują naszej UWAGI.

Nasza uwaga, czyli spojrzenie w ich stronę. Nie zajmowanie się kilkoma innymi rzeczami na raz, ale chwila, kiedy dziecko czuje, że JESTEŚMY TU I TERAZ razem z nim. Ten moment, kiedy dziecko wie, że może poprosić o pomoc, jeśli będzie jej potrzebować. Uwaga jest ważniejsza niż pochwała, o której po pierwsze szybko się zapomina, zwłaszcza, jeśli była wyrażona jednym słowem, typu „świetnie”, „super” i brawo”, po drugie dlatego, że pochwała często paradoksalnie powoduje zaprzestanie wysiłku. Dlaczego? Dlatego, że skoro już jest świetnie, to po co dalej się starać? Po trzecie dlatego, że pochwała wyrażona w trakcie wykonywania czynności rozprasza i może spowodować niepowodzenie. Kolejny paradoks? Otóż wyobraź sobie, że układasz wieżę z kart, masz już 15 rzędów. W tym momencie ktoś wchodzi  i zaczyna coś do Ciebie mówić, Tobie ręka zadrżała i… jedna źle położona karta, całość się rozsypuje. Podobnie działa to u dzieci przy najprostszych czynnościach – podnoszeniu kubka z wodą, wkładaniu łyżeczki z zupą do ust, układaniu wieży z klocków, nauce chodzenia, etc.

Hm… Ganić?

„Źle to masz.”, „Co to robisz?”, „Nic z tego nie będzie.”, „Co z ciebie wyrośnie?”, „Jak to wygląda?”…
Brrr…! I tym sposobem podcinamy skrzydła.
„Źle to mam, czyli ja też jestem zły, a może nawet beznadziejny?” Dzieci często myślą o sobie w takich kategoriach, w jakich mówi się o ich pracy, uogólniają.
„Nic z tego nie będzie? To cała praca jest bez sensu, niepotrzebnie się męczyłem, nie ma w tym nic dobrego.” A czy aby na pewno? Może jednak dziecko zaczęło dobrze, wystarczy znaleźć moment, w którym nastąpił błąd, poprawić i kontynuować razem z pomocą rodzica tak, by skończyło się dobrze? A może coś nie wyszło, ale dziecko czegoś się nauczyło?
„Jak to wygląda? No jak, mamo / tato / babciu / wujku? Powiedz mi, o co konkretnie chodzi, bo nie rozumiem.”

Ganienie, słowne reprymendy niewiele dają, zwłaszcza jeśli są tak ogólne, ale bynajmniej nie namawiam do „ganienia szczegółoweemot smuuugo”! Chodzi mi o to, że takie negatywne komunikaty wzbudzą w dziecku jedynie poczucie winy, często nieadekwatne do jakiegoś wydarzenia, spowodują, że dziecko NIE BĘDZIE CHCIAŁO KONTYNUOWAĆ CZYNNOŚCI lub PODEJMOWAĆ KOLEJNYCH PRÓB ZROBIENIA CZEGOŚ, ponieważ będzie bało się porażki lub negatywnej reakcji opiekuna. Jednym słowem, lepiej robić nic, niż narazić się na zganienie.

Chwalić czy ganić?

Ani chwalić, ani ganić. Co zatem robić? po pierwsze mówić, co widzisz. Opisywać rzeczywisty stan rzeczy.

Zamiast „Brawo!” na widok trzech klocków postawionych jeden na drugim, powiedz: „O! WIDZĘ, że wybudowałeś wieżę.” lub „Widzę, że potrafisz wybudować wieżę z klocków.”

Zamiast „Świetnie!” na widok pustego talerza po obiedzie, możesz powiedzieć „Widzę pusty talerz. Czy smakowało ci jedzonko?” lub „Cieszę się, że zjadłeś tyle, ile twój brzuszek potrzebował.” To ważne, żeby dzieci jadły tyle, ile potrzebują, bo one to wiedzą, tylko dorosłym wciąż się wydaje, że powinny więcej, ale to temat na oddzielny post, więc pozwólcie, że zajmę się tą kwestią innym razem.

Zamiast „Źle to masz.”, można powiedzieć „Widzę, że coś Ci nie wyszło, czy potrzebujesz pomocy, żeby to naprawić?”
Zamiast „Jak to wygląda?”, możesz powiedzieć „Popatrz, ubrudziłeś to i to, więc trzeba to posprzątać. Chodź, pójdziemy po szmatkę i powycieramy.”

Oczywiście, treść komunikatu i zakres pomocy trzeba dostosować do wieku dziecka i jego możliwości. Nie mniej jednak ważne jest to, że już najmniejsze dzieci mogą pomóc posprzątać, czy naprawić drobne usterki, na tyle, na ile pozwalają im aktualne możliwości. My, dorośli najwyżej potem trochę tę pomoc udoskonalimy z dzieckiem lub bez, znów w zależności od potrzeb.

Mówię, co widzę, buduję relację!

emotAni chwalić, ani ganić. Mówmy wprost: co widzimy. Na pewno zostanie to lepiej zrozumiane i lepiej zapamiętane. To po pierwsze. Po drugie: do tego, co mówimy, dołączmy też informacje o swoich uczuciach: „Cieszę się, kiedy….”, „Lubię, kiedy…”, „Podoba mi się, że…”, „Jest mi smutno, kiedy…”, „Denerwuję się, gdy….”. To nie jest prawda, że trzeba chować przed dzieckiem swoje emocje, że trzeba zawsze być spokojnym i opanowanym. Bo jeśli dziecko nie będzie widziało naszych emocji, to jak nauczy się konstruktywnie radzić ze swoimi? Poza tym, często w ramach „opanowywania się”, jezyk dorosłych staje się ostry jak brzytwa, bo na niego przenosimy tłumione emocje i wtedy dziecko słyszy jakieś słowa, których później żałujemy. Zamiast tego, lepiej powiedzieć dziecku: „Proszę, zostaw teraz tę patelnię i tłuczek. Denerwują mnie te dźwięki. Może zamiast tego zrobimy to i to?”. Dziecko dostaje informację o uczuciach rodzica, dowiaduje się, że rodzic nie chce słyszeć podwórkowej perkusji, ale też otrzymuje propozycję zrobienia czegoś w zamian. Oczywiście, nie musi się zgodzić od razu na pierwszą propozycję, ale jestem przekonana, że uda się w końcu tym sposobem znaleźć jakieś inne wyjście. Bez ranienia uczuć każdej ze stron, bez wojny domowej.

A wracając do początku posta – ani chwalić, ani ganić. Po prostu mówić, co widzisz oraz opisywać swoje uczucia. Ten sposób komunikacji, to nic innego jak budowanie adekwatnego poczucia własnej wartości u dziecka, które dzięki komunikatom typu „Widzę, że potrafisz…”, otrzymuje cenną wiedzę o swoich umiejętnościach. To inwestycja w jego przyszłość. A właściwie we wspólną przysżłość, bo od dzisiejszych relacji zależy to, jak będą one wyglądały w przyszłości. 🙂

Pozdrawiam!

 

P.S. Z mężami i żonami też można tak rozmawiać – dobrze robi związkom 🙂

Akceptuję… nie oczekuję

„Kochajmy ludzi za to, jacy są, a nie za to, jacy chcielibyśmy, żeby byli.” Nie mam pojęcia, kto jest autorem tego hasła. Nawet słynny wujek G., który podobno wie wszystko nie pomógł mi tym razem, ale to nic. W tym wypadku ważniejsza jest treść. Przeczytałam tę sentencję i natychmiast pomyślałam o… No właśnie: o kim? Domyślacie się?

Bingo! O moim dziecku.

Ktoś sobie pomyśli, że chyba zwariowałam, bo czego bym nie przeczytała, odnoszę do Małego S. lub szerzej pojętego wychowania. Cóż… matka wariatka. 😉 Nic nie poradzę. Za to już spieszę z wyjaśnieniami, co w tym wypadku ma jedno do drugiego.

 

Stereotypy? Phi!

Otóż. Kiedy byłam w ciąży wydawało mi się, że nie mam żadnych wyobrażeń nt. przyszłego wyglądu i zachowania mojego dziecka. Jestem wolna od stereotypów, zostawiam mojemu dziecku pełnię swobody w przedstawianiu swoich potrzeb, relacjach z innymi ludźmi, pozwalam mu być SOBĄ. Cóż za altruizm, prawda…? He he he he… 😀 😀 😀 Niezły dowcip, nie? Kto się już kula ze śmiechu po podłodze? Ja z racji bycia (od wczoraj) poważną i stateczną kobietą trzydziestoletnią, zaledwie uśmiecham się pod nosem. 😉

 

Czas płynął, „brzuszek” rósł, nadszedł czas rozwiązania, w końcu pojawił się Mały S. i się zaczęło. O_o! To jednak potomek nie jest „społecznym zwierzem” jak mamusia? O_o! To on nie lubi być na rękach u babć, cioć i wujków? O_o! To on nie ma ochoty na ściskanie, łaskotanie, itp.?  O_o!

No i pojawiło się mamine… Hm, no właśnie – co? Rozgoryczenie? Smutek? Rozczarowanie? Sama nie wiem, jak to nazwać, ale doszło do mnie, że moje dziecko wcale nie jest takie, jakbym… O_o! Chciała???

oczyTak, otwarły mi się oczy. Dotarło do mnie, że jednak miałam wyobrażenie na temat wyglądu relacji mojego dziecka z innymi ludźmi i jego zachowania w sytuacjach społecznych. Piszę akurat o tym aspekcie życia, ponieważ to było chyba moje największe zaskoczenie. Nie zmienia to faktu, że Z PEWNOŚCIĄ były i są we mnie także inne wyobrażenia o jego przyszłym życiu, choć może nawet sobie ich w tym momencie nie uświadamiam. Przynajmniej do momentu aż się z nimi nie zetknę i nie okaże się, że moje dziecko decyduje inaczej niż ja bym postąpiła, czy chciała, by ono postąpiło.

 

A jednak oczekiwania…

Skomplikowane, wiem. W każdym razie przyszła chwila, w której ZROZUMIAŁAM. S. taki jest: nie lubi dużej ilości osób; nawet, jeśli kogoś już zna, to potrzebuje czasu, by się z nim na nowo oswoić, choćby to byli dziadkowie; nie toleruje nachalności – brania na ręce, dotykania, przytulania, łaskotania bez przyzwolenia. Woli kameralne towarzystwo i potrzebuje czasu, żeby się „rozkręcić”. I nie, nie ma żadnych zaburzeń ze spektrum autyzmu i-tym-podobnych. Zaznaczam, bo teraz to popularne i szybko przypina się dzieciom „łatki”, czego nie znoszę. Etykietki to mają być na każdym produkcie w sklepie spożywczym, a nie na ludziach.

Mały S. po prostu jest typem człowieka, który kredytu zaufania udziela powoli. Za to jak już się rozkręci… to witaj przygodo! Poznacie scenariusze najlepszych bajek i sposoby ratowania świata z każdej możliwej katastrofy, ugotujecie wspaniałe potrawy, naprawicie każdy sprzęt i poznacie granice własnej wyobraźni, które dla S. nic nie znaczą, bo przeprowadzi każdego do swojego świata tzw. „suchą stopą”.

 

To niesamowite, jak bardzo zeszło ze mnie przysłowiowe ciśnienie, że mój ukochany synek jest taki nietykalski i nieśmiały, kiedy uświadomiłam sobie, że WCALE NIE MUSI być „zwierzem społecznym”. Co więcej, wcale nie wiedziałam, że „coś” mi przeszkadza, że pewne sytuacje widziałabym inaczej, dopóki nie uświadomiłam sobie, że on po prostu jest sobą i ma do tego święte prawo. Ja to ja, a on to on. Każde z nas ma prawo do swoich upodobań i swojego jedynego oraz niepowtarzalnego sposobu na kontakty z innymi ludźmi. W tym momencie ZAAKCEPTOWAŁAM TO.

 

„Akceptuję”, a nie „oczekuję”

Takie proste i takie… odkrywcze! Wcześniej relacje Małęgo S. z innymi ludźmi, a raczej ich unikanie poczytywałam za problem. Kiedy dotarło do mnie, że po prostu nie akceptowałam jego zachowania, uświadomiłam sobie, że to MÓJ PROBLEM. I to był moment, w którym mój smutek, zniechęcenie i żal odeszły w siną dal. ZAAKCEPTOWAŁAM inność i odrębność mojego dziecka ode mnie. Tylko tyle i aż tyle.

Pokochałam to, jaki rzeczywiście jest, a nie moje wyobrażenie o nim. Nie to, jakim chciałabym go widzieć, ale to, jaki naprawdę jest. COŚ NIESAMOWITEGO! Miłość bez granic, bezwarunkowa i niepowtarzalna. Większa i silniejsza niż potrafię wyrazić… Po prostu: ach, ach, ach! Chyba zrozumie to każda czytająca ten post mama. 😉

akceptacja

Dla mnie uświadomienie sobie sobie tego faktu to jeszcze nic. Mogłabym kilka lat temu pewno długo na ten temat dyskutować, ale dopiero odczucie „na własnej skórze” jest prawdziwym przełomem:

Dzieci są inne od swoich rodziców, jedyne i niepowtarzalne, a i tak mamy je kochać i akceptować. BEZWARUNKOWO. To jest droga do szczęścia. Do szczęśliwego dzieciństwa, szczęśliwego macierzyństwa, szczęśliwego życia rodzinnego i szczęśliwego startu w dorosłość.

Zatem… kochajmy nasze dzieci, za to, kim są, a nie za to, kim chcielibyśmy, aby były!

A czy Wasze dzieci są do Was podobne czy też się różnią?
Pozdrawiam!

O ironio!

O realnej potrzebie podarowania tatusiowi gwiazdki z nieba.constellation-151062_960_720

Wracamy do domu ze spaceru. Mały S. rozbiera się, biegnie do kuchni i mówi:
– Tatuś, chciałbym obejrzeć teraz jak pieski ratują pociąg.
W tej chwili nie chcieliśmy mu puszczać bajki, poza tym była to inna pora niż zwyczajowo u nas przyjęta na oglądanie czegokolwiek w telewizji lub na komputerze. Zatem, w odpowiedzi na prośbę dziecka, mój Małżon rzecze:
– A ja bym, synu, chciał gwiazdkę z nieba.
I co? Dialog wcale się nie kończy! Mały S. kontynuuje:
– A ja bym jeszcze chciał…
I zupełnie na poważnie zastanowił się chwilę i odpowiedział Tacie, którego ta kontynuacja dialogu przez nasze Dziecię nieco zdziwiła.

Nie pamiętam, co dokładnie odpowiedział, ponieważ moja myśl pobiegła w tym momencie zupełnie innym torem. Mianowicie, była to kolejna zaobserwowana przeze mnie sytuacja, w której mój dwulatek zetknął się z IRONIĄ.

Cóż to jest ironia?

Sięgamy do zasobów internetu i czytamy*:

Ironia to sposób wypowiadania się, oparty na zamierzonej niezgodności, najczęściej przeciewieństwie, dwóch poziomów wypowiedzi: dosłownego i ukrytego, jak np. w zdaniu „Jaka piękna pogoda” wypowiedzianym w trakcie ulewy.

Jak widać w powyższej definicji, ironia to taka podwójna twarz. Dla nas, dorosłych, bywa łatwiejsza lub trudniejsza do interpretacji, ale najczęściej potrafimy ją wyczuć bez większych problemów. Są osoby, których żart i komentarz otaczającej rzeczywistości opiera się w całości jedynie na ironii. Nazywamy je najczęsciej osobami o specyficznym spojrzeniu na świat lub nietuzinkowym poczuciu humoru.

W przypadku dziecka, sprawa nie jest taka prosta. Dziecko słyszy: „A ja bym chciał…” No i prawdopodobnie ucieszy się, że tatuś też coś chce, też ma jakąś potrzebę, być może nawet podobną do tej dziecięcej albo taką, którą dziecko pomoże mu spełnić… Dziecko czyta wprost słowa rodzica: tatuś chce gwiazdkę z nieba. Czemu miałby nie chcieć? W końcu „rzecz” jak każda inna, prawda? No właśnie: nie jak każda inna.

Dziecko jeszcze nie wie, że podarowanie komuś gwiazdki z nieba jest niemożliwe. Dlatego nie może pojąć ironii zawartej w zdaniu o chęci posiadania gwaizdki. Pod pozorem zgody, wyrażonej chęcią posiadania gwaizdki, w rzeczywistości była odmowa. Inna sprawa, że dzieci mają tak wspaniałe i nieograniczone myślenie, że na pewno jakoś tę gwiazdkę by „zorganizowały” za pomocą dostępnych im środków (np. papier, farby, nożyczki, brokat…) i wyobraźni. Ponadto zdanie „A ja bym chciał…” to zaproszenie do rozmowy, kontynuajca dialogu rozpoczętego przez dziecko. Hurrra! Jest interakcja! To sobie teraz z tatą poopowiadam. 🙂

Na powyższym przykładzie chciałam pokazać jeszcze raz konkretno-wyobrażeniowe myślenie dziecka, o którym pisałam już tu <klik>, to raz. A dwa – to naoczny i „nauszny” dowód na to, że dzieci to nie są mali dorośli. Być może „niestety”, ale nie możemy komunikować się z nimi w taki sposób, takimi komunikatami, jakimi porozumiewają się ze sobą dorośli. Przede wszystkim dlatego, że rozwój umysłowy trwa dość długo – od narodzin do dorosłości. I tak jak nie posadzimy noworodka na rower, bo nie jest na to gotowy, tak i nasz język musimy dostosować do jego poziomu.

W tym wypadku najlepiej byłoby powiedzieć, że rozumiemy tę potrzebę dziecka, ale nie możemy jej spełnić, ponieważ… i tu wymieniamy milijon powodów, których nie da się obalić. Bo dwa lub trzy to jednak mogłoby być za mało. 😉

Więcej ironii?

Przykład o gwiazdce to jeden z wielu, o które dziecko ociera się w dorosłym świecie. Ponieważ jest pełnia lata, to przytoczę jeszcze jeden, który pamiętam ze swojego dzieciństwa. Związany jest z owocowym szaleństwem.
Rodzice powiedzieli mi, że pestki z owoców należy wypluwać i nie wolno ich połykać. Starałam się tego przestrzegać. Niestety, zdarzyło się, że jedną połknęłam. Przestraszona, pędem pobiegłam do mamy, która (pamiętam to jak dziś, choć miało to miejsce pewno z 25 lat temu!) stała w kuchni przy zlewie. Mówię, że połknęłam pestkę i pytam, co teraz będzie??? Mama na to, że nic, „po prostu” wyrośnie mi drzewo w brzuchu. „Jak to?” zapytałam ze strachem. „No, tak normalnie.” Dotknęła mojego brzucha i z uśmiechem pokazała, gdzie pójdą korzonki… Rozpłakałam się. W tym momencie chyba zorientowała się, że ja w to naprawdę uwierzyłam. Bo uwierzyłam! To, że tak pamiętam to wydarzenie, potwierdza, z jakimi silnymi emocjami było związane.
Jestem przekonana, że mama nie miała zamiaru mnie przestraszyć, że tak naprawdę chciała mnie uspokoić, zbagatelizować sprawę takim „dorosłym”, ironicznym żartem, że wyrośnie mi w brzuchu drzewo. A w rzeczywistości… ja to drzewo zobaczyłam oczami wyobraźni. Jak rośnie, jak zapuszcza korzenie, jak wychodzą ze mnie jego gałęzie…. I była to przerażająca wizja. Brr…!

Przyjdzie czas!

Dlatego proszę, w imieniu małych główek: nie używajmy dwuznacznych komunikatów. Mówmy wprost i jednoznacznie, o co nam chodzi, a ironia? Na nią jeszcze przyjdzie czas. Przed nami jeszcze pełen niespodzianek okres dorastania.:)
Pozdrawiam! 🙂

*Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ironia

Nietykalność osobista

Wyobraźmy sobie taką sytuację:
Siedzisz sobie na kanapie i przeglądasz album ze zdjęciami. Przychodzi do domu ktoś, kogo widziałaś/-eś kilka razy w życiu. Twarz kojarzysz, ale nie jesteś do końca pewna/-y, skąd. Wchodzi do pokoju, od razu do Ciebie podchodzi i – co więcej! – zaczyna głaskać po buzi, łaskotać po brzuchu, próbuje przytulić, a nawet wziąć na ręce… Aaaaa….! Ratunku! Ja mam dość tej wizji, nie wiem, jak Wy?

Powyższy opis to być może wizyta znajomych. Naszych znajomych, którzy pewno lubią dzieci. 😉 Fajnie, ale czy te dzieci chcą AŻ takiej bliskości z ich strony? Czy nie mają nic przeciwko? Czy mają na nią ochotę w tym momencie?

Chciałam dziś zwrócić uwagę na problem nietykalności osobistej i strefy intymności, do której prawo ma każdy i sam wyznacza jej granice. Niestety, dorośli często przekraczają granice nietykalności osobistej dzieci wbrew ich woli. I wcale nie mam na myśli bicia, szarpania, czy krzyku. Tu w ogóle nie ma o tym mowy, ponieważ przemocy wyraźnie mówię: „NIE!”.

Strefa intymności, to odległość, na którą dopuszczamy do siebie ludzi. Jest różna u różnych osób (niektórzy zawsze stają blisko rozmówcy, a inni daleko, ze skrzyżowanymi rękami lub wręcz lubią się odgrodzić stolikiem) i jest różna dla różnych osób z naszego otoczenia (dla osób z rodziny na pewno będzie mniejsza niż dla znajomych, a dla sąsiada czy listonosza, z którymi jedynie sporadycznie zamieniamy kilka słów przy bramce będzie prawdopodobnie największa).

I znów – nie zarzucam nikomu złej woli. Chcę zwrócić uwagę na fakt, że wiele osób podchodzi do dzieci, dotyka je, głaszcze, chce wziąć lub bierze na ręce, a one niekoniecznie mają na to ochotę. Rzecz tyczy się zwłaszcza najmniejszych dzieci, czyli niemowląt, ale także przedszkolaków.

Nie raz widziałam jak ktoś (w swoim rozumieniu zabawy) próbuje łaskotać dziecko, a ono, przez wymuszony drażnieniem zakończeń nerwowych śmiech, mówi: „Nie, nie, nie!”. Dorosły się bawi, a dziecko ni z tego, ni z owego go odpycha lub uderza. To nie jego zła wola, chęć dokuczenia, to nie żadna „niegrzeczność”. To jest obrona! Jak dziecko ma inaczej się obronić przed „atakiem” dorosłego, skoro słowna obrona nie zadziałała? Sytuację sprowokował dorosły przekraczając granice dziecka, o czym ono go informowało swoim „Nie!”.

Piszę ten post, ponieważ tak jak dorośli mają różną strefę intymną i jedni witają się jedynie przez „cześć” czy „dzień dobry”, inni przez podanie ręki, kolejni przez buziaka w policzek, a jeszcze inni przytulasem, tak dzieci różne osoby dopuszczają na inną odległość i uszanujmy to. To, że dziecko nie daje się komuś wziąć na ręce lub nie wchodzi mu samo na kolana, nie oznacza, że go nie lubi albo jest złym człowiekiem. Być może potrzebuje się oswoić, poznać, przypomnieć, przyjrzeć. A i tak może się okazać, że na zabawy z łaskotkami nie zasłużymy. 😛 To, co dla dorosłych często jest niewinną zabawą (mam tu na myśli przytulanie, noszenie, łaskotanie, robienie konika na kolanach), małe dziecko może po prostu „boleć”, bo narusza jego nietykalność osobistą, przekaracza granice, do których dopuszcza jakąś osobę.

Jakoś utarło się, że dzieci lubią być brane na ręce przez wszystkich, łaskotane, noszone, podrzucane, itp. Natomiast, zobaczyłam to wyraźnie mając swoje malutkie dziecko, że po pierwsze wcale tak nie jest, po drugie ludzie nie biorą na poważnie dziecięcego sprzeciwu i często w jego imieniu trzeba wyraźnie dać komuś do zrozumienia, że dziecko tego nie chce. To, że ono JESZCZE nie płacze, wcale nie oznacza, że mu pobyt na rękach innej osoby pasuje. Jeśli widzimy strach w oczach, jeśli dziecko wyciąga do nas ręce, to nie pozwólmy, by ktoś usilnie zatrzymywał je u siebie tylko dla zaspokojenia swoich ambicji. „Nie.” oznacza „Nie.”. Bądźmy konsekwentni w tym wypadku, a będzie to ogromny krok w budowaniu dziecięcej ufności w to, że zawsze może mieć w nas oparcie.

Tak jak nie zaczynamy łaskotać znajomych, przynajmniej na początku wizyty 😉 , tak nie róbmy tego dzieciom, jeśli nie otrzymamy od nich wyraźnego sygnału, że mają ochotę na taką zabawę i to je cieszy. I nie bójmy się zareagować, kiedy sytuacja tego wymaga. Nie bójmy się powiedzieć znajomym i rodzinie, żeby nie postępowali w ten sposób wobec naszego dziecka. W końcu ono i jego dobro powinno być dla nas ważniejsze niż jakakolwiek, nawet kąśliwa uwaga pod naszym adresem.

To pisałam ja – matka dziecka, które nie lubi dotykania przez innych i często musiała reagować. Nieraz komuś fizycznie dało do zrozumienia, że ma go przestać łaskotać, jeśli słowny komunikat nie zadziałał. Kiedyś, stając w jego obronie usłyszałam nawet, że mam nie być taka zaborcza. 😛 A teraz najczęściej mały S. radzi sobie już sam. 🙂

POZDRAWIAM!

Czym się bawić z dzieckiem?

„Memory” lub „Pamięć” 🙂

Niejednemu rodzicowi sen z powiek spędza kwestia zabawy z dzieckiem. Niby sterta zabawek, wysypują się z pudeł, a się nimi nie bawi. Przyczyny takiego stanu rzeczy są trzy.

Po pierwsze dziecko nie wie, jak się nimi bawić. Zwyczajnie brakuje mu wzorca zabawy. Rzecz tyczy się zwłaszcza pierwszego czy jedynego dziecka w rodznie. Kolejne, młodsze pociechy mają ten komfort, że podpatrują starsze. Widzą, co i jak można zrobić, próbują naśladować i od razu przy okazji wchodzą w świat kontaktów rówieśniczych. 😉 Dlatego tak ważne jest, by razem z dzieckiem / dziećmi się bawić. Brać do rąk jego zabawki, wcielać się w role i w ten sposób pokazać, do czego mogą służyć. Tutaj też zachodzi ciekawy proces, ponieważ bardzo często okazuje się, że w trakcie takiej zabawy „starymi” zabawkami wspólnie wymyślicie jeszcze kilka innych możliwości inspirując się wzajemnie. To tak a propos tego, że od dziecka można wiele się nauczyć.


Po drugie dlatego, że dziecko zabawek MA ZA DUŻO. Jest przebodźcowane. Patrzy na ten domowy sklep z zabawkami i jest tak przytłoczone, że nie wie, co mogłoby wybrać. A jak już wybierze i zacznie się bawić, to kątem oka zobaczy coś innego, co go rozproszy. Moja rada jest taka, by zmniejszyć ilość zabawek. Część schować i jak wyjmiecie ją po miesiącu, to będzie dziki szał szczęścia. Gwarantowane. 🙂

Po trzecie dlatego, że ich zabawki często nie przypominają narzędzi, których używają rodzice. Przytoczę tu słowa mojej wykładowczyni z pedagogiki rozwojowej, które brzmią mi w uszach już ładnych kilka lat i należą do moich podstawowych inspiracji w pracy zawodowej i w wychowaniu mojego S.: „Dziecko nie bawi się dlatego, że jest dzieckiem, tylko po to, by być dorosłym.”. Myśl niesamowicei prosta i niesamowicie odkrywcza!
To jest przyczyna, dla której dzieci wolą używać naszych dużych nożyczek, jeść normalnymi sztućcami, chcą z nami odkurzać, zmywać, itp., jeśli tylko im na to pozwolimy. To wspaniałe „zabawy”, dające dzieciom lekcję samodzielności, budujące poczucie własnej wartości (to już potrafię, a tego jeszcze nie), uczące współpracy i dające radość z pomocy drugiemu człowiekowi.

Metodą na znudzone dziecko nie jest kupowanie kolejnej zabawki, ale znalezienie przyczyny tej nudy. A już na pewno ostatecznością są wielce kolorowe, migające i grające pudełka w kształcie różnych zwierząt i pojazdów…. Rynek jest nimi zalany i wydaje się, że jest to absolutny „must have”, czyli „musisz to mieć” każdego dziecka. Nieprawda. Dzieci potrzebują zabawek, które pozwolą im poznawać świat, a nie tylko nauczą jak manipulować guziczkami. Poza tym, zbyt wiele barw nie sprzyja skupieniu uwagi na danej rzeczy / czynności. Co za dużo, to nie zdrowo. Nie mówię, żeby w ogóle pozbyć się wszelkich tego typu zabawek, ale nie musi ich być w domu całego pudła.

Zabawki stymulujące zmysły są w każdym domu i można zrobić je za grosze.

Poniżej przedstawiam jedną swoją propozycję na początek całego planowanego cyklu pt. „W co się bawić z dzieckiem”. Jest to gra „pamięć”, szerzej znana pod anglojęzyczną nazwą „memory”, którą można wykorzystać na kilka sposobów.

Jest to 12 zakecanych pojemniczków po farbach plakatowych.
Podzieliłam je na pary i każda z nich ma na spodzie kółeczko takiego samego koloru z samoprzylepnego papieru kolorowego (czarne, zielone, czerwone, fioletowe, żółte i niebieskie). Do środka każdej pary włożyłam różne znalezione w domu wypełniacze – sól, kaszę, fasolę, makaron, żabki do karnisza i guziki.Starałam się, by dźwięk w każdym pudełku dało się rozróżnić.

Propozycje zabaw:

Dla młodszych dzieci:
1. Odwracamy pojemniczki kolorami do góry i dobieramy je w pary.
2. Odkręcanie pojemniczków, dotykanie ich zawartości, wkładanie i wyciąganie.

Dla starszych dzieci:
1. Zwykła „pamięć” na dobieranie pojemniczków w pary według kolorów. Odwracamy wszystkie białymi zaketkami do góry i odsłaniamy dwa. Jeśli jest para, zabieramy ją dla siebie i mamy prawo do drugiej kolejki, jeśli nie, to zakrywamy pojemniczki i druga osoba odsłania kolejne dwa. Gra toczy się do momentu sparowania wszystkich pojemniczków. Wygrywa osoba, która ma więcej par.

2. „Pamięć słuchowa”. Zasady podobne, ale tym razem podnosimy dwa pojemnieczki i potrząsamy nimi, by usłyszeć dźwięki przedmiotów ukrytych wewnątrz. Pozostałe zasady jak w grze podstawowej z odsłanianiem kolorów.

3. Porównywanie wagi dwóch pojemniczków w rękach. Ważne, by dać dziecku do rąk takie, które da się ze sobą porównać – np. taki, w którym jest pełno soli i taki, w którym jest jeden guzik.

Kolorowe dna pojemniczków
Pojemniczek z kaszą
Pojemniczek z „żabkami” do firanek
Pojemniczek z guzikami
Pojemniczek z makaronem świderkami

Pojemniczek z solą
Pojemniczek z fasolą

Miłej zabawy!

O tresowaniu dzieci

Brzmi strasznie, prawda? To będzie post oburzenia w związku z powyższym tytułem. Sprawa moim zdaniem głównie dotyczy dzieci w wieku przedszkolnym, ale nie tylko.

Przykłady?
Wchodzę do grupy przedszkolnej, w której mam prowadzić zajęcia. Podbiega do mnie chmara dzieci i jedno przez drugie pyta:
– Proszę Pani, a będą pieczątki? Czy są dziś pieczątki?

Ja się zastanawiam, skąd taki pomysł, o co im chodzi? Przecież ja NIGDY nie daję dzieciom pieczątek ani innych pseudomotywatorów. Owszem, ja nie, ale inni dają. Dzieci więc zamiast powitania pytają o pieczątki. Powiedziłam, że przecież ja nie daję i na tym temat się skończył. To był pierwszy i ostatni raz.
Celowo nazywam je pseudomotywatorami, dlatego że wcale nie motywują wewnętrznie, tylko zewnętrznie: jest nagroda, czyli warto coś robić, nie ma nagrody, czyli praca i wysiłek nie mają sensu. Owszem – miałabym wtedy możliwość przekupstwa czy też szantażu: „śpiewaj z nami, to dostaniesz naklejkę”. Niestety, wiem z autopsji, że najczęściej dzieci słyszą „… bo nie dostaniesz”.

Na dłuższą metę takie drobne motywatory jak pieczątki na rękach, naklejki na ubraniu, cukierki, uśmiechnięta buzia na tablicy „motywacyjnej” mogą tylko zaszkodzić. To są normalne metody tresury: „Dobry piesek, usiadłeś, masz ciasteczko.”. Brzmi strasznie, prawda? A śmiem twierdzić, że ogromna większość rodziców, być może nie do końca świadomie, takie metody stosuje wobec własnych dzieci, a w placówkach oświatowych są one nagminne.

Dlaczego o tym piszę?

Po pierwsze dlatego, że chcę, aby dzieci brały udział w moich zajęciach dlatego, że im się podobają, są ciekawe, dają im radość, poczucie bezpieczeństwa i rozwoju. Nie dlatego, że dam im pieczątkę albo nie pójdą na plac zabaw za złe zachowanie. Uważam, że jako pedagog powinnam zrobić, co się da, by dotrzeć do dzieci, z którymi pracuję. I moim marzeniem jest, żeby każdy pedagog, który zetknie się z moim dzieckiem w przyszłości też myślał w ten sposób.

Po drugie dlatego, że tablice motywacyjne rozprzestrzeniły się już ze szkół i zamieszkały także w domach wielu dzieci, a rodzice z nich korzystają bez refleksji. Na przykład dając buźki na koniec dnia za „grzeczność”.
A co to znaczy „grzeczny”, ja pytam? Chętnie poznam definicję, bo jest to określenie, którego używa się na prawo i lewo. Tylko jest jeden problem – dzieci nie wiedzą, co się pod nim kryje. Serio. Były nawet takie badania. Pytano dzieci w wieku przedszkolnym „Jaki jesteś?”. Większośc odpowiadała „Grzeczna/-y” lub wprost przeciwnie „Niegrzeczna/-y”. Ale już te same dzieci zapytane o znaczenie tego słowa, w ogóle nie umiały go wyjśnić.
Ja sobie myślę, że dla większości dorosłch „grzeczny” oznacza „robiący, to co ja chcę”, ale to nie jest dobre, bo jeśli dziecko zawsze będzie robić to, co chce dorosły, to nie nauczy się sztuki rozmowy, negocjacji, nie pozna granic swoich i innych oraz norm kulturowych. Socjalizacja zdechnie na samym początku.

Po trzecie dlatego, żeby po raz kolejny zastanowić się nad relacją dorosły – dziecko. Kiedy pokłócisz się z mężem, nie stawiasz go do kąta, żeby przemyślał swoje zachowanie lub się wyciszył. Dziecko odesłane do kąta otrzymuje informację „Jesteś sam ze swoimi emocjami, ja ich nie akceptuję.” Tym samym uczy się, że pewne emocje są złe. A to nie jest prawda. Emocja to informacja o tym, co się ze mną dzieje. Dziecko samo czasem ma problem z jej identyfikacją, dlatego należy mu w tym pomóc, na przykład zadając dodatkowe pytania: „Zezłościłeś się?, „Zdenerwowała Cię ta sytuacja?”, itp. Odesłanie do kąta dziecka, to jak wyrzucenie za drzwi kota, który nabroił. Dosadne, wiem. Taka jest prawda.

Po czwarte dlatego, że przychodzi do mnie na świetlicę cudowny 4-latek. Uprzejmy, miły, współpracujący ze mną oraz starszymi uczestnikami zajęć. Potrafiący powiedzieć, co chce oraz co mu nie odpowiada. Doskonale stosuje się do norm grupowych, które zasymilował bez najmniejszego problemu po prostu uczestnicząc w zajęciach – bez kontraktów, rozmów. Potrafi skupić się na zadaniu przy stoliku, popatrzy jak starsi grają na komputerach, dziarsko bierze udział w zawodach sportowych. Jest samodzielny. I wiecie co? Wracał z przedszkola opieczętowany na czarno… Codziennie. Nie wiem, czy to były serca, czy inne „kwiatki”, ale wyobrażacie sobie, że za potyczkę słowną z sąsiadem lub niewykonanie jakiegoś obowiązku domowego ktoś tatuuje nam na ręce hasło „pieniacz” albo „leń”. Co musi czuć takie małe dziecko, kiedy ktoś bierze jego rękę i przybija mu taki „stygmat” w obecności pozostałych dzieci z grupy?
W przytoczonej sytuacji, która ścisnęła mnie za serce coś było nie tak i trzeba by znaleźć przyczynę problemu. Na pewno głębiej wszystko przeanalizować, ale…. jak można??? Jak moża robić dziecku coś takiego??? Ja bym nie mogła.
Na szczęście mądra mama po prostu zabrała chłopczyka z tej placówki. Dzięki Bogu, że miała taką możliwość. Nadmienię tylko, że działo się to w drugim roku jego pobytu w placówce oświatowo – wychowawczej. Pierwszy był bez zarzutu. A teraz „najlepsze: dziecko rzekomo nic sobie z tych pieczątek nie robiło. Nie, w ogóle: moczyło się, stawało się głuche na mówiące do niego panie. Rzeczywiście „nic”. Mam nadzieję, że to tegoroczne niepowodzenie nie będzie rzutować na przyszłość jego edukacji oraz zaufanie do dorosłych.

Dlatego gorąco apeluję! Nie tresujcie dzieci! I nie zgadzajcie się, by tego typu praktyki były wobec nich stosowane w przedszkolach i szkołach. To naprawdę nie działa! Jak mawiał klasyk, Janusz Korczak: „Nie ma dzieci, są ludzie.”. Jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy kąt, pieczątka, tablica motywacyjna, to zastanówcie się, czy wobec siebie lub innego dorosłego też byście tak postąpili. Niech człowiek człowiekowi zawsze będzie człowiekiem.

Pozdrawiam!