JA vs. Hashi: 1:0

Dawno nie było nic o Hashi. Wybaczcie, stale jest ze mną i chyba tak bardzo się do niego przyzwyczaiłam, że czasem o nim zapominam…. a może tak bardzo weszły mi w nawyk pewne czynności, że tyle o nim nie myślę? A może po prostu ogarnęłam się na tyle, że moje samopoczucie pozwala mi od niego nieco odetchnąć? A może mam tyle roboty, że nie wiem, w co ręce wsadzić, więc Hashi zeszło na dalszy plan? Nie, to ostatnie odpada – fakt, mam mnóstwo zajęć, ale każdy, kto cierpi na Hashi, doskonale zdaje sobie sprawę, że żaden nawał obowiązków ani sytuacja życiowa nie jest w stanie sprawić, że kiedy Hashi atakuje, da się o nim zapomnieć. Raczej jest tak, że kiedy jest rzut choroby, to o całym świecie jesteśmy w stanie zapomnieć, a o niej nie, ponieważ ma tak różne oblicza, że jak nie przysłowiowymi drzwiami, to oknem wejdzie.

Znacie to, prawda? A jeśli nie, to przypominam możliwe objawy i skutki choroby Hashimoto dla tych, którzy może jeszcze do końca nie wiedzą z czym się zmagają lub mogą zmagać oraz dla ich bliskich, którzy nie mogą zrozumieć i każą się „ogarnąć” lub przestać wydziwiać:

Gdzie atakuje Hashi?

WSZĘDZIE! Nie ma takiego miejsca na ciele i w organizmie, gdzie nie zostawiałoby śladu po sobie. Co prawda o objawach pisałam już kilka miesięcy temu tutaj <klik>, ale nie zaszkodzi jak wymienię najczęstsze obszary ataków:

– bóle w klatce piersiowej niewiadomego pochodzenia, choć kardiolog mówi, że wszystko w porządku,
– duszności, płytki oddech,
– wysypki, bolesne pryszcze,
– wzdęcia, bóle brzucha w różnych jego częściach,
– rozwolnienia i zatwardzenia,
– wypadające włosy i łamliwe paznokcie,
– sucha skóra,
– łupież,
– ciągłe uczucie zimna lub uderzenia gorąca,
– opuchnięta twarz, powieki,
– niepokój, depresja,
– płaczliwość,
– ogólne spowolnienie funkcjonowania,
– nerwowość, wybuchowość,
– niemożność skupienia się na tym, co robisz, trudności w pozbieraniu myśli,
– plączący się język, zapominanie, o czym mówisz w środku zdania, brakujące słowa, czyli tzw. mgła mózgowa (brain fog),
– częste bóle głowy, migreny,
– tycie z „powietrza”, a może chudnięcie,
– bezsenność, a może nadmierna senność,
– problemy z płodnością, zajściem w ciążę i jej donoszeniem,
– rozregulowanie pracy jajników
– bóle stawów,
– …

Może przygnębiać, prawda? To oczywiście nie jest jeszcze lista wszystkich możliwych objawów. Bardziej chodzi mi o pokazanie jak nieprzewidywalna i nieobliczalna jest ta choroba. Chcę pokazać, że atakuje zarówno na płaszczyźnie somatycznej, jak i psychicznej. Leczyć trzeba ją kompleksowo, a nie można skupiać się jedynie na pojedynczych objawach, ponieważ wtedy walczymy jedynie ze skutkami, a nie z przyczyną i efekt nigdy nie będzie trwały. Momentami przypomina to walkę z wiatrakami. Z resztą w ogóle walka z Hashi jest walką dość nierówną, ponieważ choroba Hashimoto powoduje, że organizm atakuje sam siebie, zwalcza swoją tarczycę, bardzo ważny narząd, a do tego wykańcza po kolei inne narządy przez przewlekły stan zapalny. Nie mniej jednak, pomimo to da się walczyć i to skutecznie! Nie jest to łatwe, ale można i ja jestem tego dowodem.

1:0 dla mnie

Diagnozę Hashimoto mam od 3,5 roku, ale tak jak pisałam już kiedyś, padła ona w momencie, kiedy życiowo zajęta byłam zupełnie czym innym, a lekarz powiedział mi, że to choroba, która polega na codziennym łykaniu tabletki tuż po wstaniu z łóżka przed jedzeniem i na kontroli TSH oraz ft4 dwa razy w roku. Uwierzyłam. O ja głupia!

Tak sobie żyłam w tej mojej nieświadomości aż coś nie skłoniło mnie do sprawdzenia, na co to ja w ogóle choruję, skąd się to bierze i dokąd zmierza…. Zaczęłam czytać i włosy stanęły mi dęba na głowie! Najpierw się załamałam, spojrzałam na siebie, swoje życie i okazało się, że wiele cech, które przypisywałam np. swojemu temperamentowi, to tak naprawdę oblicze… Hashi! Aa….! :-/

Potem postanowiłam działać i zaczęlam czytać… Po chwilowym przypływie energii, że się nie dam i będę walczyć, znów opadły mi „witki”… Kolejna załamka: „nie dam rady”, „za dużo tego jest”. W końcu postanowiłam jednak spróbować, bo objawy zaczęły mi doskwierać, a poza tym, jako mama nie mogłam pozwolić sobie już na zbyt wiele chwil odpoczynku, dłuższy sen. Brakowało czasu na normalną, ludzką regenerację, a co dopiero tą spowodowaną chorobą. Trzeba było koniecznie coś z tym zrobić!

Tak więc na poważnie zajęłam się sobą ok. 1,5 roku temu. Początki lekkie nie były, zmiany wprowadzałam stopniowo, choć niektóre były radykalne, gdyż inaczej się nie dało (odrzucenie glutenu <klik>). Nie mniej jednak było warto, bo efekty są – dzięki odpowiedniej diecie i suplementacji w grudniu ubiegłego roku moje wyniki badań poprawiły się na tyle, że – UWAGA, UWAGA – dawkę sztucznego hormonu można było zmniejszyć o 1/3! Uważam to za wielki swój sukces, bo oznacza to, że jednak da się z Hashi walczyć i można z tej walki wyjść zwycięsko. Moja tarczyca może powoli, ale jednak zbiera się do życia, a nie degraduje <jupi!>. Sam lekarz, zobaczywszy wyniki badań był zdziwiony, że dawki nie zostawia, nie podnosi, ale ją… obniża. Jak sam powiedział: „W tej chorobie, to się dawkę raczej podnosi, a nie obniża. Tylko się cieszyć!”. Jest MOC! 🙂

Recepta na Hashi

Objawy hashi są różne. U każdego pacjenta obraz kliniczny może być inny. Nawet jak porozmawiacie z osobami ze swojego otoczenia zdignozowanymi na Hashi, okaże się, że jedne mają to, czego nie mają inne lub macie objawy z dwóch różnych biegunów danego spektrum – jedna tyje, druga chudnie, jedna nie śpi, podczas gdy inna nie może się obudzić przez cały dzień. To może dezorientować. Wtedy czujemy się tak:

Dlatego leczenie musi być dobrane INDYWIDUALNIE.

Badania

Trzeba zrobić badania i na ich podstawie uzupełniać niedobory. No i nie cieszyć się, że jestem w „normie”, bo TSH 2 najprawdopodobniej będzie w jakiejś normie laboratoryjnej, ale takiej dla całej populacji, czyli od dziecka do osoby w wieku podeszłym, a nie jest to norma dla młodej kobiety w wieku rozrodczym. Po drugie, ft3 w normie, nie oznacza, że jest go odpowiednia ilość, bo konwersja ft4 do ft3 może być zbyt słaba, a oba wolne hormony powinny być na podobnym poziomie. Pisałam o tym tu <klik>.

Co jeszcze warto zbadać? Na pewno poziom witaminy D3, B6, B12. Kiedy robicie morfologię, to także warto sprawdzić żelazo i ferrytynę. Ponieważ żelazo może być jeszcze w normie, natomiast ferrytyna nie. Lepiej zabezpieczyć się przed anemią zawczasu niż ją leczyć. Przyda się też krzywa cukrowa oraz insulinowa, ponieważ często w parze z Hashi idzie insulinooporność, która jest odpowiedzialna na przykład za tycie, ssanie na słodkie, senność po posiłku, może prowadzić rozwoju cukrzycy w późniejszym czasie, etc.

To jeszcze nie wszystkie przydatne badania, ale te pozwolą już całkiem nieźle zobaczyć, w jakim stanie jest organizm.

Dieta

Do niedawna krążyło po necie hasło „Jesteś tym, co jesz.”. Od niedawna krąży nowe, acz podobne: „Jesteś tym, co przyswajasz.”. Prowda. 😉 Co więcej, to nie „dieta” w znaczeniu odchudzania. To dieta, która ma leczyć: pokrywać w miarę możliwości niedobory, wzmacniać odporność, pozwolić na regenerację jelit, którymi u osób z chorobami autoimmunologicznymi trzeba zająć się w pierwszej kolejności, bo tam właśnie jest często źródło problemu.

W Hashi często mamy problem z przyswajaniem wartości odżywczych, więc trzeba szczególnie zadbać o jelita i ich florę bakteryjną: oprócz zażywania probiotyków w kapsułkach czy kroplach, warto przyjmować też te naturalne, czyli kiszonki (kapusta, ogórki, marchewka, kalafior, jabłka…. co tam jeszcze umiecie zakisić. ;)) Jak już jesteśmy przy florze bakteryjnej, to od razu napomknę, że nabiałowi mówimy „NIE!”. Dlaczego? Abstrahując od tego, że mleko krowie jest dla cieląt, napomknę tylko, że ma złe proporcje składników odżywczych, przez co jest nieodpowiednie dla człowieka, a poza tym powoduje stany zapalne w organizmie, a my mamy już permanentny stan zapalny tarczycy, który chcemy wyeliminować, a nie pogłębić. A jeśłi pojawiają się Wam na ciele bolesne, często ropne wypryski, to bardzo prawdopodobne, że właśnie od spożywanego nabiału.

Oczywiście eliminujemy gluten, ponieważ uszkadza jelita, „drażni” system odpornościowy. Nie będę się teraz rozpisywać szczególnie na ten temat. Wspomnę tylko, że eliminacja glutenu spowodowała u mnie zanik wysypki na rękach, z którą walczyłam od dzieciństwa różnymi metodami, a nawet najlepszy dermatolog nie był w stanie zaradzić, ustąpienie częstych migrenowych bólów głowy, koniec większości problemów jelitowych…

Cukrowi mówimy „Żegnaj!”. Cukier powoduje obniżenie odporności, wzrost podatności na infekcje. Niekorzystnie wpływa na szkliwo zębów, trzustkę, którą zmusza do wyrzutów dużej ilości insuliny. Daje energię, ale jedynie na chwilę.  Uzależnia! Powoduje rozrost niekorzystnej flory bakteryjnej w jelitach. Utrudnia skupienie (!) – do dobrej pracy mózgu potrzebny jest w miarę stały poziom cukru w organizmie, a wahania powodują rozdrażnienie, a nwet mogą prowadzić do stanów depresyjnych.

Dodatkowo

  1. Używam pasty do zębów bez fluoru, który jest szkodliwy dla organizmu, każdego. Nie tylko tego z Hashi, ale to temat na odrębny post, więc nie będę tu go rozwijać.
  2. Nie piję herbaty – jak wyżej, czyli ze względu na fluor, nie ze względu na kofeinę, jak niektórzy sądzą.
  3. Piję czystek, rumianek, pokrzywę, oczywiście wodę i sporadycznie wyciskane soki. Mięty i melisy prze Hashi unikamy.
  4. Oprócz probiotyków, uzupełniam cynk (odporność), selen (konwersja, czasem zmniejszenie ilości przeciwciał – mój lekarz mówi, że działa u 50% pacjentów) i magnez (dla układu nerwowego).
  5. Zażywam preparat z miłorzębem japońskim na pamięć i koncentrację, z którymi miałam problemy. Kto doświadczył „mgły mózgowej”, ten wie, jak to dokucza. :-/
  6. Zażywam skrzyp z pokrzywą dla poprawy kondycji włosów, skóry i paznokci.
  7. Żeby uniknąć skoków cukru w organizmie, śniadania jem w typie diety paleo, czyli białko (mięso / ryba / wędlina / jaja) + warzywa. Do obiadu już dokładam „węgle” w postaci kaszy, ryżu lub ziemniaków. Tarczyca „nie lubi” braku węglowodanów, stąd dla równowagi cukrowej w organizmie z rana sobie odpuszczam, ale do obiadu i na podwieczorek już zajadam. 😉
  8. Kasza jaglana jest zdrowa i bezglutenowa, ale niewskazana dla osób z Hashi, bo jest „wolotwórcza”, obniża stężenie jodu we krwi. Ja unikam, ale nie eliminuję całkowicie. Raz na dwa miechy się skuszę. 😛 Wszystko z głową.
  9. Strączki jadam baaaardzo rzadko, co ciekawe, orzeszki arachidowe, czyli ziemne też są strączkami. Jeśli źle się po nich czujesz już wiesz, czemu – to nie typowy orzeszek, ale roślina strączkowa. Strączki zawierają lektyny, które działają prozapalnie, a nam już więcej stanu zapalnego nie trzeba, prawda?
  10. Soja jest bardzo mocno modyfikowana genetycznie, a zatem ona i jej przetwory, także tofu: odpadają.
  11. Z warzyw psiankowatych (ziemniaki, pomidory, papryka, bakłażany, jagody goji) lepiej zrezygnować, bo pobudzają układ odpornościowy. Nie każdy jednak musi rezygnować ze wszystkiego i na stałe. Ja np. papryki nie toleruję zupełnie, ale już ziemniaka czy pomidora od czasu do czasu spokojnie mogę zjeść. Co do bakłażana nie mam zdania, bo jadłam go kilka razy w życiu. Nie porwał mnie jego smak. 😛
  12. Jako przekąskę często zajadam różnego rodzaju orzechy, które są bardzo odżywcze – np. dwa brazylijskie pokrywają dzienne zapotrzebowanie organizmu na selen. 😉

Warto walczyć

To chyba tyle z takich ogólnych zaleceń, które stosuję wobec siebie. Jest tego sporo, ale z czasem wchodzi w krew i jest bardzo naturalne, a zakupy robi się szybko, bo mijasz w sklepie całe alejki z nabiałem, słodyczami i pieczywem. 😉 Wielu pewno zapyta, co w takim razie jeść, skoro jest tyle ograniczeń? Nie jest tak źle, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać. Wystarczy przejrzeć przepisy na blogu, a zobaczycie wiele bardzo różnorodnych propozycji zarówno na słodko, jak i wytrawnych. Poza tym, ograniczenia w diecie otwierają na nowe, bo człowiek szuka, co mógły innego zjeść. Dzięki temu poznałam całą masę produktów, o których istnieniu nie miałam pojęcia, a które są pyszne i zdrowe!

Ważne jest jedno, nie dać się Hashi zastraszyć! można z nim wygrać. Trzeba wziąć „byka” za rogi. Mimo chwil zwątpienia i upadków – np. zjedzenia dużej ilości paprykowego leczo, co potem oczywiście odchrowałam…, to stwierdzam, że warto. Najpierw przychodzi zmiana samopoczucia na lepsze i właściwie myślałam, że nic więcej mi do szczęścia potrzebne nie jest. Samopoczucie było ok, sztuczny hormon co noc (właśnie – nie rano! <klik>), wyniki w normach i tak sobie żyłam 16 miesięcy na bezglutenie i z całą powyższą listą, a tu – niespodzianka! W grudniu okazało się, że wyniki poprawiły się na tyle, że można obniżyć dawkę sztucznej lewotyroksyny. Radość, radość, radość! Mój wysiłek nie idzie na marne. Walczę o siebie z dobrym skutkiem. Warto!

A jak Wy walczycie z Hashi?

Pozdrawiam wszystkie, „motyle”, życząc samych zwycięskich bojów.
Tę walkę można wygrać!

 

Mikstura na przeziębienie oraz sos do surówki w jednym!

Sezon przeziębieniowy w pełni. Doskonale widać to po frekwencji na warsztatach „Ale dziecko! Ale mama!” oraz „Ale dzidziuś!”. Co rusz otrzymuję telefony od mam, które odwołują swoją planową obecność na zajęciach. W ubiegły wtorek taki los dotknął aż… 8 mam ze swoimi maluszkami! Chorują dzieci, chorują mamy. Jak to mówią: „choroba nie wybiera” i może przytrafić się każdemu. Kiedy jednak wiemy, że jesteśmy szczególnie na nią narażeni, to możemy się zabezpieczać, o czym wspominałam już w poście o katarze, który jest tu <klik>. Może przydać się nam również specjalna mikstura. 

3 w 1

Wiem, brzmi jak z reklamy telewizyjnej i pewno większość z Was w tym momencie ma ocohtę przestać czytać ten post stwierdzając, że jest tanim chwytem marketningowym. Jednak naprawdę warto!

Mikstura, o której piszę:

  1. wzmacnia odporność,
  2. w razie infekcji pomaga szybciej wrócić do zdrowia,
  3. może stanowić sos do surówki!

Jej przyrządzenie jest banalnie proste, a smak całkiem przyjemny. Skoro udaje mi się podać ją nawet mojemu dziecku, to chyba każdy jest w stanie ją przełknąć. 😛 Fakt, Mały S. popija ją całkiem sporą ilością wody, ale przyjmuje. Dzięki niej, z ostatniego przeziębienia wyszedł obronną ręką po zaledwie dwóch dniach! A pani doktor przepowiadała co najmniej tydzień. Od tego czasu polecam ten przepis każdemu.

A zatem do dzieła!

Potrzebujemy:

  • sok z cytryny,
  • sproszkowany imbir,
  • kurkumę.

Przygotowanie:

  1. Cytrynę myjemy pod ZIMNĄ wodą. Nie pod ciepłąponieważ wtedy uwalnia się chemia, którą są pryskane cytrusy, a to ona najczęściej uczula.
  2. Wyciskamy sok z cytryny do miseczki.
  3. Dodajemy płaską łyżeczkę imbiru oraz łyżeczkę kurkumy.
  4. Wszystko mieszamy.

Mikstura jest gotowa do spożycia / użycia.

Uwagi praktyczne:

Przy przeziębieniu, podaję ją Małemu S. po łyżeczce lub po miareczce z syropu w formie strzykawki 3-4 razy dziennie. Dorosły może brać łyżeczkę co dwie/trzy godziny.
Przed każdą aplikacją, należy oczywiście przemieszać wszystkie składniki, ponieważ imbir i kurkuma będą osiadać na dnie miseczki.
Jeśli nie zużyję całości jednego dnia, to wkładam pozostałość do lodówki.

Mikstura w surówce

Mimo, iż napisałam wyżej, że syropek podaję nawet Małemu S., to zdaję sobie sprawę, że i tak znajdą się tacy, którym nie będzie odpowiadał i będą pluć nim dalej niż widzą. Z resztą przed chwilą przyszło moje dziecko i pokazując na zdjęcie powiedziało: „O, to ten syropek, który mi nie smakuje”. 😛
Wszystkie mamy doskonale wiedzą, co zrobić, żeby coś zdrowego zostało jednak zjedzone: należy to dobrze zakamuflować. 😉

Co prawda, kiedy po raz pierwszy robiłam surówkę z tym „sosikiem”, wcale nie miałam zamiaru maskować jego smaku. Po prostu chciałam sprawdzić, jak te składniki razem będą się komponować. Zestawienie, które Wam zaproponuje okazało się „strzałem w dziesiątkę”, dodatkowo bardzo prostym do wykonania. 

Przepis na surówkę:

Potrzebujemy

  • dwie marchewki,
  • jedno jabłko,
  • kilka łyżeczek mikstury.
  1. Trzemy na tarce o małych oczkach dwie marchewy.
  2. Ścieramy jabłko na ściance o grubych oczkach.
  3.  Dodajemy kilka łyżeczek (według uznania) naszej mikstury. 
  4. Wszystko mieszamy.
  5. Zjadamy ze smakiem do obiadu lub jako deser. 🙂

Prawda, że proste?

Imbir nie tylko w ciasteczkach

Imbir to roślina znana od tysięcy (!) lat. I z tego powodu jest też świetnie przebadany. Jak się okazuje, ma naprawdę szerokie zastosowanie w leczeniu różnorodnych schorzeń. Działa przeciwwirusowo, antybakteryjnie, przeciwbólowo, przeciwgrzybiczo i jeszcze przeciwutleniająco! Można dodawać go do wody, kawy czy herbaty, przyprawiać nim potrawy słodkie, jak ciasteczka, ale także mięsne, a nawet rybne (neutralizuje rybi zapach!).

Właściwości imbiru:
– ma działanie odkażające, można płukać nim bolące gardło,
– poprawia ukrwienie całego organizmu, także mózgu, przez co zwięsza koncentrację,
– rozgrzewa, a w wyższej temperaturze giną drobnoustroje chorobotwórcze (stąd gorączka, która jest dobrym objawem „walki” organizmu),
– poprawia apatyt – zwiększa wydzielania śliny oraz soków trawiennych,
– pomaga przy wzdęciach, 
– znają go chyba wszystkie ciężarne, bo choć nie na każdą z nas działał, to chyba każda sprawdzała jego właściwości przeciwwymiotne…
– w Azji używa się go jako afrodyzjaku. 😉

Kurkuma nie tylko w rosole

Kurkuma to przyprawa podobna w swoich właściwościach do imbiru. Jej głównym składnikiem jest kurkumina, której zawdzięcza swój intensywny żółty kolor. Kurkuma jest silnym przeciwutleniaczem, działa przeciwwirusowo, antybakteryjnie, przeciwgrzybiczo i oczyszczająco, zapobiega rozwojowi nowotworów.

Właściwości kurkumy:
– pomaga trawić białka,
– działa przeciwzapalnie (np. pomaga łagodzić ból w zapaleniu stawów),
– działa przecibólowo,
– leczy trądzik,
– pomaga przy wzdęciach i zaparciach,
– obniża poziom cukru w organizmie,
– wspomaga gojenie się ran,
– może zapobiegać postępującej degeneracji komórek mózgowych, a tym samym zapobiegać rozwojowi demencji starczej oraz chorobie Altheimera, przyspiesza procesy naprawcze w mózgu: pobudza mnożenie się i różnicowanie komórek nerwowych w mózgu),
– pomaga w chorobach wątroby,
– przeciwdziałą sklejaniu się płytek krwi, czyli działa przeciwzakrzepowo,
– łagodzi bóle menstruacyjne,
– działa jak antybiotyk!

Właściwości lecznicze imbiru i kurkumy, a także witaminy C z soku cytrynowego są nie do przecenienia. Mam nadzieję, że udało mi się to udowodnić w tym poście i Wasza mikstura na odporność i przeziębienie już się robi. 😉

 Zdrowym życzę odporności, a chorym szybkiego powrotu do zdrowia. 😉

Pozdrawiam serdecznie!

Kolorowy paw – pomysł na zabawę plastyczną

To będzie kolejny wpis z zapomnianej chyba na blogu serii  „W co się bawić z dzieckiem”. 🙂 Jej odkurzeniu sprzyja jesienna, deszczowa aura, a także przeziębienie Małego S., z którym zmagamy się od kilku dni.

Jak dobrze wiedzą wszyscy rodzice, to nie lada wyzwanie, by zająć chore dziecko. Po pierwsze dlatego, że najczęściej w łóżku maluch spokojnie zbyt długo nie usiedzi, po drugie dlatego, że z powodu złego samopoczucia dziecko szybko się denerwuje i efekt może być odwrotny od zamierzonego, tzn. zamiast dziecko odprężyć i zająć, odwracając myśli od choroby, pogłebi frustrację. Dlatego na czas choroby zajęcia powinny być raczej z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych.

Dziś przedstawiam Wam instrukcję jak krok po kroku wykonać kolorowego pawia z cudnym ogonem, którego mieli też przyjemność wykonywać kilka dni temu uczestnicy warsztatów „Ale dziecko! Ale mama!”.

Potrzebujemy:

img_20160920_133756

  • rolki po zużytym papierze toaletowym,
  • kolorowy papier – czerwony na dziób + kilka innych dowolnie wybranych kolorów,
  • klej,
  • nożyczki,
  • ołówek,
  • ruchome oczka (do kupienia w sklepie papierniczym) lub czarny mazak, żeby narysować źrenice,
  • dłonie naszego dziecka. 😉

Tu mała dygresja oraz anegdotka na temat rolek po papierze. Nie wyrzucajcie ich! Są bardzo inspirujące i można zrobić z nich milion rzeczy, które stają się zabawkami dla dzieci na długi czas: przyborniki do kredek, owady (pszczoły, ważki, muchy, motyle), auta, gąsienice, ptaki, lornetki, lunety…
Mają mnóstwo zastosowań, o których kiedyś tu zamierzam napisać. 😉 Dlatego też, często wykorzystuję je do zabaw z dziećmi, jak np. tu, podczas warsztatów „Ale dziecko! Ale mama!” <kilk>. Wtedy jednak potrzebuję ich duuuużo i nazbieranie odpowiedniej ilości przez naszą jedną średniej wielkości rodzinę trwa naprawdę długo. Dlatego proszę o pomoc rodzinę i znajomych. Niedawno, jakkolwiek to nie zabrzmi, poczułam ogromną radość, gdy po wejściu do toalety naszych dobrych znajomych, zobaczyłam w toalecie to:
rolki

Takich znajomych ze świecą szukać! Zawsze mogę na nich liczyć.
Ale wracamy do głównego tematu, czyli naszych papierowych pawi. Mamy już listę niezbędnych rzeczy, zatem możemy przystąpić do działania.

Wykonanie pawia:

  1. Zaczynamy od oklejenia naszej tekturowej rolki wybranym kolorem papieru.

    img_20160920_133851 img_20160920_133903

  2. Następnie obrysowujemy dłoń dziecka trzy lub cztery razy na różnokolorowych kartkach.

    img_20160920_164135 img_20160920_164149_1cs img_20160920_164239

  3. Kolejny krok to wycięcie obysowanych dłoni.

    img_20160920_164636

  4. Przyklejamy je na rolce jedna po drugiej tak, by ukryć miejsce sklejenia papieru oraz by „piórka” okalały całego pawia.

    img_20160920_1622091

  5. Naklejamy lub rysujemy oczka. Jeśli naklejamy ruchome oczka, to warto użyć mocniejszego kleju niż zwykły biurowy, np. introligatorskiego „Magica”, który stał się tak powszechny, że bez problemu można go teraz dostać chyba w każdym sklepie papierniczym. Jego zaletą oprócz tego, że dobrze trzyma, jest to, że po wyschnięciu robi się przezroczysty.
  6. Wycianamy czerwony dziób i przyklejamy poniżej oczu.

    img_20160920_134212

  7. Na koniec jeszcze warto „nastroszyć piórka”, czyli podkręcić je zawijając na ołówku.

    img_20160920_134056

A tak wyglądają gotowe ptaszki w wykonaniu Mamy i Małego S. 🙂 :

img_20160920_134405

 

Życzę udanej zabawy dzieciom oraz ich opiekunom i pozdrawiam ciepło!

9 sposobów na katar u malucha i wspieranie odporności

Mam w domu od dwóch tygodni przedszkolaka. Tyle samo czasu mam też w domu… katar.

Właściwie, nie ma się co dziwić: z jednej strony zaczyna się sezon jesienny i duże różnice temperatur pomiędzy porankiem a popołudniem. Często słyszę rozmawiając z kimś „nie wiadomo, jak się ubrać” z tego powodu, bo rano się marznie, a popołudniu poci, w słońcu grzeje, a w cieniu zimno. Z drugiej przedszkole to duże skupisko ludzi, w tym wypadku głównie dzieci, które nie zawsze potrafią zakryć usta przy kaszlu czy kichaniu lub samodzielnie wytrzeć nos, stąd wirusy łatwiej się mnożą i przenoszą z jednego szkraba na drugiego. Za wiele zrobić z tym nie można, bo odporności dziecię nabywa poprzez infekcje właśnie – to one stymulują powstawanie przeciwciał w rosnącym organizmie, ale ważne jest wzmacnianie odporności własnego dziecka i wietrzenie sal.

Wspieranie odporności

Ameryki nie odkryję, ale przypomnę, co przede wszystkim odporność wspiera:

  1. przebywanie na świeżym powietrzu – okazja, by mobilizować obronne siły organizmu, wydychać szkodliwe bakterie i wirusy;
  2. dieta:
    – zawierająca dużo witaminy C, która mobilizuje układ odpornościowy do walki z drobnoustrojami chorobotwórczymi,
    – zawierająca bakterie probiotyczne, czyli kiszonki i kefiry oraz zsiadłe mleko – nasze zdrowie jest w naszych jelitach! To tam znajduje się największe skupisko tkanki limfatycznej w organizmie, z której pochodzą najlepsi wojownicy do walki z chorobami, czyli limfocyty*,
    – ograniczająca cukier, który osłabia działanie układu odpornościowego, ponieważ niszczy śluzówkę jelit i upośledza działanie limfocytów;
  3. odpowiednia ilość snu – niedospany organizm, to organizm, który jest zmęczony, więc nia ma sił ani do zabawy, ani do pracy, ani do walki z chorobą.

Kiedy jednak mamy katar…

Nie mniej jednak czasem dopada nas infekcja. I co wtedy? Można, a nawet należy zadbać o jak największy komfort zainfekowanego delikwenta  oraz zatroszczyć się, by błahy katar nie przerodził się w poważniejszą chorobę. Jak? Mam na to kilka sprawdzonych sposobów.

  1. Inhalacje nebulizatorem z soli fizjologicznej. Tak, z samej soli. To NIESAMOWITE jak sama sól przyspiesza schodzenie kataru! Inhalacje sprawiają, że wydzielina z nosa łatwiej schodzi. Rozrzedzają ją, dlatego ważne jest, żeby nie robić ich przed snem, bo jak mamy lejący i cieknący katar, to maluch będzie miał utrudnione zasypianie z powodu cieknącego nosa. Inhalacje leczą też ból gardła oraz ułatwiają odkrztuszanie zalegającej na oskrzelach wydzieliny. Działa zarówno na dzieci, jak i na dorosłych. Sprawdzone i stosowane przez całą naszą rodzinę, włącznie z dziadkami. 🙂
    Tutaj jeszcze jedna praktyczna uwaga – dziecko nie musi siedzieć z maseczką na twarzy. Wystarczy, że jest obok nebulizatora,  koniec dyszy jest na nie skierowany. Takiej rady udzieliła mi pani doktor jak Mały S. po raz pierwszy miał zmierzyć się z inhalacjami nebulizatorem i byłam przerażona zakładaniem maseczki półrocznemu dziecku. Podczas inhalacji najczęściej czytamy książeczki i czas szybko nam mija. 🙂
    Można psiknąć też wodą morską, ale inhalacje z soli fizjologicznej są zdecydowanie mniej inwazyjne. 🙂
  2. Jeśli spływający katar utrudnia oddychanie, to w okolicach głowy pod nogi łóżeczka lub pod materacyk warto włożyć dwie grube książki. Powierzchnia spania będzie lekko nachylona, co ułatwi oddychanie.
  3. Witamina C oraz probiotyki. Poza tym, że w diecie, to jeszcze dodatkowo podaję w kropelkach, żeby zmobilizować organizm do walki. To niesamowite, ile może zdziałać sama witamina C – taka powszechna i taka… niedoceniana?
  4. Nie żałuję też swojego matczynego mleka. Po pierwsze do picia, czyli tradycyjnej konsumpcji 😉 – wszak jest w nim mnóstwo probiotyków oraz przeciwciała na dokładnie te mikroorganizmy chorobotwórcze, którymi Mały S. wcześniej na mnie nachuchał i nadmuchał. 😛
    No i po drugie, Drogie Mamy! Nasze mleko działa antybakteryjnie i… można nim zakropić dziecku nos! Technika dowolna 😛 Albo psiknąć prosto z cyca, albo ściągniętym mleczkiem zaaplikować zakraplaczem czy strzykawką. Wszystko zależy od wieku dziecka, Waszych możliwości i upodobań. 😉
  5. Sok z malin, najlepiej leśnych, więc o zapasy trzeba zadbać jeszcze latem oraz PO PROSTU NIESAMOWITY sok z czarnego bzu. To jest lek – hit! Przy lekkim przeziębieniu dwa razy dziennie taki napój i po dwóch dniach stoisz na nogach. Sok robię sama, bo mam krzak w ogrodzie, ale w sklepach też można nabyć. Ważne jednak, żeby przeczytać skład, bo czasem można nadziać się na „sok”, który zawiera jedynie 4% czarnego bzu, a to nie o to chodzi. Można w aptece nabyć też syrop z czarnego bzu.
  6. Spacer i zabawa na świeżym powietrzu. Często dzieci z katarem siedzą w domu niepotrzebnie. Jeśli nie ma gorączki, to trzeba się wietrzyć – raz, że wydychamy na zewnątrz wirusy i bakterie i nie mnożą się nam w domu. Po drugie chłodne powietrze obkurcza śluzówki i dzięki temu łatwiej się oddycha.
  7. Aromaterapia, czyli zapachy 🙂 Na ubranko, do miseczki z gorącą wodą, do nawilżacza powietrza lub na chusteczkę higieniczną w pobliżu miejsca snu Małego S. daję kilka kropel olejku z mięty i eukaliptusa, które ułatwiają oddychanie i działają bakteriobójczo. Oprócz tego, można przy łóżku dziecka położyć też rozkrojoną na pół cebulę, która też działa bakteriobójczo, ale zapach ma trochę mniej przyjemny i nie każdy go zniesie przez całą noc.
  8. Oczywiście trzeba dużo wietrzyć mieszkanie, żeby wyrzucać szkodliwe wirusy i bakterie, a przy okazji obniżyć temperaturę. Gdy będzie chłodniej, chorobotwórcze mikroorganizmy nie będą się tak mnożyć, a śluzówki się obkurczą, co ułatwi oddychanie.
  9. Ważne jest, by nawilżać powietrze w mieszkaniu. Jeśli śluzówki w nosie i jamie ustnej są przesuszone, to łatwiej ulegają uszkodzeniom i trudniej się regenerująJeśli w pomieszczeniu będzie zbyt sucho, to śluzówki nie będą odpowiednio nawilżone, a co za tym idzie nie będą mogły w prawidłowy sposób chronić organizmu przed infekcjami. Odpowiedni poziom wilgotności w pomieszczeniach, w których przebywamy na co dzień mieści się w granicach 40 – 60%.
    Kiedy urodził się Mały S., szybko złapał pierwszy katar. Przyszła do nas na wizytę domową pani doktor, która zwróciła uwagę właśnie na suchość powietrza i powiedziała, że ten katar może stąd wynikać. Zaopatrzyliśmy się wtedy w nawilżacz powietrza, który dodatkowo pokazuje temperaturę oraz poziom wilgotności i już się nie zastanawiam, czy nie jest za sucho lub za wilgotno w zimie. 🙂 A wspomniany katar rzeczywiście szybko przeszedł. 🙂

Oto lista, z której korzystamy w razie potrzeby. Proste, ale bardzo pomocne wskazówki.
Na koniec życzę sobie i Tobie, Czytelniku, cierpliwości, bo – jak mówi stare powiedzenie – „Katar leczony trwa tydzień, a nie leczony 7 dni”.

Pozdrawiam! 🙂

 

*Sonnenburgburg E., Sonnenburg J.,  „Zdrowie zaczyna się w brzuchu”, wyd. Galaktyka.

** Badania opublikowane w „American Journal of Clinical Nutrition

 

O lewotyroksynie i energii do życia

UWAGA! ŻARCIK!

Rozmawiają dwie Hashimotki:
– Znasz ten stan, kiedy wstajesz o poranku rześka i pełna energii?
– Ja też nie. 😀 😀 😀

Która z osób chorujących na Hashi zna ten stan? Większość pewno nie. Ja też nie znałam, ale… jest na to sposób. Prosty, tani, skuteczny. Lewotyroksyna musi się odpowiednio wchłonąć, a w tym celu musi być odpowiednio przyjęta. Żeby jednak zrozumieć ten mechanizm, musimy wrócić do źródła, czyli do naszej tarczycy i wydzielanych przez nią hormonów.

Jak już wiemy i pamiętamy z poprzednich wpisów <klik> i <klik>, tarczyca jest odpowiedzialna za wydzielanie hormonów, które mają wpływ praktycznie na wszystkie sfery funkcjonowania organizmu. Najważniejszym z nich jest właśnie wspomniana lewotyroksyna (T4), na której niedobór cierpią osoby z niedoczynnością tarczycy. Dlatego też otrzymują od lekarza receptę na syntetyczne T4 razem z radą, by zażywać ją tuż po brzebudzeniu, minimum pół godz. przed posiłkiem. Kto nie zna tej rady? Ja nie znam osoby, która usłyszałaby inne zalecenia.

Tymczasem…

Prawie 10 lat temu, opublikowano wyniki pierwszego badania, w którym pacjentom podano syntetyczny hormon tarczycy wieczorem, zamiast rano. Okazało się, że poziom fT4 wzrastał, a TSH spadało. Zaskakujące, prawda? Badanie było jednak przeprowadzone na tak małej grupie osób (12), że jego wyniki nie mogły zostać uogólnione. Badania postanowiono powtórzyć i rozszerzyć. Kolejne trwały pomiędzy kwietniem a listopadem 2007 roku, a ich wyniki opublikowano w 2010 roku. Okazało się, że pacjentom spadał poziom TSH, a rósł poziom wolnych hormonów, czyli fT3 i fT4, a przecież o to chodzi w leczeniu niedoczynności tarczycy!

Czary – mary?

Badacze stwierdzili, że poprawa wyników u pacjentów zażywających T4 wieczorem może mieć miejsce z kilku przyczyn. Po pierwsze dlatego, że nawet, jeśli odczekamy pół godziny z jedzeniem, to śniadanie może mieć wpływ na obniżenie przyswajania hormonu. Ponadto, w nocy jelita pracują wolniej, a więc tabletka przebywa w niej dłużej, czyli jest szansa na lepsze jej przyswojenie przez organizm, a proces przetwarzania T4 na T3 lepiej zachodzi wieczorem.

Co daje wieczorne/nocne zażywanie lewotyroksyny?

  1. Rano nie musisz pamiętać o tabletce, ponieważ została przyjęta wieczorem lub w nocy.
  2. Nie martwisz się, o której zjesz śniadanie ani co na nie zjesz – posiłki z dużą ilością żelaza,wapnia czy błonnika utrudniają wchłanianie się hormonu z jelit.
  3. Łatwiej rano wstać  z łóżka, ponieważ lewotyroksyna zdążyła się wchłonąć jeszcze podczas snu i zaczęła już działać. Jeśli zażywasz hormon rano, organizm musi zaczekać na rozpoczęcie jego działania. Kiedy przyjmowałam syntetyczną lewotyroksynę po przebudzeniu, mój poranny „rozbieg” trwał nawet do 11.00. Naprawdę trudno tak funkcjonować na dłuższą metę.

Sprawdziłam na sobie

Wszystkie wyżej wymienione plusy potwierdzam! Poza tym – rano można pospać dłużej, jeśli trzeba wyjść z domu na jakąś umówioną godzinę, a nie wstawać wcześniej z powodu konieczności zażycia leku. 😉

Jak wygląda to w praktyce?

Po czterech godzinach od ostatniego posiłku przyjmuje się, że można już zażyć lek. zatem, jeśli jesteście fanami wczesnych kolacji – jecie o 18.00, T4 o 22.00 i sprawa załatwiona. Gorzej, jeśli lubicie zjeść kolację później i odstęp pomiędzy ostatnim posiłkiem  a pójściem spać jest mniejszy, ale i na to jest sposób. Tu najlepiej mają matki karmiące piersią – pobudka gwarantowana, więc trzeba tylko pamiętać o połknięciu tabletki. 🙂 Kolejne wyjście to budzik na dowolnie wybraną godzinę – 2.00 / 3.00 / 4.00. Wybierzcie sobie. Po przetestowaniu różnych pór, dla mnie najlepsza okazały się okolice 3.00, by o 7.00 tryskać energią.

U mnie ten sposób zażywania syntetycznego hormonu tarczycy świetnie się sprawdził. Moje samopoczucie bardzo się poprawiło. Ranki są radosne. Jeśli zatem ciężko Wam podnieść się z łóżka, a powieki ważą tonę, mimo iż słońce już wysoko na niebie, a kur dawno zapiał, może warto skonsultować się z lekarzem i sprawdzić, czy wieczorne / nocne przyjmowanie lewotyroksyny nie będzie skuteczniejsze.

A kiedy Wy zażywacie leki na tarczycę? Jakie są Wasze doświadczenia?

Pozdrawiam!

 

P.S. Tutaj link do anglojęzycznego artykułu opisującego przytoczone wyniki badań wraz z bibliografią <klik>.

Hashimoto a badania

Kilka dni temu pisałam o niepokojących objawach, które mogą świadczyć o rozwijającej się chorobie Hashimoto <klik>. Złe samopoczucie, liczne objawy ze stronu wielu układów organizmu, które trudno ze sobą połączyć… i co dalej? Albo jestem chipochondryczką, albo jestem chora na wszystko… STOP!
Następnie to trzeba udać się do lekarza, który zapewne zleci badania. Często jednak odbijamy się od przysłowiowej „ściany”. Bywa, że asze problemy są bagatelizowane i słyszymy, że trzeba przetrwać do urlopu, a potem będzie lepiej, ewentualnie dostajemy skierowanie na TSH. Wow! 😀

Czy to wystarczy?

Samo badanie TSH to oznaczenie poziomu tyreotropiny. Jest to hormon, który reguluje wydzielanie T3 i T4, czyli kolejno trójjodotryniny oraz tyroksyny. T4 jest produkowane przez tarczycę, natomiast T3 po części równeż, ale przede wszystkim powstaje z T4. Wymienione hormony to tzw. całkowite, na które składają się te związane z białkami oraz tzw. wolne (free) hormony, stąd oznaczanie fT3 i fT4.

TSH jest badaniem pokazującym  nieprawidłowości w pracy tarczycy.
Jeśli jest niskie: oznacza jej nadczynność;
jeśli jest za wysokie: oznacza niedoczynność.
To jest proste. 🙂

Chciałam jeszcze tutaj nawiązać do kwestii normy. Zdarza się, że ktoś robi badanie TSH na własną rękę. Przypuśćmy, że jest to kobieta ok. 28-letnia. Norma laboratoryjna jest do 4,2, co ma oznaczone na wynikach. Widzi swoją wartość w okolicach 3 i stwierdza, że wszystko z nią ok. i to na pewno nie tarczyca. STOP. Norma laboratoryjna jest szerooooka, bowiem jest dla niemal całej populacji: dzieci i dorosłych, kobiet i mężczyzn, a tym samym, ten wynik może nie być odpowiedni dla osoby tej płci i w tym wieku. Celowo to zaznaczam, ponieważ akurat w tym wypadku, czyli dla młodej kobiety, która być może stara się o poczęcie dziecka, najlepiej, żeby TSH wynosiło ok. 1 – 1,5. Dlatego też każdy wynik trzeba konsultować z lekarzem. Dobrym lekarzem. 🙂

laboratory-313864_960_720Czasem jednak poziom TSH jest w tzw. normie, a i tak czujemy się źle. Dlaczego? Ano dlatego, że fT4 jest jeszcze na przyzwoitym poziomie, ale… jego konwersja, czyli zamiana na fT3 już kuleje. Czasem też zarówno fT3 i fT4 są zbyt niskie. Stąd te badania. Nie wystarczy samo TSH, trzeba jeszcze oznaczyć wolne hormony. Nie jeden, oba, bo ważne jest to, jak organizm radzi sobie z zamianą jednego w drugi. Po przeliczeniu wyników na procenty, ich wartość powninna być zbliżona.

Matematyka tarczycowa

Przeliczanie wyników na procenty jest przydatne, ponieważ laboratoria mają różne normy i czasem, żeby zobaczyć czy poziom hormonu się zmienił w porównaniu z poprzednim badaniem, trzeba zobaczyć wynik procentowo. Wzór jest prosty:

Obraz5

 

W – wartość mojego wyniku laboratoryjnego
D – dolna granica normy laboratoryjnej
G – górna granica normy laboratoryjnej

Badania i jeszcze… badania!

Poza powyższymi badaniami, przy diagnozowaniu chorób tarczycy ważny jest także poziom przeciwciał antyTPO i antyTG. Przeciwciała w ogóle to wynik nieprawidłowej reakcji układu immunologicznego na jakiś czynnik, który organizm nieprawidłowo rozpoznaje jako zagrażający, np. sierść własnego psa, czy zapach kwiatów.

Przeciwciała antyTPO są skierowane przeciwko białku produkowanemu przez komórki tarczycy. Organizm rozpoznaje je jako zagrożenie i produkuje przeciwciała, które mają wyeliminować zagrożenie, jakim są tarczycowe białka. W wyniku działania tych przeciwciał następuje uszkodzenie tkanek tarczycy, które prowadzi do jej nieprawidłowej pracy – niedoczynności lub nadczynności, zapalenia…

A co z antyTG? TG to tyreoglobulina, którą produkuje tarczyca. Dzięki niej zachodzi produkcja T3 oraz T4, od których zależy funkcjonowanie całego organizmu. Przeciwciała antyTG to analogicznie białka niszczące właśnie tyreoglobulinę. Występowanie tych przeciwciał wiąże się z autoimmunologicznymi chorobami tarczycy, do których należy Hashimoto.

Po badaniach stwierdzających istnienie przeciwciał, medyczne źródła donoszą o zaprzestsniu ich kontrolowania, ponieważ ich nie da się w żaden sposób leczyć, leczy się jedynie objawy. Ponieważ piszę tutaj o moim starciu z Hashi, to pozwolę sobie wyrazić odmienne zdanie. Otóż leczę się już ponad trzy lata. Ok. 1,5 roku temu zaczęłam zgłębiać temat i przecierać oczy ze zdziwienia: „To jednak można zrobić coś więcej niż zażywać tabletkę na czczo pół godz. przed pierwszym posiłkiem i poprawić swoje samopoczucie oraz jakość życia?!”. Wtedy też zaczęłam zgłębiać swoją wiedzę nt. Hashi, chorób autoimmunologicznych, diety i suplementów. Okazuje się, że po wprowadzeniu odpowiedniej diety… poziom przeciwciał jednak nieco się obniżył. Czyli warto jednak sprawdzać ich poziom, jeśli robi się coś ponad zażywanie syntetycznej lewotyroksyny. 🙂

Na koniec jeszcze jedno badanie, a mianowicie USG. Oczywiście musi wykonać je specjlista. W obrazie USG zobaczy, czy tarczyca jest pomniejszona, powiększona, czy nie ma na niej guzków. To ważne, bo okazuje się, że można mieć wyniki w normach, które nie każą włączyć żadnego leczenia, ale na obrazie USG będzie widać zmiany. I odwrotnie – wyniki pokazują chrobę, a tarczyca wygląda „podejrzanie zdrowo”. Jak moja na ostatnim USG w czerwcu. 😛

 

Miało być krótko, zwięźle i na temat, ale chyba jednak się nie da. To wierzchołek góry lodowej o kryptonimie „Hashimoto”. Kilka podstawowych badań z krwi, które pozwalają na jej zdiagnozowanie: TSH, fT3, fT4, antyTPO i antyTG. Natomiast, kiedy diagnoza jest już postawiona i chce się zawalczyć o swoje zdrowie, to trzeba jeszcze inne rzeczy, ale to temat na kolejne posty.

Pozdrawiam! 🙂

 

Podstępne Hashimoto

Kidy rozpoczynałam swoją przygodę z blogowaniem, założyłam że będę pisać w dwóch kategoriach tematycznych. Obie wywróciły mój świat do góry nogami i zmieniły podejście do życia. Mam na myśli po pierwsze macierzyństwo, o którym sporo w każdym wpisie, ale także chorobę Hashimoto. Wszystko razem splata się we wpisach dotyczących diety. O Hashi do tej pory wspomniałam chyba tylko raz we wpisie powitalnym tutaj <klik>. Stąd też dziś kilka słów o tej podstępnej i nieprzewidywalnej chorobie, na którą cierpi coraz więcej osób, zwłaszcza kobiet.

 

Co to jest choroba Hashimoto?

Choroba Hashimoto to przewlekłe autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Oznacza to, że z obecnego, medycznego punktu widzenia jest nieuleczalne, czyli będzie z nami do końca życia i tylko od indywidulanych cech organizmu, doboru odpowiedniej diety, poziomu stresu i odpowiedniej ilości snu zależy to, czy będziemy z nim funkcjonować normalnie, czy zawładnie naszym umysłem, emocjami, układem trawiennym, wyglądem skóry i sylwetki, kwestiami związanymi z płodnością…. Wszystkimi sferami życia.

Celowo zaznaczam „obecne, medyczne podejście”. Wygląda ono mniej więcej tak: wchodzisz do gabinetu endo, lekarz patrzy na wyniki badań (TSH, fT3, fT4, antyTPO, antyTG, wynik USG tarczycy), kiwa głową i obwieszcza, że to choroba Hashimoto, ale nie ma się co przejmować, bo to takie typowe i powszechne schorzenie, a leczenie jest proste, bo wystarczy codziennie po przebudzeniu, pół godziny przed posiłkiem połknąć tabletkę i dwa razy w roku kontrolować wyniki badań. Tia… a świnki latają.

Właśnie takie słowa usłyszałam od lekarza w połowie 2013 roku. Pomyślałam, że skoro to typowe, powszechne i proste w leczeniu, to luz. Biorę tabletki i działam dalej. Przecież jeden lekarz skierował mnie do drugiego, ten drugi się zna, na tym, co robi. Więc będzie dobrze, nie może być inaczej. Nic przecież się nie dzieje.

 

Zmęczenie? Nie, to atak Hashimoto!

Lekarz postawił diagnozę, ja karnie łykałam przed śniadaniem tabletki. W międzyczasie zostałam mamą. Po porodzie oczywiście skontrolowałam wyniki tarczycowe, skonsultowałam z lekarzem i żyłam sobie spokojnie dalej… Hm… czy aby na pewno spokojnie? Coraz wolniej, coraz bardziej zmęczona, z ciężkimi powiekami, senna przez cały dzień, słaba, płaczliwa, smutna, bez uśmiechu, bez dawnej energii, z coraz mniejszym zasobem słów w rozmowie, z zapominaniem, ciężkim kojarzeniem, ciężko było mi zrobić COKOLWIEK. Zmuszałam się do wszystkiego… Aaaa….! Ratunku! To nie ja!!! Co się dzieje? Tłumaczyłam sobie wszystko niewyspaniem z powodu nocnych pobudek i wstawania do dziecka oraz rutyną dnia codziennego.

Nie pamiętam już, co mnie skłoniło do kolejnego powtórzenia badań tarczycowych, ale jak zobaczyłam wyniki, o mało się nie przewróciłam. TSH miałam w oklicach 28, kiedy w przypadku kobiet w okresie rozrodczym powinno wynosić. ok. 1!!! Biegiem do lekarza, oczywiście syntetyczny hormon tarczycy na receptę od razu, kategoryczny zakaz kolejnej ciąży, ponieważ byłoby to bardzo niebezpieczne dla dzidziusia… Nie wiadomo było, ile potrwa ustawienie hormonów. Załamka.

I wiecie co? Po jednej. Powtórzę: PO JEDNEJ tabletce odczułam poprawę – przypływ energii, łatwiejsza pobudka. Byłam w szoku. Kiedy po kilku tygodniach rozmawiałam z lekarzem, powiedział mi, że wcale go to nie dziwi, ponieważ to była duża niewydolność tarczycy. Okazało się, że tak malutki organ w moim ciele potrafi narobić tyle problemów.

Dlatego będę pisać o mojej walce z tą chorobą, która nie raz mnie zaskoczyła, ale też wiele nauczyła – o mnie samej, o moim organizmie, o różnych rodzajach diet, o zdrowym jedzeniu, o suplementach, o badaniach medycznych i ich wynikach, a także szukania odpowiedzi i zadawania pytań.

Jeśli zatem masz co najmniej kilka z objawów, które wymieniam poniżej, nie czekaj, idź do laboratorium i zrób badania. Tanie nie są, ale tylko komplet wyników może pokazać, czy jest Hashi, czy go nie ma. Czasem jest tak, że wyniki jeszcze są w normie laboratoryjnej, ale na obrazie USG już widać objawy choroby. I odwrotnie – wyniki pokazują chorobę, a tarczyca wygląda „podejrzanie zdrowo”. Sama słyszałam to w czerwcu tego roku, ale akurat mnie to ucieszyło, bo podejrzewam, że to efekt mojej diety i zażywania odpowiednich suplementów. 😉 O tym jednak w kolejnych postach, a tymczasem…

 

Niepokojące objawy:

  • senność i problemy z porannym wstawaniem lub odwrotnie, czyli bezsenność,
  • tzw. „mgła mózgowa” (brain fog), czyli problemy z kojarzeniem, zapominanie się, brak słów, utrata towarzyskiej „błyskotliwości”,
  • ciągłe uczucie zmęczenia,
  • bóle mięśni,
  • częste uczucie zimna,
  • częste migreny i bóle głowy,
  • bóle w klatce piersiowej – nagłe, zaskakujące, na chwilę,
  • niskie ciśnienie krwi,
  • problemy z wzięciem głębszego oddechu, częste zadyszki,
  • nieregularne miesiączkowanie u kobiet,
  • zbyt obfite lub skąpe, a nawet zanikające miesiączki,
  • problemy z zajściem i utrzymaniem ciąży,
  • uporczywy łupież,
  • wypadanie włosów,
  • słabe i łamliwe paznokcie,
  • trądzik,
  • sucha skóra,
  • bóle stawów,
  • tycie, pomimo dobrych nawyków żywieniowych i dużej ilości ruchu,
  • obrzęki – twarzy, powiek, stóp,
  • depresja,
  • duża zmienność nastrojów,
  • zaparcia lub biegunki,
  • nadmierna potliwość,
  • problemy z cholesterolem
  • podatność na przeziębienia…

Dlatego choroba Hashimoto jest podstępna – rzadko powyższe objawy kojarzymy z tarczycą. Chodzimy z nimi do kardiologa, psychologa, dermatologa, ginekologa, tłumaczymy zmęczeniem, przepracowaniem, nadmiarem obowiązków lub „urodą” swojego organizmu, a tymczasem okazuje się, że to objawy związane z nieprawidłową pracą tarczycy.

Dodam tylko, że przebieg Hashimoto jest różny i nie ma jednej jedynej metody wspierania organizmu w przebiegu tej choroby. Trzeba czasu i cierpliwości, żeby zaakceptować pewne objawy, a potem spróbować się z nimi rozprawić. Choroba autoimmunologiczna oznacza, że sam organizm wystąpił przeciwko sobie i zaczyna walczyć z sobą samym. Zwariował z jakiegoś powodu i trzeba pomóc mu wrócić na właściwą drogę – chronienia siebie i atakowania zewnętrznych wrogów. Dopóki będzie atakował siebie, nie będzie miał już dodatkowych sił, by walczyć z prawdziwymi drobnoustrojami chorobotwórczymi, stąd na przykład częste i przewlekłe przeziębienia u osób z Hashi. Nie jest to łatwe, ale da się to zrobić. Jestem tego żywym przykładem. Da się i warto. Dla siebie i swoich bliskich.

 

Kto tu jeszcze walczy tak jak ja i chce podzielić się swoją historią? Zapraszam do komentowania i mailowania.

Pozdrawiam!