JA vs. Hashi: 1:0

Dawno nie było nic o Hashi. Wybaczcie, stale jest ze mną i chyba tak bardzo się do niego przyzwyczaiłam, że czasem o nim zapominam…. a może tak bardzo weszły mi w nawyk pewne czynności, że tyle o nim nie myślę? A może po prostu ogarnęłam się na tyle, że moje samopoczucie pozwala mi od niego nieco odetchnąć? A może mam tyle roboty, że nie wiem, w co ręce wsadzić, więc Hashi zeszło na dalszy plan? Nie, to ostatnie odpada – fakt, mam mnóstwo zajęć, ale każdy, kto cierpi na Hashi, doskonale zdaje sobie sprawę, że żaden nawał obowiązków ani sytuacja życiowa nie jest w stanie sprawić, że kiedy Hashi atakuje, da się o nim zapomnieć. Raczej jest tak, że kiedy jest rzut choroby, to o całym świecie jesteśmy w stanie zapomnieć, a o niej nie, ponieważ ma tak różne oblicza, że jak nie przysłowiowymi drzwiami, to oknem wejdzie.

Znacie to, prawda? A jeśli nie, to przypominam możliwe objawy i skutki choroby Hashimoto dla tych, którzy może jeszcze do końca nie wiedzą z czym się zmagają lub mogą zmagać oraz dla ich bliskich, którzy nie mogą zrozumieć i każą się „ogarnąć” lub przestać wydziwiać:

Gdzie atakuje Hashi?

WSZĘDZIE! Nie ma takiego miejsca na ciele i w organizmie, gdzie nie zostawiałoby śladu po sobie. Co prawda o objawach pisałam już kilka miesięcy temu tutaj <klik>, ale nie zaszkodzi jak wymienię najczęstsze obszary ataków:

– bóle w klatce piersiowej niewiadomego pochodzenia, choć kardiolog mówi, że wszystko w porządku,
– duszności, płytki oddech,
– wysypki, bolesne pryszcze,
– wzdęcia, bóle brzucha w różnych jego częściach,
– rozwolnienia i zatwardzenia,
– wypadające włosy i łamliwe paznokcie,
– sucha skóra,
– łupież,
– ciągłe uczucie zimna lub uderzenia gorąca,
– opuchnięta twarz, powieki,
– niepokój, depresja,
– płaczliwość,
– ogólne spowolnienie funkcjonowania,
– nerwowość, wybuchowość,
– niemożność skupienia się na tym, co robisz, trudności w pozbieraniu myśli,
– plączący się język, zapominanie, o czym mówisz w środku zdania, brakujące słowa, czyli tzw. mgła mózgowa (brain fog),
– częste bóle głowy, migreny,
– tycie z „powietrza”, a może chudnięcie,
– bezsenność, a może nadmierna senność,
– problemy z płodnością, zajściem w ciążę i jej donoszeniem,
– rozregulowanie pracy jajników
– bóle stawów,
– …

Może przygnębiać, prawda? To oczywiście nie jest jeszcze lista wszystkich możliwych objawów. Bardziej chodzi mi o pokazanie jak nieprzewidywalna i nieobliczalna jest ta choroba. Chcę pokazać, że atakuje zarówno na płaszczyźnie somatycznej, jak i psychicznej. Leczyć trzeba ją kompleksowo, a nie można skupiać się jedynie na pojedynczych objawach, ponieważ wtedy walczymy jedynie ze skutkami, a nie z przyczyną i efekt nigdy nie będzie trwały. Momentami przypomina to walkę z wiatrakami. Z resztą w ogóle walka z Hashi jest walką dość nierówną, ponieważ choroba Hashimoto powoduje, że organizm atakuje sam siebie, zwalcza swoją tarczycę, bardzo ważny narząd, a do tego wykańcza po kolei inne narządy przez przewlekły stan zapalny. Nie mniej jednak, pomimo to da się walczyć i to skutecznie! Nie jest to łatwe, ale można i ja jestem tego dowodem.

1:0 dla mnie

Diagnozę Hashimoto mam od 3,5 roku, ale tak jak pisałam już kiedyś, padła ona w momencie, kiedy życiowo zajęta byłam zupełnie czym innym, a lekarz powiedział mi, że to choroba, która polega na codziennym łykaniu tabletki tuż po wstaniu z łóżka przed jedzeniem i na kontroli TSH oraz ft4 dwa razy w roku. Uwierzyłam. O ja głupia!

Tak sobie żyłam w tej mojej nieświadomości aż coś nie skłoniło mnie do sprawdzenia, na co to ja w ogóle choruję, skąd się to bierze i dokąd zmierza…. Zaczęłam czytać i włosy stanęły mi dęba na głowie! Najpierw się załamałam, spojrzałam na siebie, swoje życie i okazało się, że wiele cech, które przypisywałam np. swojemu temperamentowi, to tak naprawdę oblicze… Hashi! Aa….! :-/

Potem postanowiłam działać i zaczęlam czytać… Po chwilowym przypływie energii, że się nie dam i będę walczyć, znów opadły mi „witki”… Kolejna załamka: „nie dam rady”, „za dużo tego jest”. W końcu postanowiłam jednak spróbować, bo objawy zaczęły mi doskwierać, a poza tym, jako mama nie mogłam pozwolić sobie już na zbyt wiele chwil odpoczynku, dłuższy sen. Brakowało czasu na normalną, ludzką regenerację, a co dopiero tą spowodowaną chorobą. Trzeba było koniecznie coś z tym zrobić!

Tak więc na poważnie zajęłam się sobą ok. 1,5 roku temu. Początki lekkie nie były, zmiany wprowadzałam stopniowo, choć niektóre były radykalne, gdyż inaczej się nie dało (odrzucenie glutenu <klik>). Nie mniej jednak było warto, bo efekty są – dzięki odpowiedniej diecie i suplementacji w grudniu ubiegłego roku moje wyniki badań poprawiły się na tyle, że – UWAGA, UWAGA – dawkę sztucznego hormonu można było zmniejszyć o 1/3! Uważam to za wielki swój sukces, bo oznacza to, że jednak da się z Hashi walczyć i można z tej walki wyjść zwycięsko. Moja tarczyca może powoli, ale jednak zbiera się do życia, a nie degraduje <jupi!>. Sam lekarz, zobaczywszy wyniki badań był zdziwiony, że dawki nie zostawia, nie podnosi, ale ją… obniża. Jak sam powiedział: „W tej chorobie, to się dawkę raczej podnosi, a nie obniża. Tylko się cieszyć!”. Jest MOC! 🙂

Recepta na Hashi

Objawy hashi są różne. U każdego pacjenta obraz kliniczny może być inny. Nawet jak porozmawiacie z osobami ze swojego otoczenia zdignozowanymi na Hashi, okaże się, że jedne mają to, czego nie mają inne lub macie objawy z dwóch różnych biegunów danego spektrum – jedna tyje, druga chudnie, jedna nie śpi, podczas gdy inna nie może się obudzić przez cały dzień. To może dezorientować. Wtedy czujemy się tak:

Dlatego leczenie musi być dobrane INDYWIDUALNIE.

Badania

Trzeba zrobić badania i na ich podstawie uzupełniać niedobory. No i nie cieszyć się, że jestem w „normie”, bo TSH 2 najprawdopodobniej będzie w jakiejś normie laboratoryjnej, ale takiej dla całej populacji, czyli od dziecka do osoby w wieku podeszłym, a nie jest to norma dla młodej kobiety w wieku rozrodczym. Po drugie, ft3 w normie, nie oznacza, że jest go odpowiednia ilość, bo konwersja ft4 do ft3 może być zbyt słaba, a oba wolne hormony powinny być na podobnym poziomie. Pisałam o tym tu <klik>.

Co jeszcze warto zbadać? Na pewno poziom witaminy D3, B6, B12. Kiedy robicie morfologię, to także warto sprawdzić żelazo i ferrytynę. Ponieważ żelazo może być jeszcze w normie, natomiast ferrytyna nie. Lepiej zabezpieczyć się przed anemią zawczasu niż ją leczyć. Przyda się też krzywa cukrowa oraz insulinowa, ponieważ często w parze z Hashi idzie insulinooporność, która jest odpowiedzialna na przykład za tycie, ssanie na słodkie, senność po posiłku, może prowadzić rozwoju cukrzycy w późniejszym czasie, etc.

To jeszcze nie wszystkie przydatne badania, ale te pozwolą już całkiem nieźle zobaczyć, w jakim stanie jest organizm.

Dieta

Do niedawna krążyło po necie hasło „Jesteś tym, co jesz.”. Od niedawna krąży nowe, acz podobne: „Jesteś tym, co przyswajasz.”. Prowda. 😉 Co więcej, to nie „dieta” w znaczeniu odchudzania. To dieta, która ma leczyć: pokrywać w miarę możliwości niedobory, wzmacniać odporność, pozwolić na regenerację jelit, którymi u osób z chorobami autoimmunologicznymi trzeba zająć się w pierwszej kolejności, bo tam właśnie jest często źródło problemu.

W Hashi często mamy problem z przyswajaniem wartości odżywczych, więc trzeba szczególnie zadbać o jelita i ich florę bakteryjną: oprócz zażywania probiotyków w kapsułkach czy kroplach, warto przyjmować też te naturalne, czyli kiszonki (kapusta, ogórki, marchewka, kalafior, jabłka…. co tam jeszcze umiecie zakisić. ;)) Jak już jesteśmy przy florze bakteryjnej, to od razu napomknę, że nabiałowi mówimy „NIE!”. Dlaczego? Abstrahując od tego, że mleko krowie jest dla cieląt, napomknę tylko, że ma złe proporcje składników odżywczych, przez co jest nieodpowiednie dla człowieka, a poza tym powoduje stany zapalne w organizmie, a my mamy już permanentny stan zapalny tarczycy, który chcemy wyeliminować, a nie pogłębić. A jeśłi pojawiają się Wam na ciele bolesne, często ropne wypryski, to bardzo prawdopodobne, że właśnie od spożywanego nabiału.

Oczywiście eliminujemy gluten, ponieważ uszkadza jelita, „drażni” system odpornościowy. Nie będę się teraz rozpisywać szczególnie na ten temat. Wspomnę tylko, że eliminacja glutenu spowodowała u mnie zanik wysypki na rękach, z którą walczyłam od dzieciństwa różnymi metodami, a nawet najlepszy dermatolog nie był w stanie zaradzić, ustąpienie częstych migrenowych bólów głowy, koniec większości problemów jelitowych…

Cukrowi mówimy „Żegnaj!”. Cukier powoduje obniżenie odporności, wzrost podatności na infekcje. Niekorzystnie wpływa na szkliwo zębów, trzustkę, którą zmusza do wyrzutów dużej ilości insuliny. Daje energię, ale jedynie na chwilę.  Uzależnia! Powoduje rozrost niekorzystnej flory bakteryjnej w jelitach. Utrudnia skupienie (!) – do dobrej pracy mózgu potrzebny jest w miarę stały poziom cukru w organizmie, a wahania powodują rozdrażnienie, a nwet mogą prowadzić do stanów depresyjnych.

Dodatkowo

  1. Używam pasty do zębów bez fluoru, który jest szkodliwy dla organizmu, każdego. Nie tylko tego z Hashi, ale to temat na odrębny post, więc nie będę tu go rozwijać.
  2. Nie piję herbaty – jak wyżej, czyli ze względu na fluor, nie ze względu na kofeinę, jak niektórzy sądzą.
  3. Piję czystek, rumianek, pokrzywę, oczywiście wodę i sporadycznie wyciskane soki. Mięty i melisy prze Hashi unikamy.
  4. Oprócz probiotyków, uzupełniam cynk (odporność), selen (konwersja, czasem zmniejszenie ilości przeciwciał – mój lekarz mówi, że działa u 50% pacjentów) i magnez (dla układu nerwowego).
  5. Zażywam preparat z miłorzębem japońskim na pamięć i koncentrację, z którymi miałam problemy. Kto doświadczył „mgły mózgowej”, ten wie, jak to dokucza. :-/
  6. Zażywam skrzyp z pokrzywą dla poprawy kondycji włosów, skóry i paznokci.
  7. Żeby uniknąć skoków cukru w organizmie, śniadania jem w typie diety paleo, czyli białko (mięso / ryba / wędlina / jaja) + warzywa. Do obiadu już dokładam „węgle” w postaci kaszy, ryżu lub ziemniaków. Tarczyca „nie lubi” braku węglowodanów, stąd dla równowagi cukrowej w organizmie z rana sobie odpuszczam, ale do obiadu i na podwieczorek już zajadam. 😉
  8. Kasza jaglana jest zdrowa i bezglutenowa, ale niewskazana dla osób z Hashi, bo jest „wolotwórcza”, obniża stężenie jodu we krwi. Ja unikam, ale nie eliminuję całkowicie. Raz na dwa miechy się skuszę. 😛 Wszystko z głową.
  9. Strączki jadam baaaardzo rzadko, co ciekawe, orzeszki arachidowe, czyli ziemne też są strączkami. Jeśli źle się po nich czujesz już wiesz, czemu – to nie typowy orzeszek, ale roślina strączkowa. Strączki zawierają lektyny, które działają prozapalnie, a nam już więcej stanu zapalnego nie trzeba, prawda?
  10. Soja jest bardzo mocno modyfikowana genetycznie, a zatem ona i jej przetwory, także tofu: odpadają.
  11. Z warzyw psiankowatych (ziemniaki, pomidory, papryka, bakłażany, jagody goji) lepiej zrezygnować, bo pobudzają układ odpornościowy. Nie każdy jednak musi rezygnować ze wszystkiego i na stałe. Ja np. papryki nie toleruję zupełnie, ale już ziemniaka czy pomidora od czasu do czasu spokojnie mogę zjeść. Co do bakłażana nie mam zdania, bo jadłam go kilka razy w życiu. Nie porwał mnie jego smak. 😛
  12. Jako przekąskę często zajadam różnego rodzaju orzechy, które są bardzo odżywcze – np. dwa brazylijskie pokrywają dzienne zapotrzebowanie organizmu na selen. 😉

Warto walczyć

To chyba tyle z takich ogólnych zaleceń, które stosuję wobec siebie. Jest tego sporo, ale z czasem wchodzi w krew i jest bardzo naturalne, a zakupy robi się szybko, bo mijasz w sklepie całe alejki z nabiałem, słodyczami i pieczywem. 😉 Wielu pewno zapyta, co w takim razie jeść, skoro jest tyle ograniczeń? Nie jest tak źle, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać. Wystarczy przejrzeć przepisy na blogu, a zobaczycie wiele bardzo różnorodnych propozycji zarówno na słodko, jak i wytrawnych. Poza tym, ograniczenia w diecie otwierają na nowe, bo człowiek szuka, co mógły innego zjeść. Dzięki temu poznałam całą masę produktów, o których istnieniu nie miałam pojęcia, a które są pyszne i zdrowe!

Ważne jest jedno, nie dać się Hashi zastraszyć! można z nim wygrać. Trzeba wziąć „byka” za rogi. Mimo chwil zwątpienia i upadków – np. zjedzenia dużej ilości paprykowego leczo, co potem oczywiście odchrowałam…, to stwierdzam, że warto. Najpierw przychodzi zmiana samopoczucia na lepsze i właściwie myślałam, że nic więcej mi do szczęścia potrzebne nie jest. Samopoczucie było ok, sztuczny hormon co noc (właśnie – nie rano! <klik>), wyniki w normach i tak sobie żyłam 16 miesięcy na bezglutenie i z całą powyższą listą, a tu – niespodzianka! W grudniu okazało się, że wyniki poprawiły się na tyle, że można obniżyć dawkę sztucznej lewotyroksyny. Radość, radość, radość! Mój wysiłek nie idzie na marne. Walczę o siebie z dobrym skutkiem. Warto!

A jak Wy walczycie z Hashi?

Pozdrawiam wszystkie, „motyle”, życząc samych zwycięskich bojów.
Tę walkę można wygrać!

 

Sałatka z kaszą i oliwkami

Zostałam ostatnio poproszona przez jedną z Czytelniczek o więcej przepisów na sałatki. Rzeczywiście, robię ich całe mnóstwo, ale jakoś zanim zdążę pomuśleć o wpisie, już nie ma czego fotografować, więc… po wpisie, bo bez zdjęć efektu nie ma co publikować, prawda?. 😛
Sałatki są wygodnym jedzeniem do zabrania ze sobą w pudełku do pracy, robi się je szybko, a do tego efektownie wyglądają na stole. Można także łatwo przemycić w nich różne zdrowe składniki, za którymi „solo” nie przepadamy. 😉
Dziś kolejne propozycja na sałatkę z kaszą. Do dzieła! 🙂

Potrzebujemy:

Warzywa:
1 większą marchewkę lub dwie średnie,
100 g białej kaszy gryczanej,
ok. 150 g zielonego groszku,
duża garść czarnych oliwek,
pół dużej cebuli lub jedna średnia.

Przyprawy:
sól
pieprz,
kminek mielony,
suszony lubczyk,
szczypta kurkumy.

Do dekoracji:
kilka czarnych oliwek.

Z sosów ja polecam majonez, a mój eM. ketchup, choć tak naprawdę żaden nie jest konieczny. 😉

Przygotowanie:

  1. Marchew ugotować na parze i pokroić w kostkę.
  2. Kaszę ugotować w lekko osolonej wodzie i wystudzić.
  3. Groszek rozmrozić i ugotować do miękkości, a w podbramkowych przypadkach, kiedy nie ma mrożonego, można odsączyć ten z puszki. 😛
  4. Cebulę pokroić w drobną kosteczkę i przelać wrzątkiem.
  5. Oliwki odsączyć z zalewy i pokroić na połówki.
  6. Wszystkie składniki włożyć do miski, pamiętając by zostawić kilka oliwek do dekoracji.
  7. Całość posypać kminkiem (na trawienie i przeciw wzdęciom), kurkumą, pieprzem i suszonym lubczykiem, a następnie wymieszać.
  8. Podawać saute, z majonezem lub ketchupem. 😉

Sałatka jest bardzo pożywna, ponieważ jest z kaszą. Może stanowić samodzielny posiłek taki jak śniadanie, kolacja, czy podwieczorek, może być również dodatkiem do wędlin, ryb czy jaj.
 Na początku posta foto mojego dzisiejszego śniadania, w którym właśnie tej sałatce towarzyszyły parówy. Oczywiście z dobrym składem. 😉

A dla wciąż nieprzekonanych do sałatki z kaszą, polecam wpis o właściwościach odżywczych białej, czyli niepalonej kaszy gryczanej <klik>. 🙂 Z kolei dla ciekawych, po co kurkuma, polecam ten wpis <klik>.

Pozdrawiam i życzę smacznego!

Szybka kolacja – wykwintna wątróbka

Tempo życia mamy ogromne, zapotrzebowanie na większą ilość czasu i szybkie posiłki rośnie. Z tego też powodu, uwielbiam potrawy, które można przyrządzić w kwadrans. Lubię jednak, by były to posiłki na ciepło, zimna płyta nie zadowala mojego brzucha tak dobrze. 😛 Stąd też dziś przedstawiam przepis na mega szybką, a jednocześnie bardzo wykwintną potrawę, której żaden kucharz się nie powstydzi. Co ciekawe, smakuje nawet tym sceptycznie nastawionym do owoców w wytrawnych daniach. Dziś:  wątróbka z żurawiną.

Wątróbka, żurawina i cebula

Dzienne zapotrzebowanie na żelazo u kobiet wynosi 18mg, u mężczyzn 12, a w 100 g wątróbki jest go aż 10 mg! Warto ją jeść? Warto! Poza tym, zawiera ona cynk, który jest ważny dla prawidłowego funkcjonowania układu immunologicznego i powstawania odpowiedniej ilości testosteronu, kwas foliowy, witaminę A, witaminy z grupy B i białko, a do tego jest naprawdę tania.

zurawinaW naszej potrawie mamy także suszoną żurawinę, a to również bomba zdrowia, której w naszej diecie powinno być dużo. Zawiera witaminy C, E oraz z grupy B, poza tym sód, potas, fosfor, wapń, magnez, żelazo, cynk, miedź. Owoce żurawiny mają działanie antybakteryjne i przeciwgrzybiczne. Jest źródłem przeciwutleniaczy, więc stosuje się ją w profilaktyce chorób serca, miażdżycy, pomaga utrzymać odpowiedni poziom „dobrego” cholesterolu. Ponadto pomaga w walce z infekcjami dróg moczowych, wrzodami żołądka, czy chorobami dziąseł.

cebulaNo i na koniec powszechnie znana i używana cebula. Zawiera witaminy takie jak: C, witaminy z grupy B, E, K, PP; ponadto minerały krzem, cynk, siarkę, wapń, sód, potas. Cebula jest niskokaloryczna, przyspiesza metabolizm i ułatwia trawienie, usuwa nadmiar wody z organizmu, obniża poziom cukru we krwi, ma działanie antybakteryjne i przeciwwirusowe. Ma działanie rozrzedzające krew, więc przeciwdziała zakrzepom, pomaga także w obniżeniu ciśnienia tętniczego. Cebula jest grzybobójcza, więc wspiera organizm po kuracji antybiotykami, pomaga też w zneutralizowaniu jadu po ukoszęniu komara czy pszczoły – wystarczy przyłożyć przekrojoną na pół cebulę do opuchniętego miejsca.

Co ważne? Cebula nie traci swoich właściwości w trakcie obróbki termicznej! Chyba, że smażymy ją bez pokrywki w smalcu. Nawet w oleju, ale pod przykryciem nie straci swoich właściwości.* 🙂
I jeszcze jedno – na surowo przy chorej wątrobie, nerkach czy zapaleniu jelit jest niewskazana, ale po obróbce termicznej już mogą ją spożywać wszyscy. 🙂
Ciekawostka za bonavita.pl: „Cebula jest również doskonałym lekarstwem na kaca. (…) Serwowana przez Francuzów w formie zupy była ukojeniem dla wracających nad ranem imprezowiczów.”

Z prostego przepisu na szybką kolację zrobił się wykład na temat właściwości zdrowotnych wątróbki, żurawiny i cebuli. 😛 Nie mniej jednak wracając do głównego wątku – wątróbka z żurawiną jest pyszna i zdrowa, więc zabieramy się za gotowanie.

Potrzebujemy:

-25 dag wątróbki drobiowej,
– mała cebula lub pół,
– garść suszonej żurawiny,
– łyżka oleju kokosowego,

– sól do smaku,
– śliwka i nektaryna do dekoracji potrawy.

To proporcja dla dwóch osób. 🙂

Przygotowanie:

  1. Wątróbkę opłukać, usunąć wszystkie błonki (ja wykrawam z zapasaem zwłaszcza te miejsca, gdzie mogą być resztki żółci) pokroić na mniejsze kawałki.
  2. Obrać cebulę i połowę pokroić ją w krążki.
  3. Rozpuścić na patelni tłuszcz i w nim podsmażyć cebulkę.
  4. Kiedy cebula będzie lekko zeszklona, dorzucić pokrojoną i osuszoną w ręczniku papierowym wątróbkę.
  5. Po około 2-3 minutach dodać suszoną żurawinę i wszystko razem dalej dusić mieszając co chwilę.
  6. W tym czasie nektarynę i śliwki kroimy na plasterki i układamy na talerzu.
  7. Wątrówbka z żurawiną jest gotowa po ok.10 minutach. Uwaga! Zbyt długie smażenie wątróbki również powoduje jej twardnienie, więc trzeba uważać, żeby nie „przedobrzyć”.
  8. Przekładamy zawartość patelni na talerze i solimy dopiero tuż przed podaniem. Inaczej wątróbka również zrobi się twarda!

img_20160921_200112

Ot i cała filozofia smażenia wątróbki. Potrawa szybka, tania i elegancka. Co więcej – bardzo zdrowa.
Życzę zatem:

SMACZNEGO!

 

*Źródło: Fragment o cebuli z „Wykładu o sposobie żywienia i pielęgnowania organizmu ludzkiego”. O. Jan Grande, Łódź 1990.

 

9 sposobów na katar u malucha i wspieranie odporności

Mam w domu od dwóch tygodni przedszkolaka. Tyle samo czasu mam też w domu… katar.

Właściwie, nie ma się co dziwić: z jednej strony zaczyna się sezon jesienny i duże różnice temperatur pomiędzy porankiem a popołudniem. Często słyszę rozmawiając z kimś „nie wiadomo, jak się ubrać” z tego powodu, bo rano się marznie, a popołudniu poci, w słońcu grzeje, a w cieniu zimno. Z drugiej przedszkole to duże skupisko ludzi, w tym wypadku głównie dzieci, które nie zawsze potrafią zakryć usta przy kaszlu czy kichaniu lub samodzielnie wytrzeć nos, stąd wirusy łatwiej się mnożą i przenoszą z jednego szkraba na drugiego. Za wiele zrobić z tym nie można, bo odporności dziecię nabywa poprzez infekcje właśnie – to one stymulują powstawanie przeciwciał w rosnącym organizmie, ale ważne jest wzmacnianie odporności własnego dziecka i wietrzenie sal.

Wspieranie odporności

Ameryki nie odkryję, ale przypomnę, co przede wszystkim odporność wspiera:

  1. przebywanie na świeżym powietrzu – okazja, by mobilizować obronne siły organizmu, wydychać szkodliwe bakterie i wirusy;
  2. dieta:
    – zawierająca dużo witaminy C, która mobilizuje układ odpornościowy do walki z drobnoustrojami chorobotwórczymi,
    – zawierająca bakterie probiotyczne, czyli kiszonki i kefiry oraz zsiadłe mleko – nasze zdrowie jest w naszych jelitach! To tam znajduje się największe skupisko tkanki limfatycznej w organizmie, z której pochodzą najlepsi wojownicy do walki z chorobami, czyli limfocyty*,
    – ograniczająca cukier, który osłabia działanie układu odpornościowego, ponieważ niszczy śluzówkę jelit i upośledza działanie limfocytów;
  3. odpowiednia ilość snu – niedospany organizm, to organizm, który jest zmęczony, więc nia ma sił ani do zabawy, ani do pracy, ani do walki z chorobą.

Kiedy jednak mamy katar…

Nie mniej jednak czasem dopada nas infekcja. I co wtedy? Można, a nawet należy zadbać o jak największy komfort zainfekowanego delikwenta  oraz zatroszczyć się, by błahy katar nie przerodził się w poważniejszą chorobę. Jak? Mam na to kilka sprawdzonych sposobów.

  1. Inhalacje nebulizatorem z soli fizjologicznej. Tak, z samej soli. To NIESAMOWITE jak sama sól przyspiesza schodzenie kataru! Inhalacje sprawiają, że wydzielina z nosa łatwiej schodzi. Rozrzedzają ją, dlatego ważne jest, żeby nie robić ich przed snem, bo jak mamy lejący i cieknący katar, to maluch będzie miał utrudnione zasypianie z powodu cieknącego nosa. Inhalacje leczą też ból gardła oraz ułatwiają odkrztuszanie zalegającej na oskrzelach wydzieliny. Działa zarówno na dzieci, jak i na dorosłych. Sprawdzone i stosowane przez całą naszą rodzinę, włącznie z dziadkami. 🙂
    Tutaj jeszcze jedna praktyczna uwaga – dziecko nie musi siedzieć z maseczką na twarzy. Wystarczy, że jest obok nebulizatora,  koniec dyszy jest na nie skierowany. Takiej rady udzieliła mi pani doktor jak Mały S. po raz pierwszy miał zmierzyć się z inhalacjami nebulizatorem i byłam przerażona zakładaniem maseczki półrocznemu dziecku. Podczas inhalacji najczęściej czytamy książeczki i czas szybko nam mija. 🙂
    Można psiknąć też wodą morską, ale inhalacje z soli fizjologicznej są zdecydowanie mniej inwazyjne. 🙂
  2. Jeśli spływający katar utrudnia oddychanie, to w okolicach głowy pod nogi łóżeczka lub pod materacyk warto włożyć dwie grube książki. Powierzchnia spania będzie lekko nachylona, co ułatwi oddychanie.
  3. Witamina C oraz probiotyki. Poza tym, że w diecie, to jeszcze dodatkowo podaję w kropelkach, żeby zmobilizować organizm do walki. To niesamowite, ile może zdziałać sama witamina C – taka powszechna i taka… niedoceniana?
  4. Nie żałuję też swojego matczynego mleka. Po pierwsze do picia, czyli tradycyjnej konsumpcji 😉 – wszak jest w nim mnóstwo probiotyków oraz przeciwciała na dokładnie te mikroorganizmy chorobotwórcze, którymi Mały S. wcześniej na mnie nachuchał i nadmuchał. 😛
    No i po drugie, Drogie Mamy! Nasze mleko działa antybakteryjnie i… można nim zakropić dziecku nos! Technika dowolna 😛 Albo psiknąć prosto z cyca, albo ściągniętym mleczkiem zaaplikować zakraplaczem czy strzykawką. Wszystko zależy od wieku dziecka, Waszych możliwości i upodobań. 😉
  5. Sok z malin, najlepiej leśnych, więc o zapasy trzeba zadbać jeszcze latem oraz PO PROSTU NIESAMOWITY sok z czarnego bzu. To jest lek – hit! Przy lekkim przeziębieniu dwa razy dziennie taki napój i po dwóch dniach stoisz na nogach. Sok robię sama, bo mam krzak w ogrodzie, ale w sklepach też można nabyć. Ważne jednak, żeby przeczytać skład, bo czasem można nadziać się na „sok”, który zawiera jedynie 4% czarnego bzu, a to nie o to chodzi. Można w aptece nabyć też syrop z czarnego bzu.
  6. Spacer i zabawa na świeżym powietrzu. Często dzieci z katarem siedzą w domu niepotrzebnie. Jeśli nie ma gorączki, to trzeba się wietrzyć – raz, że wydychamy na zewnątrz wirusy i bakterie i nie mnożą się nam w domu. Po drugie chłodne powietrze obkurcza śluzówki i dzięki temu łatwiej się oddycha.
  7. Aromaterapia, czyli zapachy 🙂 Na ubranko, do miseczki z gorącą wodą, do nawilżacza powietrza lub na chusteczkę higieniczną w pobliżu miejsca snu Małego S. daję kilka kropel olejku z mięty i eukaliptusa, które ułatwiają oddychanie i działają bakteriobójczo. Oprócz tego, można przy łóżku dziecka położyć też rozkrojoną na pół cebulę, która też działa bakteriobójczo, ale zapach ma trochę mniej przyjemny i nie każdy go zniesie przez całą noc.
  8. Oczywiście trzeba dużo wietrzyć mieszkanie, żeby wyrzucać szkodliwe wirusy i bakterie, a przy okazji obniżyć temperaturę. Gdy będzie chłodniej, chorobotwórcze mikroorganizmy nie będą się tak mnożyć, a śluzówki się obkurczą, co ułatwi oddychanie.
  9. Ważne jest, by nawilżać powietrze w mieszkaniu. Jeśli śluzówki w nosie i jamie ustnej są przesuszone, to łatwiej ulegają uszkodzeniom i trudniej się regenerująJeśli w pomieszczeniu będzie zbyt sucho, to śluzówki nie będą odpowiednio nawilżone, a co za tym idzie nie będą mogły w prawidłowy sposób chronić organizmu przed infekcjami. Odpowiedni poziom wilgotności w pomieszczeniach, w których przebywamy na co dzień mieści się w granicach 40 – 60%.
    Kiedy urodził się Mały S., szybko złapał pierwszy katar. Przyszła do nas na wizytę domową pani doktor, która zwróciła uwagę właśnie na suchość powietrza i powiedziała, że ten katar może stąd wynikać. Zaopatrzyliśmy się wtedy w nawilżacz powietrza, który dodatkowo pokazuje temperaturę oraz poziom wilgotności i już się nie zastanawiam, czy nie jest za sucho lub za wilgotno w zimie. 🙂 A wspomniany katar rzeczywiście szybko przeszedł. 🙂

Oto lista, z której korzystamy w razie potrzeby. Proste, ale bardzo pomocne wskazówki.
Na koniec życzę sobie i Tobie, Czytelniku, cierpliwości, bo – jak mówi stare powiedzenie – „Katar leczony trwa tydzień, a nie leczony 7 dni”.

Pozdrawiam! 🙂

 

*Sonnenburgburg E., Sonnenburg J.,  „Zdrowie zaczyna się w brzuchu”, wyd. Galaktyka.

** Badania opublikowane w „American Journal of Clinical Nutrition

 

Podstępne Hashimoto

Kidy rozpoczynałam swoją przygodę z blogowaniem, założyłam że będę pisać w dwóch kategoriach tematycznych. Obie wywróciły mój świat do góry nogami i zmieniły podejście do życia. Mam na myśli po pierwsze macierzyństwo, o którym sporo w każdym wpisie, ale także chorobę Hashimoto. Wszystko razem splata się we wpisach dotyczących diety. O Hashi do tej pory wspomniałam chyba tylko raz we wpisie powitalnym tutaj <klik>. Stąd też dziś kilka słów o tej podstępnej i nieprzewidywalnej chorobie, na którą cierpi coraz więcej osób, zwłaszcza kobiet.

 

Co to jest choroba Hashimoto?

Choroba Hashimoto to przewlekłe autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Oznacza to, że z obecnego, medycznego punktu widzenia jest nieuleczalne, czyli będzie z nami do końca życia i tylko od indywidulanych cech organizmu, doboru odpowiedniej diety, poziomu stresu i odpowiedniej ilości snu zależy to, czy będziemy z nim funkcjonować normalnie, czy zawładnie naszym umysłem, emocjami, układem trawiennym, wyglądem skóry i sylwetki, kwestiami związanymi z płodnością…. Wszystkimi sferami życia.

Celowo zaznaczam „obecne, medyczne podejście”. Wygląda ono mniej więcej tak: wchodzisz do gabinetu endo, lekarz patrzy na wyniki badań (TSH, fT3, fT4, antyTPO, antyTG, wynik USG tarczycy), kiwa głową i obwieszcza, że to choroba Hashimoto, ale nie ma się co przejmować, bo to takie typowe i powszechne schorzenie, a leczenie jest proste, bo wystarczy codziennie po przebudzeniu, pół godziny przed posiłkiem połknąć tabletkę i dwa razy w roku kontrolować wyniki badań. Tia… a świnki latają.

Właśnie takie słowa usłyszałam od lekarza w połowie 2013 roku. Pomyślałam, że skoro to typowe, powszechne i proste w leczeniu, to luz. Biorę tabletki i działam dalej. Przecież jeden lekarz skierował mnie do drugiego, ten drugi się zna, na tym, co robi. Więc będzie dobrze, nie może być inaczej. Nic przecież się nie dzieje.

 

Zmęczenie? Nie, to atak Hashimoto!

Lekarz postawił diagnozę, ja karnie łykałam przed śniadaniem tabletki. W międzyczasie zostałam mamą. Po porodzie oczywiście skontrolowałam wyniki tarczycowe, skonsultowałam z lekarzem i żyłam sobie spokojnie dalej… Hm… czy aby na pewno spokojnie? Coraz wolniej, coraz bardziej zmęczona, z ciężkimi powiekami, senna przez cały dzień, słaba, płaczliwa, smutna, bez uśmiechu, bez dawnej energii, z coraz mniejszym zasobem słów w rozmowie, z zapominaniem, ciężkim kojarzeniem, ciężko było mi zrobić COKOLWIEK. Zmuszałam się do wszystkiego… Aaaa….! Ratunku! To nie ja!!! Co się dzieje? Tłumaczyłam sobie wszystko niewyspaniem z powodu nocnych pobudek i wstawania do dziecka oraz rutyną dnia codziennego.

Nie pamiętam już, co mnie skłoniło do kolejnego powtórzenia badań tarczycowych, ale jak zobaczyłam wyniki, o mało się nie przewróciłam. TSH miałam w oklicach 28, kiedy w przypadku kobiet w okresie rozrodczym powinno wynosić. ok. 1!!! Biegiem do lekarza, oczywiście syntetyczny hormon tarczycy na receptę od razu, kategoryczny zakaz kolejnej ciąży, ponieważ byłoby to bardzo niebezpieczne dla dzidziusia… Nie wiadomo było, ile potrwa ustawienie hormonów. Załamka.

I wiecie co? Po jednej. Powtórzę: PO JEDNEJ tabletce odczułam poprawę – przypływ energii, łatwiejsza pobudka. Byłam w szoku. Kiedy po kilku tygodniach rozmawiałam z lekarzem, powiedział mi, że wcale go to nie dziwi, ponieważ to była duża niewydolność tarczycy. Okazało się, że tak malutki organ w moim ciele potrafi narobić tyle problemów.

Dlatego będę pisać o mojej walce z tą chorobą, która nie raz mnie zaskoczyła, ale też wiele nauczyła – o mnie samej, o moim organizmie, o różnych rodzajach diet, o zdrowym jedzeniu, o suplementach, o badaniach medycznych i ich wynikach, a także szukania odpowiedzi i zadawania pytań.

Jeśli zatem masz co najmniej kilka z objawów, które wymieniam poniżej, nie czekaj, idź do laboratorium i zrób badania. Tanie nie są, ale tylko komplet wyników może pokazać, czy jest Hashi, czy go nie ma. Czasem jest tak, że wyniki jeszcze są w normie laboratoryjnej, ale na obrazie USG już widać objawy choroby. I odwrotnie – wyniki pokazują chorobę, a tarczyca wygląda „podejrzanie zdrowo”. Sama słyszałam to w czerwcu tego roku, ale akurat mnie to ucieszyło, bo podejrzewam, że to efekt mojej diety i zażywania odpowiednich suplementów. 😉 O tym jednak w kolejnych postach, a tymczasem…

 

Niepokojące objawy:

  • senność i problemy z porannym wstawaniem lub odwrotnie, czyli bezsenność,
  • tzw. „mgła mózgowa” (brain fog), czyli problemy z kojarzeniem, zapominanie się, brak słów, utrata towarzyskiej „błyskotliwości”,
  • ciągłe uczucie zmęczenia,
  • bóle mięśni,
  • częste uczucie zimna,
  • częste migreny i bóle głowy,
  • bóle w klatce piersiowej – nagłe, zaskakujące, na chwilę,
  • niskie ciśnienie krwi,
  • problemy z wzięciem głębszego oddechu, częste zadyszki,
  • nieregularne miesiączkowanie u kobiet,
  • zbyt obfite lub skąpe, a nawet zanikające miesiączki,
  • problemy z zajściem i utrzymaniem ciąży,
  • uporczywy łupież,
  • wypadanie włosów,
  • słabe i łamliwe paznokcie,
  • trądzik,
  • sucha skóra,
  • bóle stawów,
  • tycie, pomimo dobrych nawyków żywieniowych i dużej ilości ruchu,
  • obrzęki – twarzy, powiek, stóp,
  • depresja,
  • duża zmienność nastrojów,
  • zaparcia lub biegunki,
  • nadmierna potliwość,
  • problemy z cholesterolem
  • podatność na przeziębienia…

Dlatego choroba Hashimoto jest podstępna – rzadko powyższe objawy kojarzymy z tarczycą. Chodzimy z nimi do kardiologa, psychologa, dermatologa, ginekologa, tłumaczymy zmęczeniem, przepracowaniem, nadmiarem obowiązków lub „urodą” swojego organizmu, a tymczasem okazuje się, że to objawy związane z nieprawidłową pracą tarczycy.

Dodam tylko, że przebieg Hashimoto jest różny i nie ma jednej jedynej metody wspierania organizmu w przebiegu tej choroby. Trzeba czasu i cierpliwości, żeby zaakceptować pewne objawy, a potem spróbować się z nimi rozprawić. Choroba autoimmunologiczna oznacza, że sam organizm wystąpił przeciwko sobie i zaczyna walczyć z sobą samym. Zwariował z jakiegoś powodu i trzeba pomóc mu wrócić na właściwą drogę – chronienia siebie i atakowania zewnętrznych wrogów. Dopóki będzie atakował siebie, nie będzie miał już dodatkowych sił, by walczyć z prawdziwymi drobnoustrojami chorobotwórczymi, stąd na przykład częste i przewlekłe przeziębienia u osób z Hashi. Nie jest to łatwe, ale da się to zrobić. Jestem tego żywym przykładem. Da się i warto. Dla siebie i swoich bliskich.

 

Kto tu jeszcze walczy tak jak ja i chce podzielić się swoją historią? Zapraszam do komentowania i mailowania.

Pozdrawiam!

 

Bardzo Lubię Wycierać: o rozszerzaniu diety dziecka

Zdjęcie2491 Dzisiaj post, na temat, który spędza sen z powiek chyba wszystkim rodzicom, a zwłaszcza mamom.
Mam na myśli rozszerzanie diety niemowlęcia. Przedstawię założenia i kilka rad praktycznych dotyczących metody BLW.

Od momentu narodzin dziecię jest karmione mlekiem, czy to maminym, czy butelkowym i jest to 100% wszystkich kalorii oraz płynów, które trafiają do brzuszka dzieciaczka. I tak przez… CO NAJMNIEJ pół roku, czyli do ukończenia 6-go miesiąca życia.Celowo napisałam „co najmniej”, ponieważ to nie jest tak, że pierwszego dnia rozpoczynającego się siódmego miesiąca życia mamy dziecku podać obiad / deser i dziecko ma się nim najeść. Nie, to może być początek zaznajamiania się z pożywieniem, JEŚLI dziecko jest na to GOTOWE.

Co to znaczy gotowe?

Gotowość do rozszerzania diety u dziecka objawia się na dwa sposoby. Pierwszym jest zainteresowane jedzeniem – dziecko patrzy z zainteresowaniem, gdy inni jedzą, sięga po zawartość naszych talerzy, dotyka jedzenia, manipuluje nim, próbuje wkładać do buzi, choć z trafianiem na początku jest różnie. 😉
Po drugie, kiedy dziecko siedzi samodzielnie lub potrafi usiedzieć w miarę stabilnie na kolanach rodzica / opiekuna, tak by sięgać sobie po jedzonko.

I od razu widać, że u większości dzieci początek siódmego miesiąca może okazać się zbyt wczesny do rozpoczęcia rozszerzania diety, głównie ze względu na niestabilne siedzienie, ale SPOKOJNIE! Dziecko nie umrze z głodu na maminym mleczku ani nawet na mieszance.

I tu pozwolę sobie na małą dygresję ze względu na LETNIĄ PORĘ, KTÓRA PODOBNO BYWA UPALNA. 😉 Nie trzeba dziecka dopajać – żadnej wody, herbatki czy (o zgrozo!) soczku. Mleko mamy jest tak doskonałą substancją, że dopasowuje się swoim składem do potrzeb dziecka. Kiedy trzeba – jest bardziej wodniste i poi, a kiedy trzeba, to bardziej treściwe i karmi.
Podobnie z mieszanką. I tutaj też spieszę z wyjaśnieniem, zwłaszcza dla mam, które mają kilka lat starsze dzieci i przy starszaku zalecano im wcześniejsze rozszerzanie diety. Prace nad mieszankami ewoluują, wiedza o laktacji też stale się rozwija. Skład mleka sztucznego również jest pełniejszy niż kilka lat temu, stąd, niezależnie od tego, jak karmione jest dziecko, dietę zaczynamy rozszerzać najwcześniej dopiero po skończonym przez dziecko szóstym miesiącu.

Jeśli mamy do czynienia z alergikiem, dietę rozszerza się NAWET po skończonym dziewiątym miesiącu.(zalecenia WHO, czyli Światowej Organizacji Zdrowia). Tak, nie trzeba trzeć oczu ze zdziwienia. Nie pomyliłam się. Otóż coraz częściej mówi się dziś o tym, że 80% naszego zdrowia jest w jelitach. Nowe pokarmy mogą zbyt obciążać nie do końca rozwinięty jeszcze układ pokarmowy, a tym samym w przyszłości spowodować kolejne problemy lub nasilić alergię.

Gotowi? Do startu… czyli jak się przygotować.

Po pierwsze… tylko spokój może nas uratować. To wielkie wydarzenie w życiu dziecka i ogromne przeżycie dla rodziny, która z wielkim skupieniem śledzi każdą reakcję naszego milusińskiego.

Po drugie, przygotuj się, że na początku dziecko nic nie zje. To nic. Ma się zaznajomić z nowym wyglądem, kolorami, a w końcu smakami tego, co podajesz mu na talerzu.

Po trzecie – NIGDY nie sadzaj do posiłku głodnego dziecka. Jeszcze sporo czasu upłynie, zanim Twoje dziecko zacznie jeść tyle, by zaspokoić głód. Nie bez powodu posiłki te nazywają się uzupełniającymi. Na początku najpierw podajemy posiłek mleczny, a dopiero po nim siadamy z dzieckiem do posiłku innego niż mleko. Jeśli dziecko będzie rzeczywiście głodne, to zamiast ze spokojem popróbować tego, co ma na talerzu, będzie się denerwować, ponieważ nijak to, co widzi nie kojarzy mu się jeszcze z jedzeniem. Nie ma też jeszcze pomysłu, jak to zjeść lub po prostu brak mu umiejętności, które trzeba dopiero wypracować.

START! BLW, czyli Bardzo Lubię Wycierać 😉

Nie bez powodu zatytułowałam ten post trzema słowami zaczynającymi się od liter BLW. Bowiem jest to skrót – nomen omen – wcale nie nowej ani też nie nowatorskiej metody polegającej na rozszerzaniu diety niemowlęcia i jednoczesnym procesie odstawiania od piersi (lub mieszanki). W języku polskim przetłumaczonej jako Bobas Lubi Wybór, z angielska brzmi ona Baby-Led Weaning.

O metodzie usłyszałam po raz pierwszy trzy lata temu na szkole rodzenia. Nie powiem, żeby idea mnie porwała. Zachwyciła za to Męża mego i chciał jej spróbować. Byłam nieprzekonana. Głównie ze względu na brud…. Szybko jednak znalazłam sposób w postaci bodziaków – brudziaków, które nie musiały się dopierać do czysta, służyły tylko do jedzenia i ciśnienie mi spadło. Spadało też jedzenie – na bodziaki, na krzesełko, na podłogę… Pies był całkiem zadowolony, ja mniej. Na pewno za to nasze podłogi w tym okresie były niebywale czyste, bo szorowane nawet 5 razy dziennie, czyli tyle razy, ile dziecko dostawało posiłków. 😉

Proponuję wziąć głęboZdjęcie2371ki oddech i po prostu olać brudne łapki oraz podłogę pod
czas posiłku, bo odbierzemy dziecku i sobie całą frajdę. Po posiłku zdejmujemy bodziaka – brudziaka, dziecko do łazienki, żeby umyć twarz, ręce i nogi. Resztki zbieramy, podłogę przecieramy i gotowe. 🙂

Początkowy bałagan może załamywać. Można usłyszeć od „życzliwych” wiele kąśliwych komentarzy na temat wyglądu dziecka, marnowania jedzenia, itp. Ten okres wcale jednak nie trwa długo… A potem… siada taki 14-miesięczny bobas do wieczerzy wigilijnej i rodzina nie może oderwać od niego oczu, bo sam zajada pierogi z kapustą, czy rybkę. Brudne ma tylko rączki, jakaś jedna plama na kamizelce. A rodziców rozpiera duma. A potem…. przyjeżdża rodzina z daleka, siedzicie razem przy stole i Wasze półtoraroczne dziecko samodzielnie zjada owsiankę z owocami łyżeczką. Jest MOC. A potem…Wasz dwulatek obiera paluszkami cebulę, czosnek czy pieczarki do obiadu paluszkami. A potem…. Wasze 30-miesięczne dziecię kroi Wam prawdziwym nożem pomidory na kanapkę. A potem… chwyta za kredkę i choć ma jeszcze czas na wyrobienie prawidłowego chwytu, to i tak wiesz, że od pół roku robi to już w ten sposób, ponieważ BLW wspaniale stumulowało mu zmysł dotyku i dzięki temu trenowało małą motorykę dotykając różnych faktur, konsystencji pokarmu… A potem…. wchodzisz do kuchni, a tam widzisz przygotowany zestaw różnych mąk, wyciągnięte miski i słyszysz „Mamuś, zrobimy babeczki? Już wszystko przygotowuję! Mam ryżową i gryczaną. Kukurydzianą też trzeba?” 😀

Dlaczego to wszystko piszę?

Ponieważ w sieci od jakiegoś czasu głośno o BLW, ale mało czytam artykułów rzeczywiście pokazujących „głębię” tej metody oraz to, jak szeroko wpływa ona na funkcjonowanie dziecka w różnych sferach życia.

Zdjęcie2514

Przede wszystkim społecznej, ponieważ istotą BLW jest to, że siadamy do posiłku razem z dzieckiem i jemy to samo. Nie żartuję. W tej samej postaci. Przewaga nad papką? Oczywiście – nie mam na talerzu przed sobą jednokolorowej mieszaniny „czegoś”, ale zestaw różnych składników – gotowana marchewka w słupkach, różyczki kalafiora, kawałki gotowanego mięsa… Jeśli dziecku coś nie zasmakuje z tego zestawu, łatwo to wyłapiecie. W przypadku papki – dzieć pluje całością i nie wiadomo, co mu nie podchodzi.

To zarys założeń metody. Każdy, kto chce jej spróbować, powinien przeczytać książkę „Bobas Lubi Wybór. Twoje dziecko pokocha dobre jedzenie”, która najlepiej wyjaśni mu wszelkie wątpliwości. Autorkami „metody” oraz podręcznika są Gill Rapley i Tracey Murkett. Celowo słowo „metoda” ujęłam w cudzysłów, ponieważ przeciery to pomysł na wychowania ostatnich kilkudziesięciu lat. Wcześniej dietę rozszerzano właśnie w taki sposób.

Jestem teorytykiem i praktykiem tej metody jako mama 2,5-letniego dziecka. Choć sama byłam sceptyczna i czasem miałam chwile zwątpienia, to z całą odpowiedzialnością i przekonaniem stwierdzam, że naprawdę warto.
Nie dość, że dziecko szybko uczy się jeść samodzielnie, to bierze udział w przygotowaniu posiłków i sprzątaniu po nich. Uczy się, co jak wygląda, jak smakuje, co z czym można łączyć. Świetnie rozwija małą motorykę i nabiera samoświadomości – co lubi, a czego nie.

Przy okazji u nas nastąpił wywrót sposobu żywienia całej rodziny. Jemy zdrowiej. I nie tylko nasza nuklearna familia 2+1, ale także (siłą rzeczy) dziadkowie i bliscy znajomi. 😉 Jemy mniej soli, prawie nie słodzimy, a jak już to naturalnie, rezygnujemy z przetworzonego jedzenia. I nie stało się to nagle. Powoli, stopniowo, rzekłabym, że naturalnie i bezboleśnie.

A potem babcia gotuje rosół i słyszy: „E, babcia, nie dawaj kostek rosołowych. Lepiej lubczyk i kurkumę.” 😉

I jeszcze jedna bardzo ważna sprawa – dziecko naprawdę wie, ile potrzebuje zjeść. Zero „samolotów” z łyżeczkami jedzenia, zero nakłaniania. Oczywiście, jeśli dziecko potrzebuje pomocy, to należy mu jej udzielić, ale najczęściej radzi sobie samo i to tak, że dorosłym przysłowiowe oko bieleje. BLW uczy jak dziecku zaufać. 🙂

Dla każdego coś miłego!

RODZIC DECYDUJE: co i kiedy dziecko może zjeść. Dajmy mu zatem wybór zdrowych i odżywczych produktów.

DZIECKO DECYDUJE: czy w ogóle zje, a jeśli tak, to ile. I w ten sposób nabywa prawidłowych nawyków żywieniowych na całe życie.

Pozdrawiam! 🙂

P.S. Mimo, że post o rozszerzaniu diety, to tutaj można poczytać „Ważne informacje na temat karmienia piersią. Przewodnik dla rodziców” <klik>. Według mnie całkiem sensowny pdf do pobrania. 😉 Specjalnie nie mam się czego czepiać, porównując treści zawarte tu z zaleceniami WHO i LLL (La Leche Legue – ogólnoświatowa organizacja non-profit, która zajmuje się wspieraniem matek karmiących oraz poszerzaniem świadomości społecznej.)

Tajemnica kostek rosołowych

Kiedy dowiedziałam się, że będę mamą, świat wywrócił mi się do góry nogami. 😉cook-1375788_960_720
Oprócz niewymownej radości, poczułam ciężar odpowiedzialności już nie tylko za siebie, ale także za tę malutką istotę, która rozwijała się pod moim sercem. Od samego początku chciałam dla niej wszystkiego dobrego, co ja piszę… nie tylko dobrego, ale wręcz najlepszego! Co mogłam zorbić na samym początku? Oczywiście dobrze się odżywiać, żebyśmy zarówno ja, jak i mój mały Bejbiś mieli zdrowie i siły. 😉

Zaczęłam więc czytać, szukać… zaczęłam poszerzać swoją wiedzę o zdrowym odżywianiu, o wartościowych potrawach, o źródłach witamin, minerałów… i tak zaczęłam się moja przygoda z różnymi nowościami żywieniowymi. Na początek starałam się wyeliminować z diety żywność przetworzoną i sztuczną. Wcale nie było to takie łatwe zadanie. Okazuje się, że nawet w teoretycznie zdrowych produktach jest chemia – sztuczne mleko dosypywane do jogurtów, 100% soki, które tak naprawdę są z koncentratu, etc. Nie poddałam się jednak i dziś z radością stwierdzam, że jestem o wiele bardziej świadomym konsumentem, i matką-czasem-żywieniową-wariatką. 😛  Wiem, czego zdecydowanie unikać, na co czasem można sobie pozwolić, a co jest szczególnie ważne w diecie. Znów coś, co osiągnęłam, w czym się stale rozwijam dzięki mojemu małemu S. 🙂

Dziś kilka słów o rosole. 😉

Chyba wszyscy uwielbiamy jeść, zwłaszcza w niedzielę u babci / mamusi aromatyczny i żółciutki rosołek, prawda? Niejednemu z nas może wydawać się, że kolor i aromat zawdzięcza on jednej z dwóch gotowych „przypraw” – popularnemu żółtemu proszkowi lub kostkom rosołowym. Może być i tak, ale jeśli szukacie naturalnych i zdrowych alternatyw, to zdradzę Wam dziś prawdziwy sekret tego wspaniałego aromatu. O kolorze również napiszę, ale w innym poście, jak już u ugotuję rosół, którego nie zapomnę sfotografować zanim zniknie, żeby wrzucić prawdziwe foto. 😉

Wracając do rzeczy. Przyprawą, która swoim zapachem przypomina wręcz zapach duszonego mięska, od której ślinka nabiega do ust, która jest tak aromatyczna, która sprawia, że od samego wąchania czujemy się, jakbyśmy już jedli jest…

Kozieradka!fenugreek-1049596_960_720

Znacie? Ja wpadłam na nią całkowicie przypadkiem, a że lubię testować różności, to natychmiast zakupiłam. Poczytałam, że kozieradka (zdjęcie nasion jest obok) nadaje się zarówno do dań mięsnych, jak i warzywnych, a nawet tych na słodko (np. chałwa), więc od razu oczami wyobraźni zobaczyłam potencjalny ogrom zastosowań. 😉

Przyniosłam torebeczkę do domu, otwarłam. I POCZUŁAM. Coś niesamowitego. Rosołek w proszku. 😉

Od tego dnia chyba żadna zupa, a już na pewno żaden rosół nie obywa się u mnie bez kozieradki. Poza tym stosuję ją do niemal wszystkich dań mięsnych, ponieważ wyjątkowo eksponuje ich smak i poprawia aromat.

Kozieradka – nie tylko „zwykła” przyprawa.

Ma całe mnóstwo dobroczynnych właściwości i kiedy czytałam o tej roślinie, to nie jeden raz szeroko otwierałam oczy ze zdziwienia!

Zobaczcie poniższą listę jej dobroczynnych właściwości:
– poprawia apetyt poprzez zwiększenie wydzielania śliny,
– poprawia trawienie, zwiększając wydzielanie soku żołądkowego oraz enzymów trzustkowych,
– pobudza perystaltykę jelit; niektóre źródła donoszą także, że wspomaga leczenie raka jelita grubego, gdyż zawiera diosgeninę, która hamuje wzrost i zabija właśnie tamtejsze komórki rakowe,
– zawiera flawonoidy, uszczelniające naczynia krwionośne, więc wspomaga też leczenie hemoroidów,
– obniża poziom cukru we krwi,
– kozieradka ma działanie przeciwbakteryjne, także zewnętrznie w postaci okładów, np. na ropnie,
– wcierka z naparu wzmacnia włosy, zapobiega ich wypadaniu, stymuluje wzrost,
– uważana jest za naturalny afrodyzjak – podobno podnosi także poziom testosteronu,
– okazuje się, że pozytywnie wpływa także na laktację,
– napary z kozieradki pobudzają wzrost tkanki chrzęstnej, kostnej, mięśniowej (oczywiście nie wystarczy samo picie herbatki, żeby zostać kulturystą ;)),
– ma właściwości wykrztuśne,
– ma działanie przeciwdepresyjne!

Jeśli chodzi o efekty uboczne stosowania jej w dużych ilościach, to specyficzny zapach potu, ale przecież nikt nie musi od razu jadać jej łyżkami, prawda? Stosując ją jako przyprawę od kilku miesięcy w naszej rodzinie nikt nie zaobserwował u siebie takiego problemu.

Teraz chyba już każdy przekonał się, by przynajmniej jej spróbować. 😉

Nabyć kozieradkę można w dwóch postaciach – ziaren, które trzeba najpierw lekko uprażyć na patelni (nie za bardzo, żeby nie zgorzkniały), a następnie zmielić lub od razu zmieloną w postaci proszku. Wiadomo, że ziarna dłużej trzymają aromat, ale nie zawsze są pod ręką zmielone, więc radzę albo mieć obie postaci pod ręką, albo kupić od razu sproszkowane.

Pozdrawiam aromatycznie 🙂

Zdjęcia pochodzą z pixabay.com

Ile można karmić piersią? Nasze początki i… brak finału?

To było w czwartek. Mój syn zasnął. Poprawiłam bluzkę i tak się zadumałam… Ile można karmić piersią?

Różnie mówią – jedni, że do roku, inni, że do dwóch (wariaci chyba!), a jeszcze inni, że do samoodstawienia (do czego??? Ci to chyba w ogóle z psychiatryka wyszli!). He he he… uśmiecham się do siebie w duchu.
Zależy jeszcze, czy pytamy, ile mama może karmić czy też ile dziecko może ssać? Bo może się okazać, że dziecko porzuci matczyne dobro, ale na jego miejsce wskoczy płynnie od razu młodsze rodzeństwo i tym sposobem mamie się skumuluje i wyjdą na przykład 4 lata. 😛
Nie no, tak naprawdę mam na myśli to pierwsze, oczywiście prowokacyjne pytanie. Tak naprawdę nie ma górnej granicy. Badania pokazują, że dzieci NATURALNIE odstawiają się między 2 a 7 rokiem życia. Ok, ok. Domyślam się, że niektórzy zapluli monitory ze śmiechu lub dławią się teraz z powodu zakrztuszenia. Już spieszę z wyjaśnieniami.
Badania te dotyczą całego globu. A jak wiadomo, w różnych rejonach świata różne są możliwości zdobywania pożywienia, po pierwsze. Po drugie, każdy zna dzieci, które same odstawiły się wcześniej. Tak tak – najczęściej z powodu błędów żywieniowych. Oczywiście, nie posądzam nikogo o złą wolę, raczej wynika to z niewiedzy. Prawdopodobnie dzieci te dostawały za dużo i za szybko inne pokarmy. Jednak nie zmienia to faktu, że nikły procent dzieci odstawi się samodzielnie przed ukończeniem 2. roku życia. Z prostej, ewolucyjnej przyczyny: tak małe dziecko nie jest w stanie samo zdobywać pokarmu w satysfakcjonującej go ilości składników odżywczych, więc korzysta z dobrodziejstw opiekuna.

Zacznijmy jednak od początku.

Przez pierwsze 6 miesięcy życia karmimy dziecko tylko i wyłącznie mlekiem. Z piersi lub odciąganym, ale uwaga! Jeśli odciągane, to podajemy łyżeczką lub z kubeczka, butelka to najgorsze rozwiązanie dla prawidłowego odruchu ssania oraz rozwijającego się aparatu mowy.
Po ukończeniu przez dziecko 6. miesiąca życia można rozszerzać dietę, jeśli dziecko wyraża gotowość (siedzi samodzielnie, jest zainteresowane jedzeniem). MOŻNA. Nie trzeba. Jeśli dziecko nie jest gotowe, to warto poczekać niż się frustrować, nic mu nie będzie, SERIO. Pokarm mamy to najtreściwsze, najzdrowsze, najbardziej lekkostrawne jedzenie, jakie możesz podać dziecku. 😉 Jeśli mamy do czynienia z dziećmi alergicznymi, z rozszerzaniem diety wstrzymujemy się do ukończenia przez nie 9. miesiąca życia. Chodzi o większą dojrzałość, układu pokarmowego.
Wcześniejsze rozszerzanie diety w niczym nie pomoże, a może zaszkodzić – np. zaostrzyć objawy alergii lub doprowadzić w przyszłości do jej wystąpienia, do problemów z nadwagą lub otyłością.

Pół roku tylko pierś. Powtarzam, bo każda mama małego dziecka zazwyczaj słyszy wokół siebie milijon wspaniałych rad o wcześniejszym roszerzaniu diety, o okienkach immunologicznych na gluten (dziś wiemy, że to bzdura, ale co z tego, skoro lata przyzwyczajeń zrobiły swoje….), o anemii, która jest fizjologiczna, więc nie trzeba jej leczyć, chyba że dziecko nie przybiera na wadze i traci apetyt…

Właśnie. Przybieranie na wadze, a „słaby” lub „tłusty” pokarm.

Pokarm mamy zawsze jest najlepszy. Nigdy nie jest za „słaby” ani za „tłusty”. Choć młoda matka znowu słyszy mnóstwo wspaniałych rad, pt. „Nie przybiera, odstaw”, „Za dużo przybiera, odstaw”. Sama kiedyś usłyszałam na widok mojego kilkumiesięcznego dziecka „Ciocia, Ty to musisz mieć tłusty pokarm!”. To miał być oczywiście taki łagodny przytyk do tego, że dziecko pyzate. Należy olać takie komentarze. I dalej spokojnie karmić.
Pokarm zawsze jest odpowiedni. Taki, jak w danej chwili potrzebny jest dziecku – na upałach bardziej poi (dlatego na upałach dzieci do końca 6-go miesiąca nie trzeba dopajać dodatkowo), nocny jest tłustszy i bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe, które wspierają rozwój układu nerwowego (dlatego nocne pobudki na karmienie są takie ważne, choć męczące).

Zaraz na pewno odezwie się ktoś z historią rodzinną, w której czyjeś dziecko nie przybierało, było głodne i jedyną radą była butelka lub mieszanka. A czy ktoś sprawdził, czy to dziecko dobrze ssie i czy jest prawidłowo przystawiane? Nie mówię o położnej, ale o profesjonalnym wsparciu laktacyjnym. Długie włosy idziemy podciąć do dobrego fryzjera, z cieknącym kranem wołamy hydraulika, to dlaczego z problemami w zakresie laktacji nie idziemy nigdzie lub do pediatry (przypominam: to lekarz chorób dziecięcych, nie dietetyk i nie osoba, która profesjonlanie na co dzień zajmuje się laktacją). Profesjonalnie problemami w zakresie laktacji zajmuje się konsultant laktacyjny i takich należy szukać. Może okazać się, że wystarczy zmienić pozycję do karmienia lub dziecko ma za krótkie wędzidełko podjęzykowe, co uniemożliwia mu efektywne ssanie.

Moje / nasze początki

Sama miałam problem z karmieniem. I to nie jeden. 😛 Tutaj jednak wspomnę o tym pierwszym, początkowym, który mógł zakończyć naszą jeszcze nie rozpoczętą mleczną drogę na zawsze. Oczywiście po porodzie przyszła do mnie położna, żeby pomóc przystawić dziecko. Jakoś go tam nałożyła, ale czułam, że coś jest nie tak. Było mi niewygodnie, dziecko chciało ssać i to bardzo, ale widać było, że nie może sobie poradzić. Tak sobie to moje cudo obserwowałam aż zobaczyłam, że ma cofniętą brodę. Powiedziałam o tym lekarce – neonatologowi, a ona na to, że „Nie wymieniają dzieci ze względu na brody.” We mnie się zagotowało. Mówię do pani, że chodzi mi o karmienie – owszem, widać z góry, że pierś jest poruszana, ale dziecko nie ssie efektywnie, bo dołem nie może odpowiednio jej złapać, więc co mam robić? Jak sobie z tym radzić? Zbyła mnie: „Pani W., widać po Pani zawód.”. Żaluję tylko, że nie miałam w sobie tyle siły  i wiedzy, co teraz, żeby wymóc na niej odpowiednią pomoc. Dziecko w nocy płakało. Z głodu. Przyszły położne i co zrobiły? Dały glukozę, żeby mieć spokój… Ja – zakręcona, obolała, nie potrafiłam wtedy zawalczyć o siebie i dziecko jak trzeba.

Kolejnego dnia jedank już się ogarnęłam. Walczyłam, choć lekko nie było. Mały S. wciąż wołał, ja nie umiałam mu pomóc. Prosiłam położne, lekarki… Przychodziły, sprawdzały, czy jest pokarm w moich piersiach (to było okropne!), stwierdzały, że tak, wzruszały ramionami i szły bez rady. W końcu ok. 17.00 przyszła jedna pani, której się udało. Hurra! Jest sukces. Dziecko ssało 40 min. bez przerwy, po czym zasnęło spokojnie. Poprosiłam jeszcze panią, żeby przyszła znów pomóc, bo mogę nie dać rady. Nie przyszła. Zmieniły się zmiany. Przyszła inna, która wymyśliła swoją pozycję, która w ogóle nie pasowała ani dziecku, ani mnie. W końcu zapytała mnie, czy mam butelkę. Ja na nią wielkie oczy! Jaką butelkę? A ona oburzona, że nie mam ze sobą butelki i z łaską przyniosła mi jakiś smoczek do butelki. No mówię Wam, to był kosmos. Na trzeci dzień okazało się, że S. za dużo spadł na wadze. I wreszcie odkryli, że mam rację! Że dziecko chce ssać, że mleko jest, ale nie może się najeść. Wow! Ale i tak największe pretensje miałam do siebie, że nie byłam bardziej stanowcza, choć wiem, że to wszystko nerwy, strach, pierwsze dziecko, poczucie osamotnienie w starciu z instytucją szpitala, personel patrzący z góry, itp.

Nie zostało mi nic innego jak walczyć samotnie, bo na konsultację laktacyjną i tak musiałam czekać do poniedziałku, a to była niedziela. Próbowałam, jak mogłam. Sąsiadka pożyczyła nakładki, którymi poraniłam brodawki, więc do nerwów o dziecko i jego przybieranie doszedł ból i krwawienie. Ale S. tak na mnie patrzył…. w tych oczach było tyle ufności i tyle nieporadności, że nawet jak teraz o tym piszę, mam „baseny” w oczach. Musiałam dać radę. Dla niego. Lekko nie było, ale przynajmniej następnego dnia nie spadł więcej, a zatrzymał się, więc pozwolono nam wyjść do domu. Nie poszłąm jednak tak szybko – siedziałam na łóżku, aż przyszła konsultanka.

Konsultantka pokazała RAZ. Tylko RAZ. Wystarczyło. I problem prysł jak bańka mydlana! Załapaliśmy oboje – i ja, i S. Śmiem twierdzić, że to wszystko dzięki S. – dzięki jego wołaniu i jego ufności w małch oczach, której nie mogłam zawieźć. To on uratował naszą laktację i dzięki niemu nasza historia trwa po dziś dzień – 31 miesięcy. Celowo, w grafice na początku posta jest starsze dziecko, a nie niemowlę. Bo karmienie piersią jest czymś normalnym jak picie ze szklanki i jedzenie z talerza. Uważam, że wiele kobiet karmiłoby dłużej, gdyby była odpowiednia pomoc laktacyjna i dobry dostęp do niej, gdyby nie naciski ze strony otoczenia oraz gdyby propagowano na szeroką skalę aktualną wiedzę o laktacji.

Pozdrawiam matki-karmicielki i wszystkich czytelników!

„A to feler…” – westchnął SELER! :)

Nie żaden feler, tylko roślina wspaniała, acz mało znana. A może nie tyle mało znana, co mało używana. Należy to zmienić. Już spieszę z wyjaśnieniem, dlaczego.

Można jeść go na surowo, duszony, gotowany, smażony czy zapiekany. Jest mało kaloryczny – w „internetach” różnie piszą: jedni, że w 100g łodygi jest ok. 5 kcal, inni, że 13 – której wartości by nie przyjąć: jest to bardzo mało, więc można go jeść, ile dusza zapragnie. 😉

Seler jest bombą witamin A, E oraz C – tutaj źródła też różnie podają, ale w zależności od pory roku i sposobu przechowywania, może mieć nawet dwa razy więcej wit. C niż cytrusy, nawet do 150 mg w 100g. Wywołane do tablicy witaminy A, E i C to antyoksydanty, chronią nas więc m. in. przed rakiem i pomagają zwalczać infekcje. Ponadto zawiera witaminy z grupy B oraz kwas foliowy.

Seler jest pełen cennych składników mineralnych. Na przykład potasu i sodu, które pomagają regulować gospodarkę wodną w organizmie, usuwać obrzęki, czy redukują ciśnienie krwi. Podobno już od czasów Hipokratesa roślina ta stosowana była jako środek uspokajający, kojący nerwy i redukujący stres.

Seler to dobre źródło wapnia, więc stanowi cenną broń w walce z osteoporozą (ok. 40mg w 100g).

Jest to roślina, która ma niesamowite właściwości oczyszczające organizm z toksyn, ułatwia trawienie tłuszczów, ponieważ wzmaga produkcję żółci. Ponadto poprawia persystaltykę jelit, czyli przesuwanie przez nie trawionego pokarmu oraz jego resztek w celu wydalenia z organizmu.

Nic, tylko zajadać. Zapraszam zatem na sałtkę, która swój wyjątkowy smak zawdzęcza właśnie selerowi naciowemu <klik>.

Pozdrawiam! 🙂

P.S. Podobno zwiększa potencję, stąd uważany jest także za afrodyzjak. Trzeba to sprawdzić! 😉

Bezglutenowe wyzwanie

Dieta bezglutenowa jest wyzwaniem, nie ma co z tym stwierdzeniem dyskutować. Istnieją jednakże na jej temat mity, które należy obalić. Pierwszy jest taki, że jest to dieta „uboższa”. O nie, proszę Państwa, to dieta o wiele wiele bogatsza od takiej zwyczajnej z przysłowiowej szkolnej stołówki lub restauracji za rogiem. I to nie dlatego, że wymaga od nas używania egzotycznych dodatków, ale dlatego, że zmusza do poszukiwania.

Na początku szukamy oczywiście zastępników tego, co znamy a więc chleba, bułek, ciasteczek… No i w ten sposób wielu szybko się poddaje. Też poległam. Nie ma „to tamto”. Po pierwszych dwóch tygodniach mojej diety byłam tak głodna i tak wściekła, że robiąc zakupy, w każdym sklepie, który mijałam, kupowałam pączka… W sumie zjadłam trzy. Nie był to dobry pomysł, potem odcierpiałam swoje. Myślę, że niejedna osoba, która próbowała przejść lub przeszła na dietę bezglutenową ma podobne doświadczenie (niekoniecznie mam na myśli pączki, ale głód i wściekłość).

Potem stopniowo zaczęłam odkrywać produkty i półprodukty inne niż to wszystko, co zawiera zwykłą białą mąkę. Okazało się, że są one równie smaczne, o ile nie smaczniejsze, a przede wszystkim zdrowe. Poza mąką pszenną istenieje jeszcze gryczana, kukrydziana, ryżowa, kokosowa, orzechowa, jaglana, owsiana, amarantusowa, kasztanowa… Wymieniać można by długo. Coż za bogactwo, prawda? Ja też jeszcze rok temu nie miałam pojęcia o istnieniu większości z nich. To nic, wszystko da się nadrobić i to szybko. 😉

Ciągnąc temat zamienników. Rozmawiając z ludźmi mam wrażenie, że większość je tylko chleb i ciasta 😛 Kiedy pada hasło „dieta bezglutenowa” pierwsze i zasadnicze pytanie zazwyczaj brzmi:

– A co z chlebem?
– Nic, nie jem.
– Jak to „nie jesz”?
– Normalnie: nie jem, nie potrzebuję.
Tutaj jeszcze rozbijamy się o kwestię diety paleo, jednak ten temat rozwinę innym razem. 😉 Ale to fakt, chleba praktycznie nie jem. Był czas, że nie jadłam go w ogóle. Owszem, można piec samemu chleb bezglutenowy i nie jest to trudne, znajdziecie u mnie też kilka przepisów na taki chleb, ale generalnie, jeśli coś jest zamiennikiem nigdy nie będzie dokładnie takie jak oryginał. Nie oczekujmy więc od chleba bezglutenowego, że będzie tak samo pachniał, wyglądał i smakował jak ten z mąki pszennej. To niemożliwe. Ale są przecież inne smaki i inne konsystencje. Otwórzmy się na nowości! A śniadania, kolacje i przekąski to nie tylko kanapki, kanapki, kanapki, kanapki, kanapki albo… kanapki!
Nie chcę nikogo zanudzić lub zniechęcić 😉 a raczej zachęcić do walki o siebie i swoje zdrowie, jeśli takie ma zalecenia, więc na początek tyle mojej historii. W kolejnych postach będą ukazywać się kolejne etapy mojej walki o zdrowie m. in. za pomocą diety bezglutenowej, która jest jednym z warunków regeneracji jelit, aby zminimalizować objawy, ograniczyć rzuty lub pozbyć się choroby autoimmunologicznej (są to m.in. choroby tarczycy: choroba Hashimotochoroba Gravesa-Basedowa, łuszczyca, stwardnienie rozsiane i wiele wiele innych!).
Na koniec, na osłodę 😉 polecam mój własny przepis na ciasteczka czekoladowe z amarantusem <klik>.

Smacznego! 🙂