Mikołajkowe warsztaty „Ale dzidziuś!” – relacja 6.12.2016 r.

Jak 6 grudnia, to z pompą! Na warsztaty „Ale dzidziuś” również zawitał Mikołaj! Nie dość, że dzieci otrzymały drobne podarunki, to jeszcze miały okazję zobaczyć i dotknąć mikołajkowe chmurki prosto z nieba!

Ale może po kolei 😉

Tego dnia dzieci przywitała na sali wielka kolorowa chusta animacyjna. Na początku zajęć wszystkie mamy ze swoimi dziećmi usiadły na niej w kręgu, by się sobie przedstawić i podzielić, co też Święty przyniósł maluchom.

Następnie trzeba było trochę się rozgrzać, dlatego też wokół chusty odtańczyliśmy „Kółko graniaste” razem z obowiązkowym (!) przewracaniem się, buziakami i łaskotkami. 😉 Był też taniec „Poruszanka” oraz „Zimno nam w paluszki”.

Szczęście

Sznurówka + drewniana kulka = pełnia szczęścia. Kociego szczęścia, ponieważ „Ale dzidziusie!” zamieniły się w małe kocięta, którym mamusie pokazywały bujającą się i podskakującą kuleczkę do łapania. 🙂

 

Pełnia szczęścia

Czy można sobie wyobrazić jeszcze większe szczęście niż to opisane powyżej? Można:

papier toaletowy + maluch = pełnia szczęścia!

Kolejną zabawą zaproponowaną na warsztatach było rozwijanie i targanie papieru toaletowego. Znalezła się nawet jedna mała konsumentka tego towaru. 😉

Czas relaksu

Na każdych warsztatach znajdujemy chwilę na relaks ze stymulacją dotykową różnych partii ciała i budowanie zaufania poprzez kontakt fizyczny mamy i dziecka. Tym razem wybór padł na masaż różnego rodzaju piłeczkami. Do wyboru były gumowe kolczaste piłeczki, tkaninowe piłeczki z wypełnieniem ze styropianowych kuleczek, cięższe piłki wypełnione wodą, lekkie piłeczki do ping-ponga i pomponiki. Większość mam od razu wybierała dwie różne piłeczki – jedną do rączek dziecka i drugą do masażu. Nie uwierzycie, ale podczas masażu, w sali można było usłyszeć… ciszę! Większość dzieci tak zajęły piłeczki, ich gryzienie i dotykanie, że na nic innego już nie miały ochoty. 😉 Mamusie zatem słuchały tej błogiej ciszy, jednocześnie tocząc piłki po ciałkach swoich dzieci: rękach, nogach, brzuchach, plecach i twarzach.

Mikołajkowe chmurki

Na koniec zajęć wszystkie dzieci miały okazję dotknąć kawałka nieba. Otóż Mikołaj przywiózł ze sobą saniami trochę chmurek. 😉 Dzięki temu, dzieci mogły dotykać delikatnego białego puchu, razem z mamusiami dmuchać w niego (takie małe ćwiczenie logopedyczne 😉 oraz obserwować jak powoli opada. 

Tak upłynęły nam mikołajkowe warsztaty dla mam i niemowląt „Ale dzidziuś!” 

Jeśli macie ochotę zobaczyć więcej zdjęć, to zapraszam do galerii na końcu wpisu. Z kolei chętnych do uczestnictwa w zajęciach, zapraszam do kontaktu telefonicznego lub mailowego <klik> lub przez wiadomość na facebookowej stronie bloga <klik> w celu rezerwacji miejsca na kolejne zajęcia. Odbywają się one w każdy wtorek w sali wystawowej GOK w Buczkowicach o godz. 10.00.

Pozdrawiam!

Galeria zdjęć z warsztatów mikołajkowych 😉

Skąd się bierze asertywność, czyli pozwól dziecku na „nie”.

Na początku tego wpisu chcę podziękować Inspiracjom, które mnie spotykają. Tymi Inspiracjami są znajome mniej lub bardziej dzieci oraz ich rodzice. Czasem inspiracją do głębszych przemyśleń jest cała rozmowa, jakieś wydarzenie pomiędzy dziećmi lub dzieckiem a rodzicami, a czasem zaledwie jedno zdanie, pytanie lub gest. Tym razem wyszliśmy od rozmowy na temat „buntujacych się” i nie maluchów, by dojść do asertywności. Ale może zacznę od początku.

Każdy z nas chciałby, aby jego dziecko w przyszłosci potrafiło stawić czoła światu, prawda? Żeby umiało oprzeć się wszelkim mogącym je spotkać negatywnym wpływom. Chcielibyśmy wyposażyć je w takie umiejętności psychologiczne i społeczne, by z łatwością odróżniało to, co dla niego dobre od tego, co mu może zaszkodzić. 

Pierwsze, co się nasuwa, to oczywiście skojarzenia ze szkolną rzeczywistością: wagary, narkotyki, alkohol, papierosy, namowy do seksu, kradzieży, podpuszczanie przez starszych kolegów czy koleżanki, itp. I to bardzo ważne, by ten nastoletni okres „burzy i naporu” przejść bez szwanku. Jednakże negatywne wpływy rozpoczynają się znacznie wcześniej niż w szkole podstawowej, gimnazjum, czy w liceum! Wiadomo, najpierw inne, mniejszego kalibru niż te wymienione tu w pierwszej kolejności, ale chcę pokazaćdo czego mogą prowadzić inne, uznawane za mniej szkodliwe.

Jedzenie

Czy zdrarzyło się Wam kiedykolwiek być namawianym lub przymuszanym do jedzenia? Pamiętacie towarzyszące Wam uczucia? Niektórzy z tego powodu mają prawdziwą traumę i jest to najszczersza prawda, że zaburzenia odżywiania mogą mieć swoje korzenie w poczatkach przygody z rozszeraniem diety, karmieniem na siłę i trzymaniu dziecka przy stole aż talerz będzie pusty…
Co prawda jedzenie to temat dłuższy i bardziej skomplikowany, nadający się na oddzielny post, jednak świetnie nadaje się tutaj jako przykład. Dziecko ma naturalny regulator uczucia głodu i sytości. Zatem spokojnie, jeśli jest zdrowe, prawidłowo się rozwija, nie ma żadnych zaburzeń, to kiedy mówi „dość”, naprawdę czuje się syte i więcej nie potrzebuje, a kiedy jest głodne, to… będzie wołać, dopóki nie dostanie jeść – i to niezależnie od tego, czy to kilkudniowy maluch, czy trzylatek. 😉

Słodycze

Kolejny przykład, związany poniekąd z jedzeniem i też szerooooki tak, że zasługuje na odrębny post, to słodycze. Coraz więcej rodziców jest świadomych zagrożeń związanych, jakie niesie ze sobą spożywanie cukru. To kwestia możliwego rozwoju otyłości, insulinoodporności czy cukrzycy. Jak pokazały badania, o których można poczytać tu <klik> czy tu <klik>, Altzheimer to może być cukrzyca III typu. A chyba każdy z nas chciałby uchronić przed takimi powikłaniami swoje dzieci, prawda? Okazuje się, że nie dawać dzieciom słodyczy i białego cukru to za mało. Ważne też, by nie zachęcać słowami: „No weź, popatrz, inne dzieci też jedzą i smakuje im.”, „Proszę, poczestuj się, będzie mi miło”, itp.

Buziaki, przytulaski, czyli powitania i pożegnania

„No przytul się do cioci na pożegnanie”, „Daj babci buziaka na powitanie”. Dziecko nie chce, nie ma ochoty na taki bliski kontakt fizyczny, więc pozwalamy mu na dystans. Wywieranie presji, by jednak zrobić coś, bo „wypada” to zła droga. Pisałam już o tym jakiś czas temu w poście o nietykalności osobistej <klik>. Tutaj powtrzam i dodam, że to także mechanizm obronny przez możliwym wykorzystaniem seksualnym. Wiadomo, ciocia czy babcia raczej mają dobre zamiary, ale jeśli dziecko, zwłaszcza to malutkie rzadko je widzi, to nie będzie od razu do nich lgnęło i dobrze. Bo do obcego pana i obcej pani też nie powinno.

Pozwól odmówić

Pozwólmy dziecku na odmowę już teraz, kiedy jest małe, niech trenuje, póki może w bezpiecznym, domowym środowisku. Nie mówię, że zawsze i w każdej sytuacji. Ucząc je asertywności, czyli mówienia „nie”, kiedy coś mu nie pasuje, jednocześnie uczymy też kompromisu i wypracowywania wspólnych rozwiązań.
Z jednej strony chciałoby się dziecka, które zawsze zrobi to, o co je poprosimy, wykona każde polecenie, a z drugiej… czy na pewno chodzi nam o to, by zawsze i z każdym się zgadzało? By bezkrytycznie przyjmowało za swoje zdania innych osób?

Daj wybór

Dziecko nie ma ochoty na współpracę? Ma zupełnie inne pragnienia niż nasze potrzeby? Hm… to jest trudne. Często w takich sytuacjach „czacha mi paruje”, żeby wymyślić odpowiednią propozycję, ale warto. Nazywa się to pozornym wyborem. Technika ta polega na przedstawieniu dziecku takich opcji, z których każda dla nas, rodziców  jest korzystna, a dziecko wybiera tę bardziej mu odpowiadającą.

Przykład:
Wychodzimy do przedszkola i pracy, czasu jest mało, a tu nagle krzyk przy ubieraniu skarpet: „Nieeeee, nie chcę tych skarpetek!”. Patrzę i co widzę? Mały S. nie może poradzić sobie z ich ubraniem. Co mówię? „Dobrze, weź sobie sam z szuflady inne.” Idzie, bierze, ubiera. Dumny, że sam wybrał i szczęśliwy, że są takie, które łatwiej mu się wkłada na stopę, bo są bardziej elastyczne. I wierzcie mi, gdybym próbowała mimo wszystko przekonać go, by ubrał tamte, oboje bylibyśmy sfrustrowani, źli, być może zapłakani i oboje czulibyśmy się po prostu źle, że z takiej małej rzeczy zrobiła się „zadyma”. A tak? Dziecko szczęśliwe, a moje nerwy zostały w stanie spoczynku. 😉

Dziecko płacze przy ubieraniu rajstop? Może po prostu nie chce tych żółtych? Wytłumaczmy, że musimy ubrać się odpowiednio do pogody, by było nam ciepło podczas spaceru, a kolor rajstop? No cóż, być może będzie oryginalnie dopasowany do reszty stroju. 😉 Czasem ważniejsze jest to, żeby dziecku było po prostu ciepło:
„Posłuchaj, nie chesz ubrać żółtych rajstop? To wybierz sam te, które Ci odpowiadają. Jednak jest zimno i któreś ubrać musimy, żeby było Ci ciepło.”

Pozwól dojrzeć

Czas, kiedy dziecko zaczyna świadomie używać słowa „nie” jest trudny dla rodziców i otoczenia. Często nazywany jest buntem dwulatka, trzylatka… Jednak ja jestem daleka od używania tych terminów. W dziecku budzą się jego własne upodobania, które chce wyrazić. My, dorośli też często mamy inne zdanie niż mąż, rodzic, znajomy i nikt nam nie odbiera do tego prawa. Dlatego też, pozwólmy dzieciom wyrazić swoje zdanie.

Owszem, zaraz zasypie mnie lawina komentarzy mówiąca o tym, że przecież my, dorośli nie kładziemy się na podłodze, nie krzyczymy na całe gardło w sklepie, nikogo nie uderzamy, ponieważ mamy inne zdanie. Zgadza się, my, DOROŚLI i DOJRZALI, a przed nami stoją DZIECI, jeszcze NIEDOJRZAŁE. Warto to sobie uświadomić.

Ich system nerwowy musi przejść trudną drogę, by nauczyć się radzić sobie z emocjami w społecznie akceptowalny sposób. Do tego potrzeba rozmowy z rodzicami oraz treningu. Pozwólmy dziecku głośno mówić „nie”, by za kilka czy kilkanaście lat również potrafiło samo to zrobić, kiedy nas już nie będzie przy nim niemal 24 godz. na dobę i by nie musiało wyrażać cichego sprzeciwu przeciw nam, dorosłym, uciekając po cichu w jakieś używki.

To pisałam ja, matka Trzylatka, który często jest na „nie”.
Z pozdrowieniami dla wszystkich, którzy przeżywają teraz podobnie trudne chwile!

Świat MOJEGO dziecka

Trzy lata temu przyszedł na świat mój Mały S. Trzy lata temu mój świat wywrócił się do góry nogami. Trzy lata temu chyba wszystkie wyobrażenia o macierzyństwie i rodzicielstwie powoli, jedno po drugim zaczęły podlegać solidnej weryfikacji. Rzekłąbym, że zaczęło się ich „wypalanie w ogniu”. Wiele z nich zostało odstawionych na półkę – pomiędzy bajki, część wylądowała w koszu, część została nieco zmodyfikowana. Czy coś zostało? Może jakiś…. promil? 😛

Od pierwszych godzin po urodzeniu nie kto inny, tylko ja wiedziałam o nim WSZYSTKO. Co, kiedy i jak długo jadł. Kiedy spał? Jaki to był sen? Czy był spokojny? Czy płakał? Dlaczego płakał? Kiedy go przebierałam i z jakiego powodu? Jak wygląda jego dzień? Kiedy wyszedł mu pierwszy ząb? Kiedy drugi? Kiedy zrobił pierwszy krok? Co jest jego ulubionym jedzeniem? Jaką lubi piosenkę?
Wiedza czasem męcząca, bo jestem jej jedyną posiadaczką, więc wszyscy dookoła wciąż mnie o coś pytają, ale jakże wyróżniająca. W końcu jestem MAMĄ i tylko ja to wiem. Nasza wiedza tajemna – niepowtarzalna relacja mamy i synka.

Nie mniej jednak dziecię rośnie. Przestaje być tylko z mamusią, coraz częściej zostaje z kimś innym. No i już mama nie wie wszystkiego, musi dopytać. Nie da rady zapytać o wszystko i dowiedzieć się WSZYSTKIEGO. Kolejne odcięcie pępowiny. Tym razem tej mentalnej. Nie było to łatwe, ale to jeszcze NIC.

Potem dziecko idzie do przedszkola.

I to już nie są przelewki, bo nie zostaje z tatą, dziadkami, ciocią, których można próbować dopytać o interesujące nas szczegóły. Teraz naszymi informatorami zostają
1. pani, która ma na głowie jeszcze 24 maluchów,
2. nasze dziecko.

No więc próbujemy się dowiedzieć, co się wydarzyło i co dziecku w duszy gra:
– Co jadłeś na obiad? Była może czerwona zupa?
– Było rysowanie albo malowanie?
– Byłeś na spacerze czy w przedszkolnym ogródku?
– Co robiła w przedszkolu Kasia / Jaś…?
….

Milion pytań!
A odpowiedzi czasem długie i kwieciste, czasem skąpe, a czasem ich nie ma….

A chciałoby się zapytać jeszcze o to, o to, o to, o to, o to i jeszcze o tamto…. Ale ileż można? Samej mi się już nudzi wypowiadanie zdań zakończonych pytajnikiem, a co dopiero dziecku? Gryzę się więc w język, żeby Małego S. nie zamęczyć i nie robić atmosfery przesłuchania z popołudnia. 😛

Moje dziecko ma trzy lata, jest przedszkolakiem – pasowanym 18 października na uroczystości w auli. I nie wszystko już o nim wiem. Codziennie jest milion rzeczy, o które chciałąbym zapytać, ale widzę, że moje dziecko jest już zmęczone pytaniami i odpowiadaniem na nie.

Pytam ja, pyta jego tata, pytają dziadkowie, pytają ciocie i wujkowie, pytają znajomi i sąsiedzi…

Pytań, które chciałabym zadań jest naprawdę multum, ale przecież moje rozmowy z dzieckiem to nie może być ciągłe dopytywanie o przedszkolną rzeczywistość. Mój synek rośnie, jest coraz starszy, ma już kawałek tylko swojego świata. Nie wiem już o nim wszystkiego, jak jeszcze kilka tygodni (!) temu. I nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się z tym pogodzić. Codziennie będzie ode mnie się oddalał, może nie tak szybko, jak teraz w ciągu jednego dnia przekraczając przedszkolne progi, ale przyjdzie taki dzień, kiedy w ogóle pójdzie w świat i będę o nim i jego życiu wiedzieć tylko tyle, ile sam zechce mi powiedzieć, gdy zdecyduje się mnie odwiedzić. Wtedy mam nadzieję pamiętać słowa, które jakiś czas temu usłyszałam od mojej babci:
wychowanie-dla-swiata

Mnóstwo już za mną na macierzyńskiej ścieżce, a mimo to przede mną nadal kosmiczna podróż do przebycia. 😛 Codziennie nowe hasła, nowe pytania i poszukiwanie kolejnych odpowiedzi na nie. Tyle, że teraz już nie próbuję sobie nic wyobrażać i realizować swoich pomysłów, ale towarzyszyć. Kiedyś w jednym romantycznym 😉 filmie usłyszałam pewne zdanie, które staram się wcielać także w moją relację z Małym S. Nie przytoczę go dosłownie, bo nawet tytuł mi umknął, ale – parafrazując – chodzi o to, by każdy miał świadka swojego życia, by jego życie nie przeminęło niepostrzeżenie.

Synku, chcę być świadkiem Twojego życia na tyle, na ile Ty sam tego pragniesz i potrzebujesz.

Twoja Mamusia

Emocje a „nie chcę”, „nie lubię”, „nie będę”…

– Synku, co zjesz dziś na śniadanie? – pytam o poranku.
– Nic.
– A może masz ochotę na jajecznicę? – próba numer dwa.
– Nie, nic nie zjem.
– Hm…. A może płatki z bananem? – próbuję po raz trzeci.
– Nic nie chcę, na nic nie mam ochoty, nic nie będę jadł.

Kiedy w końcu o 9.30 jakimś cudem udało się nam zjeść co nieco:
– Synku, umyjemy teraz ząbki, co?
– Nie chcę myć zębów.

– S., chodź, ubierzemy się i pójdziemy na pole. – mówię z uśmiechem na twarzy.
– Nie chcę iść na pole.
– A może miałbyś ochotę zobaczyć, co słychać na placu zabaw? Dawno tam nie byliśmy.- Mimo, że już nieco zniechęcona, wciąż próbuję…
– Nie, mamo, ja nie chcę iść na wieś!

– S., obiad już czeka.
– Nie chcę. Nie będę jadł.
– Ok, a jak zgłodniejesz, to mi powiesz?
– Nie powiem…

– Mamo, idę do pokoju poczytać książeczkę.
– Dobrze, tylko pozbieraj najpierw zabawki, którymi skończyłeś się tu bawić.
– Nie pozbieram, nie chcę. Ja uciekaaaam! Cha, cha, cha, cha, cha…!

Emocje we mnie: „Aaaaa…!”

Mniej więcej w takim „nieniowym” klimacie upłynęło dopiero kilka godzin tego „upojnego” dnia. Co będzie dalej, aż strach pomyśleć… Emocje we mnie? Kocioł! Najpierw uśmiech i dystans powoli ustąpił miejsca zniecierpliwieniu, głębokie oddechy nie pomagają. Aż w końcu chciałoby się krzyknąć, wrzasnąć… Aaaaaa…! A najlepiej powiedzieć: „Rób, kazałam. Tak ma być. Bez dyskusji. Koniec. Kropka.” Pomogłoby? Mnie może by ciśnienie spadło, ale po pierwsze u dziecka albo byłby większy negatywizm, albo by zamilkło i zrobiło, albo by się rozpłakało… Wtedy z kolei we mnie byłoby poczucie winy za wybuch…

Niby każdą z powyższych sytuacji da się logicznie wytłumaczyć:
– nie miał jeszcze ochoty na śniadanie,
– wolał się bawić niż myć zęby (oczywiste, prawda?),
– nie miał ochoty na spacer, wolał pobawić się choćby w ogródku,
– nie był jeszcze na tyle głodny, by zjeść obiad,
– sprzątać nie chciał, bo już miał pomysł na inne zajęcie i by mu się opóźniło, a przy okazji wymyślił zabawę w uciekanie, bo zawsze jest miło jak mama łapie…

Fajnie. Ale co z tego, kiedy do zrobienia jest multum różnych rzeczy, czas goni, a do tego jest nas dwoje i ja też mam jakieś pomysły i plany na siebie danego dnia? Co z tego, kiedy ja muszę udźwignąć swoje emocje, które są negatywne i do tego jeszcze emocje mojego dziecka? Co z tego, kiedy we mnie już kipi?

Taki w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz…

No właśnie… Czasem wydaje się, że nasze dziecko robi nam na „złość”, że utrudnia, że przez jego stawanie „okoniem” mamy pod górkę.

Tymczasem ono może po prostu ma zły dzień i potrzebuje przytulenia.

Być może zbiera go choroba, przeziębienie lub się nie wyspało.

Być może śniło mu się coś złego i to spowodowało kwaśną minę, dystans i wszystko na „nie”.

Być może chce nam powiedzieć coś ważnego, a nie potrafi się wysłowić.

I co z tego, kiedy ja mam już naprawdę dość?

Odpowiedź nie jest prosta. Warto jednak spróbować powiedzieć sobie „STOP”. Chodzi o to, żeby się dalej nie nakręcać – jedno drugiego. Rodzic dziecka, dziecko rodzica. Wziąć kolejny głęboki oddech i zrobić to, co robisz sam, kiedy masz zły dzień. Nie iść w zaparte i skoro dziecko nie „współpracuje”, to stawiać mu kolejne zakazy, nakazy czy wymagania lub stosować zasadę „wet za wet”. Proponuję zrobić coś…. przyjemnego. Coś, co wszystkim poprawi humor i pozwoli dalej żyć we wzajmenym pokoju. 😛

Dla jednego dziecka będzie to chwila zabawy, dla innego kilka minut rozmowy, ale takiej, kiedy rodzic nie zajmuje się niczym innym i patrzy tam, gdzie wskazuje dziecko, ktoś inny może chciałby zamiast spaceru pojeździć rowerem, ktoś inny chciałby przytulenia – czasem w niemal czarodziejski sposób jeden przytulas potrafi zdziałać cuda i dziecko zaczyna z nami współdziałać.

Skoro ja dla odprężenia spotykam się z koleżanką, to może warto zaplanować taką rozrywkę i naszemu dziecku? Skoro ja wychodzę, żeby odetchnąć, odpocząć i zatęsknić, to może i naszemu dziecku przyda się taka odskocznia? Może jakieś wyjście na „kulki”?

I od razu świat staje się piękniejszy. 🙂

Postarajmy się na chwilę zapomnieć. Postawić kropkę na końcu tego zdania. Odwrócić kartkę i zacząć pisać kolejny rozdział. Wiem, że to trudne, samą mnie czasem roznosi od środka, ale zawsze wtedy przypominam sobie o tym, że nie warto pielęgnować w sobie złości. Lepiej napełniać się pozytywnym myśleniem, a poza tym…

male-tylko-raz

 

 

 

Chwalić czy ganić – co jest lepsze?

Każdy z nas chciałby wychować dziecko o adekwatnym poczuciu własnej wartości, prawda? Każdemu marzy się, żeby jego szkrab znał swoje mocne i słabe strony; by wiedział, na co go stać – kiedy może dać z siebie jeszcze trochę, by coś osiągnąć, a kiedy odpuścić, bo coś jest jeszcze ponad jego siły. Każdy chciałby mieć dziecko szczęśliwe i radosne, a nie sfrustrowane niepowodzeniami. Czy jest na to jakaś metoda? Co bardziej pomoże dziecku – chwalenie czy ganienie? A może jedno i drugie? Co robić – chwalić czy ganić?

Chwalić?

Dziecko od pierwszych dni życia, kiedy zrobi COKOLWIEK, najczęściej słyszy: „brawo”, „wspaniale”, „super”, „świetnie”, do tego często dochodzą oklaski osób z najbliższego otoczenia. Jest to tak oczywiste, że nawet, kiedy moje dziecko otrzepywało sobie kiedyś ręce po jedzeniu jedną o drugą, usłyszałam: „Patrzcie, jak fajnie, bije sobie brawo, bo zjadł.”. Nie, nie bił sobie brawo, nie przyszłoby to nam w ogóle do głowy. Otrzepywał ręce, do których coś się przykeiło. Tyle.

Dlaczego napisałam, że nie przyszłoby nam to do głowy?
Kiedyś przydarzyła się w naszej rodzinie taka sytuacja: babcia zajmowała się dzieckiem i poczuła potrzebę pójścia do toalety. Wyjaśniła to wnuczkowi i udała się do łazienki, który postanowił poczekać na nią pod drzwiami. W pewnym momencie chłopczyk wtedy ok. dwuletni usłyszał dźwięk spuszczanej wody i zaczął bić brawo wołając „Brawo, Baba siku!”. Babcia chłopca opowiadając nam to zdarzenie oczywiście śmiała się, bo cała sytuacja była zabawna. nie mniej jednak powiedziała też, że poczuła się… jak upośledzona, bo przecież dla niej jest to zupełnie naturalna i normalna sytuacja, nie potrzebuje, nie chce, by ktoś za czynność fizjologiczną i samoobsługową nagradzał ją oklaskami.

Właśnie dlatego nie przyszłoby nam do głowy, by bić Małemu S. brawo, ponieważ coś zjadł. Zjadł, bo potrzebował zaspokoić głód, zjadł, bo jest to naturalna czynność, którą wykonuje tak samo jak pozostali członkowie rodziny, z którymi siada do stołu. Nie bijemy sobie braw za zjedzony posiłek, więc dziecku też darujmy tę „przyjemność”. To wcale nie jest tak, że dzieci oczekują pochwał.

Dzieci potrzebują naszej UWAGI.

Nasza uwaga, czyli spojrzenie w ich stronę. Nie zajmowanie się kilkoma innymi rzeczami na raz, ale chwila, kiedy dziecko czuje, że JESTEŚMY TU I TERAZ razem z nim. Ten moment, kiedy dziecko wie, że może poprosić o pomoc, jeśli będzie jej potrzebować. Uwaga jest ważniejsza niż pochwała, o której po pierwsze szybko się zapomina, zwłaszcza, jeśli była wyrażona jednym słowem, typu „świetnie”, „super” i brawo”, po drugie dlatego, że pochwała często paradoksalnie powoduje zaprzestanie wysiłku. Dlaczego? Dlatego, że skoro już jest świetnie, to po co dalej się starać? Po trzecie dlatego, że pochwała wyrażona w trakcie wykonywania czynności rozprasza i może spowodować niepowodzenie. Kolejny paradoks? Otóż wyobraź sobie, że układasz wieżę z kart, masz już 15 rzędów. W tym momencie ktoś wchodzi  i zaczyna coś do Ciebie mówić, Tobie ręka zadrżała i… jedna źle położona karta, całość się rozsypuje. Podobnie działa to u dzieci przy najprostszych czynnościach – podnoszeniu kubka z wodą, wkładaniu łyżeczki z zupą do ust, układaniu wieży z klocków, nauce chodzenia, etc.

Hm… Ganić?

„Źle to masz.”, „Co to robisz?”, „Nic z tego nie będzie.”, „Co z ciebie wyrośnie?”, „Jak to wygląda?”…
Brrr…! I tym sposobem podcinamy skrzydła.
„Źle to mam, czyli ja też jestem zły, a może nawet beznadziejny?” Dzieci często myślą o sobie w takich kategoriach, w jakich mówi się o ich pracy, uogólniają.
„Nic z tego nie będzie? To cała praca jest bez sensu, niepotrzebnie się męczyłem, nie ma w tym nic dobrego.” A czy aby na pewno? Może jednak dziecko zaczęło dobrze, wystarczy znaleźć moment, w którym nastąpił błąd, poprawić i kontynuować razem z pomocą rodzica tak, by skończyło się dobrze? A może coś nie wyszło, ale dziecko czegoś się nauczyło?
„Jak to wygląda? No jak, mamo / tato / babciu / wujku? Powiedz mi, o co konkretnie chodzi, bo nie rozumiem.”

Ganienie, słowne reprymendy niewiele dają, zwłaszcza jeśli są tak ogólne, ale bynajmniej nie namawiam do „ganienia szczegółoweemot smuuugo”! Chodzi mi o to, że takie negatywne komunikaty wzbudzą w dziecku jedynie poczucie winy, często nieadekwatne do jakiegoś wydarzenia, spowodują, że dziecko NIE BĘDZIE CHCIAŁO KONTYNUOWAĆ CZYNNOŚCI lub PODEJMOWAĆ KOLEJNYCH PRÓB ZROBIENIA CZEGOŚ, ponieważ będzie bało się porażki lub negatywnej reakcji opiekuna. Jednym słowem, lepiej robić nic, niż narazić się na zganienie.

Chwalić czy ganić?

Ani chwalić, ani ganić. Co zatem robić? po pierwsze mówić, co widzisz. Opisywać rzeczywisty stan rzeczy.

Zamiast „Brawo!” na widok trzech klocków postawionych jeden na drugim, powiedz: „O! WIDZĘ, że wybudowałeś wieżę.” lub „Widzę, że potrafisz wybudować wieżę z klocków.”

Zamiast „Świetnie!” na widok pustego talerza po obiedzie, możesz powiedzieć „Widzę pusty talerz. Czy smakowało ci jedzonko?” lub „Cieszę się, że zjadłeś tyle, ile twój brzuszek potrzebował.” To ważne, żeby dzieci jadły tyle, ile potrzebują, bo one to wiedzą, tylko dorosłym wciąż się wydaje, że powinny więcej, ale to temat na oddzielny post, więc pozwólcie, że zajmę się tą kwestią innym razem.

Zamiast „Źle to masz.”, można powiedzieć „Widzę, że coś Ci nie wyszło, czy potrzebujesz pomocy, żeby to naprawić?”
Zamiast „Jak to wygląda?”, możesz powiedzieć „Popatrz, ubrudziłeś to i to, więc trzeba to posprzątać. Chodź, pójdziemy po szmatkę i powycieramy.”

Oczywiście, treść komunikatu i zakres pomocy trzeba dostosować do wieku dziecka i jego możliwości. Nie mniej jednak ważne jest to, że już najmniejsze dzieci mogą pomóc posprzątać, czy naprawić drobne usterki, na tyle, na ile pozwalają im aktualne możliwości. My, dorośli najwyżej potem trochę tę pomoc udoskonalimy z dzieckiem lub bez, znów w zależności od potrzeb.

Mówię, co widzę, buduję relację!

emotAni chwalić, ani ganić. Mówmy wprost: co widzimy. Na pewno zostanie to lepiej zrozumiane i lepiej zapamiętane. To po pierwsze. Po drugie: do tego, co mówimy, dołączmy też informacje o swoich uczuciach: „Cieszę się, kiedy….”, „Lubię, kiedy…”, „Podoba mi się, że…”, „Jest mi smutno, kiedy…”, „Denerwuję się, gdy….”. To nie jest prawda, że trzeba chować przed dzieckiem swoje emocje, że trzeba zawsze być spokojnym i opanowanym. Bo jeśli dziecko nie będzie widziało naszych emocji, to jak nauczy się konstruktywnie radzić ze swoimi? Poza tym, często w ramach „opanowywania się”, jezyk dorosłych staje się ostry jak brzytwa, bo na niego przenosimy tłumione emocje i wtedy dziecko słyszy jakieś słowa, których później żałujemy. Zamiast tego, lepiej powiedzieć dziecku: „Proszę, zostaw teraz tę patelnię i tłuczek. Denerwują mnie te dźwięki. Może zamiast tego zrobimy to i to?”. Dziecko dostaje informację o uczuciach rodzica, dowiaduje się, że rodzic nie chce słyszeć podwórkowej perkusji, ale też otrzymuje propozycję zrobienia czegoś w zamian. Oczywiście, nie musi się zgodzić od razu na pierwszą propozycję, ale jestem przekonana, że uda się w końcu tym sposobem znaleźć jakieś inne wyjście. Bez ranienia uczuć każdej ze stron, bez wojny domowej.

A wracając do początku posta – ani chwalić, ani ganić. Po prostu mówić, co widzisz oraz opisywać swoje uczucia. Ten sposób komunikacji, to nic innego jak budowanie adekwatnego poczucia własnej wartości u dziecka, które dzięki komunikatom typu „Widzę, że potrafisz…”, otrzymuje cenną wiedzę o swoich umiejętnościach. To inwestycja w jego przyszłość. A właściwie we wspólną przysżłość, bo od dzisiejszych relacji zależy to, jak będą one wyglądały w przyszłości. 🙂

Pozdrawiam!

 

P.S. Z mężami i żonami też można tak rozmawiać – dobrze robi związkom 🙂

Akceptuję… nie oczekuję

„Kochajmy ludzi za to, jacy są, a nie za to, jacy chcielibyśmy, żeby byli.” Nie mam pojęcia, kto jest autorem tego hasła. Nawet słynny wujek G., który podobno wie wszystko nie pomógł mi tym razem, ale to nic. W tym wypadku ważniejsza jest treść. Przeczytałam tę sentencję i natychmiast pomyślałam o… No właśnie: o kim? Domyślacie się?

Bingo! O moim dziecku.

Ktoś sobie pomyśli, że chyba zwariowałam, bo czego bym nie przeczytała, odnoszę do Małego S. lub szerzej pojętego wychowania. Cóż… matka wariatka. 😉 Nic nie poradzę. Za to już spieszę z wyjaśnieniami, co w tym wypadku ma jedno do drugiego.

 

Stereotypy? Phi!

Otóż. Kiedy byłam w ciąży wydawało mi się, że nie mam żadnych wyobrażeń nt. przyszłego wyglądu i zachowania mojego dziecka. Jestem wolna od stereotypów, zostawiam mojemu dziecku pełnię swobody w przedstawianiu swoich potrzeb, relacjach z innymi ludźmi, pozwalam mu być SOBĄ. Cóż za altruizm, prawda…? He he he he… 😀 😀 😀 Niezły dowcip, nie? Kto się już kula ze śmiechu po podłodze? Ja z racji bycia (od wczoraj) poważną i stateczną kobietą trzydziestoletnią, zaledwie uśmiecham się pod nosem. 😉

 

Czas płynął, „brzuszek” rósł, nadszedł czas rozwiązania, w końcu pojawił się Mały S. i się zaczęło. O_o! To jednak potomek nie jest „społecznym zwierzem” jak mamusia? O_o! To on nie lubi być na rękach u babć, cioć i wujków? O_o! To on nie ma ochoty na ściskanie, łaskotanie, itp.?  O_o!

No i pojawiło się mamine… Hm, no właśnie – co? Rozgoryczenie? Smutek? Rozczarowanie? Sama nie wiem, jak to nazwać, ale doszło do mnie, że moje dziecko wcale nie jest takie, jakbym… O_o! Chciała???

oczyTak, otwarły mi się oczy. Dotarło do mnie, że jednak miałam wyobrażenie na temat wyglądu relacji mojego dziecka z innymi ludźmi i jego zachowania w sytuacjach społecznych. Piszę akurat o tym aspekcie życia, ponieważ to było chyba moje największe zaskoczenie. Nie zmienia to faktu, że Z PEWNOŚCIĄ były i są we mnie także inne wyobrażenia o jego przyszłym życiu, choć może nawet sobie ich w tym momencie nie uświadamiam. Przynajmniej do momentu aż się z nimi nie zetknę i nie okaże się, że moje dziecko decyduje inaczej niż ja bym postąpiła, czy chciała, by ono postąpiło.

 

A jednak oczekiwania…

Skomplikowane, wiem. W każdym razie przyszła chwila, w której ZROZUMIAŁAM. S. taki jest: nie lubi dużej ilości osób; nawet, jeśli kogoś już zna, to potrzebuje czasu, by się z nim na nowo oswoić, choćby to byli dziadkowie; nie toleruje nachalności – brania na ręce, dotykania, przytulania, łaskotania bez przyzwolenia. Woli kameralne towarzystwo i potrzebuje czasu, żeby się „rozkręcić”. I nie, nie ma żadnych zaburzeń ze spektrum autyzmu i-tym-podobnych. Zaznaczam, bo teraz to popularne i szybko przypina się dzieciom „łatki”, czego nie znoszę. Etykietki to mają być na każdym produkcie w sklepie spożywczym, a nie na ludziach.

Mały S. po prostu jest typem człowieka, który kredytu zaufania udziela powoli. Za to jak już się rozkręci… to witaj przygodo! Poznacie scenariusze najlepszych bajek i sposoby ratowania świata z każdej możliwej katastrofy, ugotujecie wspaniałe potrawy, naprawicie każdy sprzęt i poznacie granice własnej wyobraźni, które dla S. nic nie znaczą, bo przeprowadzi każdego do swojego świata tzw. „suchą stopą”.

 

To niesamowite, jak bardzo zeszło ze mnie przysłowiowe ciśnienie, że mój ukochany synek jest taki nietykalski i nieśmiały, kiedy uświadomiłam sobie, że WCALE NIE MUSI być „zwierzem społecznym”. Co więcej, wcale nie wiedziałam, że „coś” mi przeszkadza, że pewne sytuacje widziałabym inaczej, dopóki nie uświadomiłam sobie, że on po prostu jest sobą i ma do tego święte prawo. Ja to ja, a on to on. Każde z nas ma prawo do swoich upodobań i swojego jedynego oraz niepowtarzalnego sposobu na kontakty z innymi ludźmi. W tym momencie ZAAKCEPTOWAŁAM TO.

 

„Akceptuję”, a nie „oczekuję”

Takie proste i takie… odkrywcze! Wcześniej relacje Małęgo S. z innymi ludźmi, a raczej ich unikanie poczytywałam za problem. Kiedy dotarło do mnie, że po prostu nie akceptowałam jego zachowania, uświadomiłam sobie, że to MÓJ PROBLEM. I to był moment, w którym mój smutek, zniechęcenie i żal odeszły w siną dal. ZAAKCEPTOWAŁAM inność i odrębność mojego dziecka ode mnie. Tylko tyle i aż tyle.

Pokochałam to, jaki rzeczywiście jest, a nie moje wyobrażenie o nim. Nie to, jakim chciałabym go widzieć, ale to, jaki naprawdę jest. COŚ NIESAMOWITEGO! Miłość bez granic, bezwarunkowa i niepowtarzalna. Większa i silniejsza niż potrafię wyrazić… Po prostu: ach, ach, ach! Chyba zrozumie to każda czytająca ten post mama. 😉

akceptacja

Dla mnie uświadomienie sobie sobie tego faktu to jeszcze nic. Mogłabym kilka lat temu pewno długo na ten temat dyskutować, ale dopiero odczucie „na własnej skórze” jest prawdziwym przełomem:

Dzieci są inne od swoich rodziców, jedyne i niepowtarzalne, a i tak mamy je kochać i akceptować. BEZWARUNKOWO. To jest droga do szczęścia. Do szczęśliwego dzieciństwa, szczęśliwego macierzyństwa, szczęśliwego życia rodzinnego i szczęśliwego startu w dorosłość.

Zatem… kochajmy nasze dzieci, za to, kim są, a nie za to, kim chcielibyśmy, aby były!

A czy Wasze dzieci są do Was podobne czy też się różnią?
Pozdrawiam!

O ironio!

O realnej potrzebie podarowania tatusiowi gwiazdki z nieba.constellation-151062_960_720

Wracamy do domu ze spaceru. Mały S. rozbiera się, biegnie do kuchni i mówi:
– Tatuś, chciałbym obejrzeć teraz jak pieski ratują pociąg.
W tej chwili nie chcieliśmy mu puszczać bajki, poza tym była to inna pora niż zwyczajowo u nas przyjęta na oglądanie czegokolwiek w telewizji lub na komputerze. Zatem, w odpowiedzi na prośbę dziecka, mój Małżon rzecze:
– A ja bym, synu, chciał gwiazdkę z nieba.
I co? Dialog wcale się nie kończy! Mały S. kontynuuje:
– A ja bym jeszcze chciał…
I zupełnie na poważnie zastanowił się chwilę i odpowiedział Tacie, którego ta kontynuacja dialogu przez nasze Dziecię nieco zdziwiła.

Nie pamiętam, co dokładnie odpowiedział, ponieważ moja myśl pobiegła w tym momencie zupełnie innym torem. Mianowicie, była to kolejna zaobserwowana przeze mnie sytuacja, w której mój dwulatek zetknął się z IRONIĄ.

Cóż to jest ironia?

Sięgamy do zasobów internetu i czytamy*:

Ironia to sposób wypowiadania się, oparty na zamierzonej niezgodności, najczęściej przeciewieństwie, dwóch poziomów wypowiedzi: dosłownego i ukrytego, jak np. w zdaniu „Jaka piękna pogoda” wypowiedzianym w trakcie ulewy.

Jak widać w powyższej definicji, ironia to taka podwójna twarz. Dla nas, dorosłych, bywa łatwiejsza lub trudniejsza do interpretacji, ale najczęściej potrafimy ją wyczuć bez większych problemów. Są osoby, których żart i komentarz otaczającej rzeczywistości opiera się w całości jedynie na ironii. Nazywamy je najczęsciej osobami o specyficznym spojrzeniu na świat lub nietuzinkowym poczuciu humoru.

W przypadku dziecka, sprawa nie jest taka prosta. Dziecko słyszy: „A ja bym chciał…” No i prawdopodobnie ucieszy się, że tatuś też coś chce, też ma jakąś potrzebę, być może nawet podobną do tej dziecięcej albo taką, którą dziecko pomoże mu spełnić… Dziecko czyta wprost słowa rodzica: tatuś chce gwiazdkę z nieba. Czemu miałby nie chcieć? W końcu „rzecz” jak każda inna, prawda? No właśnie: nie jak każda inna.

Dziecko jeszcze nie wie, że podarowanie komuś gwiazdki z nieba jest niemożliwe. Dlatego nie może pojąć ironii zawartej w zdaniu o chęci posiadania gwaizdki. Pod pozorem zgody, wyrażonej chęcią posiadania gwaizdki, w rzeczywistości była odmowa. Inna sprawa, że dzieci mają tak wspaniałe i nieograniczone myślenie, że na pewno jakoś tę gwiazdkę by „zorganizowały” za pomocą dostępnych im środków (np. papier, farby, nożyczki, brokat…) i wyobraźni. Ponadto zdanie „A ja bym chciał…” to zaproszenie do rozmowy, kontynuajca dialogu rozpoczętego przez dziecko. Hurrra! Jest interakcja! To sobie teraz z tatą poopowiadam. 🙂

Na powyższym przykładzie chciałam pokazać jeszcze raz konkretno-wyobrażeniowe myślenie dziecka, o którym pisałam już tu <klik>, to raz. A dwa – to naoczny i „nauszny” dowód na to, że dzieci to nie są mali dorośli. Być może „niestety”, ale nie możemy komunikować się z nimi w taki sposób, takimi komunikatami, jakimi porozumiewają się ze sobą dorośli. Przede wszystkim dlatego, że rozwój umysłowy trwa dość długo – od narodzin do dorosłości. I tak jak nie posadzimy noworodka na rower, bo nie jest na to gotowy, tak i nasz język musimy dostosować do jego poziomu.

W tym wypadku najlepiej byłoby powiedzieć, że rozumiemy tę potrzebę dziecka, ale nie możemy jej spełnić, ponieważ… i tu wymieniamy milijon powodów, których nie da się obalić. Bo dwa lub trzy to jednak mogłoby być za mało. 😉

Więcej ironii?

Przykład o gwiazdce to jeden z wielu, o które dziecko ociera się w dorosłym świecie. Ponieważ jest pełnia lata, to przytoczę jeszcze jeden, który pamiętam ze swojego dzieciństwa. Związany jest z owocowym szaleństwem.
Rodzice powiedzieli mi, że pestki z owoców należy wypluwać i nie wolno ich połykać. Starałam się tego przestrzegać. Niestety, zdarzyło się, że jedną połknęłam. Przestraszona, pędem pobiegłam do mamy, która (pamiętam to jak dziś, choć miało to miejsce pewno z 25 lat temu!) stała w kuchni przy zlewie. Mówię, że połknęłam pestkę i pytam, co teraz będzie??? Mama na to, że nic, „po prostu” wyrośnie mi drzewo w brzuchu. „Jak to?” zapytałam ze strachem. „No, tak normalnie.” Dotknęła mojego brzucha i z uśmiechem pokazała, gdzie pójdą korzonki… Rozpłakałam się. W tym momencie chyba zorientowała się, że ja w to naprawdę uwierzyłam. Bo uwierzyłam! To, że tak pamiętam to wydarzenie, potwierdza, z jakimi silnymi emocjami było związane.
Jestem przekonana, że mama nie miała zamiaru mnie przestraszyć, że tak naprawdę chciała mnie uspokoić, zbagatelizować sprawę takim „dorosłym”, ironicznym żartem, że wyrośnie mi w brzuchu drzewo. A w rzeczywistości… ja to drzewo zobaczyłam oczami wyobraźni. Jak rośnie, jak zapuszcza korzenie, jak wychodzą ze mnie jego gałęzie…. I była to przerażająca wizja. Brr…!

Przyjdzie czas!

Dlatego proszę, w imieniu małych główek: nie używajmy dwuznacznych komunikatów. Mówmy wprost i jednoznacznie, o co nam chodzi, a ironia? Na nią jeszcze przyjdzie czas. Przed nami jeszcze pełen niespodzianek okres dorastania.:)
Pozdrawiam! 🙂

*Źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ironia

Czym się bawić z dzieckiem?

„Memory” lub „Pamięć” 🙂

Niejednemu rodzicowi sen z powiek spędza kwestia zabawy z dzieckiem. Niby sterta zabawek, wysypują się z pudeł, a się nimi nie bawi. Przyczyny takiego stanu rzeczy są trzy.

Po pierwsze dziecko nie wie, jak się nimi bawić. Zwyczajnie brakuje mu wzorca zabawy. Rzecz tyczy się zwłaszcza pierwszego czy jedynego dziecka w rodznie. Kolejne, młodsze pociechy mają ten komfort, że podpatrują starsze. Widzą, co i jak można zrobić, próbują naśladować i od razu przy okazji wchodzą w świat kontaktów rówieśniczych. 😉 Dlatego tak ważne jest, by razem z dzieckiem / dziećmi się bawić. Brać do rąk jego zabawki, wcielać się w role i w ten sposób pokazać, do czego mogą służyć. Tutaj też zachodzi ciekawy proces, ponieważ bardzo często okazuje się, że w trakcie takiej zabawy „starymi” zabawkami wspólnie wymyślicie jeszcze kilka innych możliwości inspirując się wzajemnie. To tak a propos tego, że od dziecka można wiele się nauczyć.


Po drugie dlatego, że dziecko zabawek MA ZA DUŻO. Jest przebodźcowane. Patrzy na ten domowy sklep z zabawkami i jest tak przytłoczone, że nie wie, co mogłoby wybrać. A jak już wybierze i zacznie się bawić, to kątem oka zobaczy coś innego, co go rozproszy. Moja rada jest taka, by zmniejszyć ilość zabawek. Część schować i jak wyjmiecie ją po miesiącu, to będzie dziki szał szczęścia. Gwarantowane. 🙂

Po trzecie dlatego, że ich zabawki często nie przypominają narzędzi, których używają rodzice. Przytoczę tu słowa mojej wykładowczyni z pedagogiki rozwojowej, które brzmią mi w uszach już ładnych kilka lat i należą do moich podstawowych inspiracji w pracy zawodowej i w wychowaniu mojego S.: „Dziecko nie bawi się dlatego, że jest dzieckiem, tylko po to, by być dorosłym.”. Myśl niesamowicei prosta i niesamowicie odkrywcza!
To jest przyczyna, dla której dzieci wolą używać naszych dużych nożyczek, jeść normalnymi sztućcami, chcą z nami odkurzać, zmywać, itp., jeśli tylko im na to pozwolimy. To wspaniałe „zabawy”, dające dzieciom lekcję samodzielności, budujące poczucie własnej wartości (to już potrafię, a tego jeszcze nie), uczące współpracy i dające radość z pomocy drugiemu człowiekowi.

Metodą na znudzone dziecko nie jest kupowanie kolejnej zabawki, ale znalezienie przyczyny tej nudy. A już na pewno ostatecznością są wielce kolorowe, migające i grające pudełka w kształcie różnych zwierząt i pojazdów…. Rynek jest nimi zalany i wydaje się, że jest to absolutny „must have”, czyli „musisz to mieć” każdego dziecka. Nieprawda. Dzieci potrzebują zabawek, które pozwolą im poznawać świat, a nie tylko nauczą jak manipulować guziczkami. Poza tym, zbyt wiele barw nie sprzyja skupieniu uwagi na danej rzeczy / czynności. Co za dużo, to nie zdrowo. Nie mówię, żeby w ogóle pozbyć się wszelkich tego typu zabawek, ale nie musi ich być w domu całego pudła.

Zabawki stymulujące zmysły są w każdym domu i można zrobić je za grosze.

Poniżej przedstawiam jedną swoją propozycję na początek całego planowanego cyklu pt. „W co się bawić z dzieckiem”. Jest to gra „pamięć”, szerzej znana pod anglojęzyczną nazwą „memory”, którą można wykorzystać na kilka sposobów.

Jest to 12 zakecanych pojemniczków po farbach plakatowych.
Podzieliłam je na pary i każda z nich ma na spodzie kółeczko takiego samego koloru z samoprzylepnego papieru kolorowego (czarne, zielone, czerwone, fioletowe, żółte i niebieskie). Do środka każdej pary włożyłam różne znalezione w domu wypełniacze – sól, kaszę, fasolę, makaron, żabki do karnisza i guziki.Starałam się, by dźwięk w każdym pudełku dało się rozróżnić.

Propozycje zabaw:

Dla młodszych dzieci:
1. Odwracamy pojemniczki kolorami do góry i dobieramy je w pary.
2. Odkręcanie pojemniczków, dotykanie ich zawartości, wkładanie i wyciąganie.

Dla starszych dzieci:
1. Zwykła „pamięć” na dobieranie pojemniczków w pary według kolorów. Odwracamy wszystkie białymi zaketkami do góry i odsłaniamy dwa. Jeśli jest para, zabieramy ją dla siebie i mamy prawo do drugiej kolejki, jeśli nie, to zakrywamy pojemniczki i druga osoba odsłania kolejne dwa. Gra toczy się do momentu sparowania wszystkich pojemniczków. Wygrywa osoba, która ma więcej par.

2. „Pamięć słuchowa”. Zasady podobne, ale tym razem podnosimy dwa pojemnieczki i potrząsamy nimi, by usłyszeć dźwięki przedmiotów ukrytych wewnątrz. Pozostałe zasady jak w grze podstawowej z odsłanianiem kolorów.

3. Porównywanie wagi dwóch pojemniczków w rękach. Ważne, by dać dziecku do rąk takie, które da się ze sobą porównać – np. taki, w którym jest pełno soli i taki, w którym jest jeden guzik.

Kolorowe dna pojemniczków
Pojemniczek z kaszą
Pojemniczek z „żabkami” do firanek
Pojemniczek z guzikami
Pojemniczek z makaronem świderkami

Pojemniczek z solą
Pojemniczek z fasolą

Miłej zabawy!

O tresowaniu dzieci

Brzmi strasznie, prawda? To będzie post oburzenia w związku z powyższym tytułem. Sprawa moim zdaniem głównie dotyczy dzieci w wieku przedszkolnym, ale nie tylko.

Przykłady?
Wchodzę do grupy przedszkolnej, w której mam prowadzić zajęcia. Podbiega do mnie chmara dzieci i jedno przez drugie pyta:
– Proszę Pani, a będą pieczątki? Czy są dziś pieczątki?

Ja się zastanawiam, skąd taki pomysł, o co im chodzi? Przecież ja NIGDY nie daję dzieciom pieczątek ani innych pseudomotywatorów. Owszem, ja nie, ale inni dają. Dzieci więc zamiast powitania pytają o pieczątki. Powiedziłam, że przecież ja nie daję i na tym temat się skończył. To był pierwszy i ostatni raz.
Celowo nazywam je pseudomotywatorami, dlatego że wcale nie motywują wewnętrznie, tylko zewnętrznie: jest nagroda, czyli warto coś robić, nie ma nagrody, czyli praca i wysiłek nie mają sensu. Owszem – miałabym wtedy możliwość przekupstwa czy też szantażu: „śpiewaj z nami, to dostaniesz naklejkę”. Niestety, wiem z autopsji, że najczęściej dzieci słyszą „… bo nie dostaniesz”.

Na dłuższą metę takie drobne motywatory jak pieczątki na rękach, naklejki na ubraniu, cukierki, uśmiechnięta buzia na tablicy „motywacyjnej” mogą tylko zaszkodzić. To są normalne metody tresury: „Dobry piesek, usiadłeś, masz ciasteczko.”. Brzmi strasznie, prawda? A śmiem twierdzić, że ogromna większość rodziców, być może nie do końca świadomie, takie metody stosuje wobec własnych dzieci, a w placówkach oświatowych są one nagminne.

Dlaczego o tym piszę?

Po pierwsze dlatego, że chcę, aby dzieci brały udział w moich zajęciach dlatego, że im się podobają, są ciekawe, dają im radość, poczucie bezpieczeństwa i rozwoju. Nie dlatego, że dam im pieczątkę albo nie pójdą na plac zabaw za złe zachowanie. Uważam, że jako pedagog powinnam zrobić, co się da, by dotrzeć do dzieci, z którymi pracuję. I moim marzeniem jest, żeby każdy pedagog, który zetknie się z moim dzieckiem w przyszłości też myślał w ten sposób.

Po drugie dlatego, że tablice motywacyjne rozprzestrzeniły się już ze szkół i zamieszkały także w domach wielu dzieci, a rodzice z nich korzystają bez refleksji. Na przykład dając buźki na koniec dnia za „grzeczność”.
A co to znaczy „grzeczny”, ja pytam? Chętnie poznam definicję, bo jest to określenie, którego używa się na prawo i lewo. Tylko jest jeden problem – dzieci nie wiedzą, co się pod nim kryje. Serio. Były nawet takie badania. Pytano dzieci w wieku przedszkolnym „Jaki jesteś?”. Większośc odpowiadała „Grzeczna/-y” lub wprost przeciwnie „Niegrzeczna/-y”. Ale już te same dzieci zapytane o znaczenie tego słowa, w ogóle nie umiały go wyjśnić.
Ja sobie myślę, że dla większości dorosłch „grzeczny” oznacza „robiący, to co ja chcę”, ale to nie jest dobre, bo jeśli dziecko zawsze będzie robić to, co chce dorosły, to nie nauczy się sztuki rozmowy, negocjacji, nie pozna granic swoich i innych oraz norm kulturowych. Socjalizacja zdechnie na samym początku.

Po trzecie dlatego, żeby po raz kolejny zastanowić się nad relacją dorosły – dziecko. Kiedy pokłócisz się z mężem, nie stawiasz go do kąta, żeby przemyślał swoje zachowanie lub się wyciszył. Dziecko odesłane do kąta otrzymuje informację „Jesteś sam ze swoimi emocjami, ja ich nie akceptuję.” Tym samym uczy się, że pewne emocje są złe. A to nie jest prawda. Emocja to informacja o tym, co się ze mną dzieje. Dziecko samo czasem ma problem z jej identyfikacją, dlatego należy mu w tym pomóc, na przykład zadając dodatkowe pytania: „Zezłościłeś się?, „Zdenerwowała Cię ta sytuacja?”, itp. Odesłanie do kąta dziecka, to jak wyrzucenie za drzwi kota, który nabroił. Dosadne, wiem. Taka jest prawda.

Po czwarte dlatego, że przychodzi do mnie na świetlicę cudowny 4-latek. Uprzejmy, miły, współpracujący ze mną oraz starszymi uczestnikami zajęć. Potrafiący powiedzieć, co chce oraz co mu nie odpowiada. Doskonale stosuje się do norm grupowych, które zasymilował bez najmniejszego problemu po prostu uczestnicząc w zajęciach – bez kontraktów, rozmów. Potrafi skupić się na zadaniu przy stoliku, popatrzy jak starsi grają na komputerach, dziarsko bierze udział w zawodach sportowych. Jest samodzielny. I wiecie co? Wracał z przedszkola opieczętowany na czarno… Codziennie. Nie wiem, czy to były serca, czy inne „kwiatki”, ale wyobrażacie sobie, że za potyczkę słowną z sąsiadem lub niewykonanie jakiegoś obowiązku domowego ktoś tatuuje nam na ręce hasło „pieniacz” albo „leń”. Co musi czuć takie małe dziecko, kiedy ktoś bierze jego rękę i przybija mu taki „stygmat” w obecności pozostałych dzieci z grupy?
W przytoczonej sytuacji, która ścisnęła mnie za serce coś było nie tak i trzeba by znaleźć przyczynę problemu. Na pewno głębiej wszystko przeanalizować, ale…. jak można??? Jak moża robić dziecku coś takiego??? Ja bym nie mogła.
Na szczęście mądra mama po prostu zabrała chłopczyka z tej placówki. Dzięki Bogu, że miała taką możliwość. Nadmienię tylko, że działo się to w drugim roku jego pobytu w placówce oświatowo – wychowawczej. Pierwszy był bez zarzutu. A teraz „najlepsze: dziecko rzekomo nic sobie z tych pieczątek nie robiło. Nie, w ogóle: moczyło się, stawało się głuche na mówiące do niego panie. Rzeczywiście „nic”. Mam nadzieję, że to tegoroczne niepowodzenie nie będzie rzutować na przyszłość jego edukacji oraz zaufanie do dorosłych.

Dlatego gorąco apeluję! Nie tresujcie dzieci! I nie zgadzajcie się, by tego typu praktyki były wobec nich stosowane w przedszkolach i szkołach. To naprawdę nie działa! Jak mawiał klasyk, Janusz Korczak: „Nie ma dzieci, są ludzie.”. Jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy kąt, pieczątka, tablica motywacyjna, to zastanówcie się, czy wobec siebie lub innego dorosłego też byście tak postąpili. Niech człowiek człowiekowi zawsze będzie człowiekiem.

Pozdrawiam!

Zaufaj dziecku, a ono nauczy Cię zaufać sobie!

Zaczynałam pisać ten post już kilka razy i jakoś nigdy skończyć nie mogłam. Wciąż czułam, że nie do końca potrafię wyrazić to, co myślę i czuję (bo z wiedzą nie miałam akurat problemu ;)), więc nie byłam usatysfakcjonowana kształtem zdań, które wystukiwałam na klawiaturze. Wczoraj jednakże spotkałam się ze znajomymi, którzy – jak się okazało – mają podobne podejście do wychowania dziecka jak ja i rozmowa nt. niespełna dwulatki, która samodzielnie schodzi po schodach dała mi stosowny zastrzyk inspiracji. To tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy. 😉

Obrazek nr 1:
– Zostaw ten talerz, bo rozbijesz! – I… bum. Talerz leży w kawałkach na podłodze. – A nie mówiłem?

Obrazek nr 2:
– Nie biegaj, bo się przewrócisz. – I… bam. Dziecko przepadło i leży na asfalcie. – No i coś Ty narobił – dziura na kolanie. A mama ostrzegała.

Obrazek nr 3:
– Zostaw nożyczki, bo się potniesz. – I… ciach w palec. – Ojoj… A mówiłem, żebyś nie używał nożyczek.


Takich przykładowych obrazków mogłabym na poczekaniu wymyślić co najmniej sto. Wiecie, co łączy je wszystkie? NIEUFNOŚĆ. Brak zaufania w kompetencje swojego dziecka, w jego zdolność do naśladowania, zwłaszcza dorosłych oraz ograniczanie eksploracji świata!

Wiem, te wszystkie ograniczenia wynikają w pierwszej kolejności z troski o bezpieczeństwo swoich dzieci – najdroższych skarbów, w drugiej być może o ochronę mienia. Jednakże nie da się zrobić tego wszystkiego, o czym mowa powyżej i jeszcze miliona innych rzeczy bez treningu i to wielokrotnego.

Małe dzisiaj dzieci mają stać się kiedyś dorosłymi, a skoro tak, muszą ćwiczyć te sprawności, które będą im potrzebne w codziennym życiu. Wyobraźmy sobie nastolatka, któremu mama przynosi talerz z kanapkami, ponieważ on nie umie go utrzymać  w rękach i mu spadają. Kosmiczna wizja, prawda?

Dlatego trzeba pozwolić dziecku na SAMODZIELNOŚĆ. To ona pozwola poznać własne możliwości, ograniczenia i sprawności oraz nauczy, że czasem coś może się zniszczyć i można to naprawić lub nie. Takie poczucie straty też jest cenną życiową lekcją, ale to osobny temat.

Kolejna rzecz łącząca powyższe komunikaty, to ukazanie świata, w którym na całe życie ma zadomowić się nasze dziecko jako pełnego niebezpieczeństw, którego należy się obawiać. Nie tędy droga. Czasem lepiej ugryźć się w język i milczeć lub ograniczyć się do „Bądź ostrożna/-y.”, „Uważaj na siebie.”. To wystarczy. To już jest sygnał dla małego zdobywcy świata, żeby wzmożyć ostrożność.

Nie mniej jednak, powyższe zdania skierowane do dziecka powodują, że jego uwaga, najczęściej maksymalnie skupiona na zadaniu, które ma do wykonania, zostaje rozproszona. Zaczyna mysleć o tym jak to rzeczywiście może wyglądać ta przestroga – przepowiednia rodzica i… w ten sposób mamy gotowy przepis na samospełniające się proroctwo. Rodzic ma swoje „A nie mówiłem.”, choć wyrażone w różny sposób, a dziecko czuje, że rzeczywiście nie potrafi zrobić tego i owego, że zawiodło, że rodzic ma rację, więc może rzeczywiście więcej tego nie robić.

To trudne, ale wszystko sprowadza się do ZAUFANIA. W pierwszej kolejności trzeba zaufać swojemu dziecku, że jest w stanie coś zrobić. Stańmy z boku i czuwajmy jak dobre anioły, żeby zareagować, jeśli zrobi się niebezpiecznie. Ale pozwólmy dziecku na samodzielność, a ono niejednokrotnie nas zaskoczy: okaże się, że dwulatek potrafi sam przynieść sobie wodę w kubku z kuchni do jadalni albo może sam założyć buty. Może nie obejdzie się bez wpadek, ale nauczy się szybciej niż myślicie, a do tego dowie się wiele o sobie samym i świecie – gdzie jest bezpiecznie, gdzie trzeba bardzo uważać, jak wygląda zdarte kolano, jak przenieść chrupki w miseczce z pokoju do pokoju, jak samodzielnie się ubrać…. Wymieniać można w nieskończoność.

Od strony rodzica… Na wstępie należy wziąć głęboki oddech. 😉 Po to, by nie ostudzić zbyt szybko zapału. A jeśli raz i drugi Wasze dziecko podoła jakiemuś zadaniu, które wydawało się Wam zbyt trudne, to zaufacie jemu i sobie, że dobrze robicie.

Powodzenia życzę Wam i sobie na szlaku zdobywania kolejnych sprawności rodzicielskich!