JA vs. Hashi: 1:0

Dawno nie było nic o Hashi. Wybaczcie, stale jest ze mną i chyba tak bardzo się do niego przyzwyczaiłam, że czasem o nim zapominam…. a może tak bardzo weszły mi w nawyk pewne czynności, że tyle o nim nie myślę? A może po prostu ogarnęłam się na tyle, że moje samopoczucie pozwala mi od niego nieco odetchnąć? A może mam tyle roboty, że nie wiem, w co ręce wsadzić, więc Hashi zeszło na dalszy plan? Nie, to ostatnie odpada – fakt, mam mnóstwo zajęć, ale każdy, kto cierpi na Hashi, doskonale zdaje sobie sprawę, że żaden nawał obowiązków ani sytuacja życiowa nie jest w stanie sprawić, że kiedy Hashi atakuje, da się o nim zapomnieć. Raczej jest tak, że kiedy jest rzut choroby, to o całym świecie jesteśmy w stanie zapomnieć, a o niej nie, ponieważ ma tak różne oblicza, że jak nie przysłowiowymi drzwiami, to oknem wejdzie.

Znacie to, prawda? A jeśli nie, to przypominam możliwe objawy i skutki choroby Hashimoto dla tych, którzy może jeszcze do końca nie wiedzą z czym się zmagają lub mogą zmagać oraz dla ich bliskich, którzy nie mogą zrozumieć i każą się „ogarnąć” lub przestać wydziwiać:

Gdzie atakuje Hashi?

WSZĘDZIE! Nie ma takiego miejsca na ciele i w organizmie, gdzie nie zostawiałoby śladu po sobie. Co prawda o objawach pisałam już kilka miesięcy temu tutaj <klik>, ale nie zaszkodzi jak wymienię najczęstsze obszary ataków:

– bóle w klatce piersiowej niewiadomego pochodzenia, choć kardiolog mówi, że wszystko w porządku,
– duszności, płytki oddech,
– wysypki, bolesne pryszcze,
– wzdęcia, bóle brzucha w różnych jego częściach,
– rozwolnienia i zatwardzenia,
– wypadające włosy i łamliwe paznokcie,
– sucha skóra,
– łupież,
– ciągłe uczucie zimna lub uderzenia gorąca,
– opuchnięta twarz, powieki,
– niepokój, depresja,
– płaczliwość,
– ogólne spowolnienie funkcjonowania,
– nerwowość, wybuchowość,
– niemożność skupienia się na tym, co robisz, trudności w pozbieraniu myśli,
– plączący się język, zapominanie, o czym mówisz w środku zdania, brakujące słowa, czyli tzw. mgła mózgowa (brain fog),
– częste bóle głowy, migreny,
– tycie z „powietrza”, a może chudnięcie,
– bezsenność, a może nadmierna senność,
– problemy z płodnością, zajściem w ciążę i jej donoszeniem,
– rozregulowanie pracy jajników
– bóle stawów,
– …

Może przygnębiać, prawda? To oczywiście nie jest jeszcze lista wszystkich możliwych objawów. Bardziej chodzi mi o pokazanie jak nieprzewidywalna i nieobliczalna jest ta choroba. Chcę pokazać, że atakuje zarówno na płaszczyźnie somatycznej, jak i psychicznej. Leczyć trzeba ją kompleksowo, a nie można skupiać się jedynie na pojedynczych objawach, ponieważ wtedy walczymy jedynie ze skutkami, a nie z przyczyną i efekt nigdy nie będzie trwały. Momentami przypomina to walkę z wiatrakami. Z resztą w ogóle walka z Hashi jest walką dość nierówną, ponieważ choroba Hashimoto powoduje, że organizm atakuje sam siebie, zwalcza swoją tarczycę, bardzo ważny narząd, a do tego wykańcza po kolei inne narządy przez przewlekły stan zapalny. Nie mniej jednak, pomimo to da się walczyć i to skutecznie! Nie jest to łatwe, ale można i ja jestem tego dowodem.

1:0 dla mnie

Diagnozę Hashimoto mam od 3,5 roku, ale tak jak pisałam już kiedyś, padła ona w momencie, kiedy życiowo zajęta byłam zupełnie czym innym, a lekarz powiedział mi, że to choroba, która polega na codziennym łykaniu tabletki tuż po wstaniu z łóżka przed jedzeniem i na kontroli TSH oraz ft4 dwa razy w roku. Uwierzyłam. O ja głupia!

Tak sobie żyłam w tej mojej nieświadomości aż coś nie skłoniło mnie do sprawdzenia, na co to ja w ogóle choruję, skąd się to bierze i dokąd zmierza…. Zaczęłam czytać i włosy stanęły mi dęba na głowie! Najpierw się załamałam, spojrzałam na siebie, swoje życie i okazało się, że wiele cech, które przypisywałam np. swojemu temperamentowi, to tak naprawdę oblicze… Hashi! Aa….! :-/

Potem postanowiłam działać i zaczęlam czytać… Po chwilowym przypływie energii, że się nie dam i będę walczyć, znów opadły mi „witki”… Kolejna załamka: „nie dam rady”, „za dużo tego jest”. W końcu postanowiłam jednak spróbować, bo objawy zaczęły mi doskwierać, a poza tym, jako mama nie mogłam pozwolić sobie już na zbyt wiele chwil odpoczynku, dłuższy sen. Brakowało czasu na normalną, ludzką regenerację, a co dopiero tą spowodowaną chorobą. Trzeba było koniecznie coś z tym zrobić!

Tak więc na poważnie zajęłam się sobą ok. 1,5 roku temu. Początki lekkie nie były, zmiany wprowadzałam stopniowo, choć niektóre były radykalne, gdyż inaczej się nie dało (odrzucenie glutenu <klik>). Nie mniej jednak było warto, bo efekty są – dzięki odpowiedniej diecie i suplementacji w grudniu ubiegłego roku moje wyniki badań poprawiły się na tyle, że – UWAGA, UWAGA – dawkę sztucznego hormonu można było zmniejszyć o 1/3! Uważam to za wielki swój sukces, bo oznacza to, że jednak da się z Hashi walczyć i można z tej walki wyjść zwycięsko. Moja tarczyca może powoli, ale jednak zbiera się do życia, a nie degraduje <jupi!>. Sam lekarz, zobaczywszy wyniki badań był zdziwiony, że dawki nie zostawia, nie podnosi, ale ją… obniża. Jak sam powiedział: „W tej chorobie, to się dawkę raczej podnosi, a nie obniża. Tylko się cieszyć!”. Jest MOC! 🙂

Recepta na Hashi

Objawy hashi są różne. U każdego pacjenta obraz kliniczny może być inny. Nawet jak porozmawiacie z osobami ze swojego otoczenia zdignozowanymi na Hashi, okaże się, że jedne mają to, czego nie mają inne lub macie objawy z dwóch różnych biegunów danego spektrum – jedna tyje, druga chudnie, jedna nie śpi, podczas gdy inna nie może się obudzić przez cały dzień. To może dezorientować. Wtedy czujemy się tak:

Dlatego leczenie musi być dobrane INDYWIDUALNIE.

Badania

Trzeba zrobić badania i na ich podstawie uzupełniać niedobory. No i nie cieszyć się, że jestem w „normie”, bo TSH 2 najprawdopodobniej będzie w jakiejś normie laboratoryjnej, ale takiej dla całej populacji, czyli od dziecka do osoby w wieku podeszłym, a nie jest to norma dla młodej kobiety w wieku rozrodczym. Po drugie, ft3 w normie, nie oznacza, że jest go odpowiednia ilość, bo konwersja ft4 do ft3 może być zbyt słaba, a oba wolne hormony powinny być na podobnym poziomie. Pisałam o tym tu <klik>.

Co jeszcze warto zbadać? Na pewno poziom witaminy D3, B6, B12. Kiedy robicie morfologię, to także warto sprawdzić żelazo i ferrytynę. Ponieważ żelazo może być jeszcze w normie, natomiast ferrytyna nie. Lepiej zabezpieczyć się przed anemią zawczasu niż ją leczyć. Przyda się też krzywa cukrowa oraz insulinowa, ponieważ często w parze z Hashi idzie insulinooporność, która jest odpowiedzialna na przykład za tycie, ssanie na słodkie, senność po posiłku, może prowadzić rozwoju cukrzycy w późniejszym czasie, etc.

To jeszcze nie wszystkie przydatne badania, ale te pozwolą już całkiem nieźle zobaczyć, w jakim stanie jest organizm.

Dieta

Do niedawna krążyło po necie hasło „Jesteś tym, co jesz.”. Od niedawna krąży nowe, acz podobne: „Jesteś tym, co przyswajasz.”. Prowda. 😉 Co więcej, to nie „dieta” w znaczeniu odchudzania. To dieta, która ma leczyć: pokrywać w miarę możliwości niedobory, wzmacniać odporność, pozwolić na regenerację jelit, którymi u osób z chorobami autoimmunologicznymi trzeba zająć się w pierwszej kolejności, bo tam właśnie jest często źródło problemu.

W Hashi często mamy problem z przyswajaniem wartości odżywczych, więc trzeba szczególnie zadbać o jelita i ich florę bakteryjną: oprócz zażywania probiotyków w kapsułkach czy kroplach, warto przyjmować też te naturalne, czyli kiszonki (kapusta, ogórki, marchewka, kalafior, jabłka…. co tam jeszcze umiecie zakisić. ;)) Jak już jesteśmy przy florze bakteryjnej, to od razu napomknę, że nabiałowi mówimy „NIE!”. Dlaczego? Abstrahując od tego, że mleko krowie jest dla cieląt, napomknę tylko, że ma złe proporcje składników odżywczych, przez co jest nieodpowiednie dla człowieka, a poza tym powoduje stany zapalne w organizmie, a my mamy już permanentny stan zapalny tarczycy, który chcemy wyeliminować, a nie pogłębić. A jeśłi pojawiają się Wam na ciele bolesne, często ropne wypryski, to bardzo prawdopodobne, że właśnie od spożywanego nabiału.

Oczywiście eliminujemy gluten, ponieważ uszkadza jelita, „drażni” system odpornościowy. Nie będę się teraz rozpisywać szczególnie na ten temat. Wspomnę tylko, że eliminacja glutenu spowodowała u mnie zanik wysypki na rękach, z którą walczyłam od dzieciństwa różnymi metodami, a nawet najlepszy dermatolog nie był w stanie zaradzić, ustąpienie częstych migrenowych bólów głowy, koniec większości problemów jelitowych…

Cukrowi mówimy „Żegnaj!”. Cukier powoduje obniżenie odporności, wzrost podatności na infekcje. Niekorzystnie wpływa na szkliwo zębów, trzustkę, którą zmusza do wyrzutów dużej ilości insuliny. Daje energię, ale jedynie na chwilę.  Uzależnia! Powoduje rozrost niekorzystnej flory bakteryjnej w jelitach. Utrudnia skupienie (!) – do dobrej pracy mózgu potrzebny jest w miarę stały poziom cukru w organizmie, a wahania powodują rozdrażnienie, a nwet mogą prowadzić do stanów depresyjnych.

Dodatkowo

  1. Używam pasty do zębów bez fluoru, który jest szkodliwy dla organizmu, każdego. Nie tylko tego z Hashi, ale to temat na odrębny post, więc nie będę tu go rozwijać.
  2. Nie piję herbaty – jak wyżej, czyli ze względu na fluor, nie ze względu na kofeinę, jak niektórzy sądzą.
  3. Piję czystek, rumianek, pokrzywę, oczywiście wodę i sporadycznie wyciskane soki. Mięty i melisy prze Hashi unikamy.
  4. Oprócz probiotyków, uzupełniam cynk (odporność), selen (konwersja, czasem zmniejszenie ilości przeciwciał – mój lekarz mówi, że działa u 50% pacjentów) i magnez (dla układu nerwowego).
  5. Zażywam preparat z miłorzębem japońskim na pamięć i koncentrację, z którymi miałam problemy. Kto doświadczył „mgły mózgowej”, ten wie, jak to dokucza. :-/
  6. Zażywam skrzyp z pokrzywą dla poprawy kondycji włosów, skóry i paznokci.
  7. Żeby uniknąć skoków cukru w organizmie, śniadania jem w typie diety paleo, czyli białko (mięso / ryba / wędlina / jaja) + warzywa. Do obiadu już dokładam „węgle” w postaci kaszy, ryżu lub ziemniaków. Tarczyca „nie lubi” braku węglowodanów, stąd dla równowagi cukrowej w organizmie z rana sobie odpuszczam, ale do obiadu i na podwieczorek już zajadam. 😉
  8. Kasza jaglana jest zdrowa i bezglutenowa, ale niewskazana dla osób z Hashi, bo jest „wolotwórcza”, obniża stężenie jodu we krwi. Ja unikam, ale nie eliminuję całkowicie. Raz na dwa miechy się skuszę. 😛 Wszystko z głową.
  9. Strączki jadam baaaardzo rzadko, co ciekawe, orzeszki arachidowe, czyli ziemne też są strączkami. Jeśli źle się po nich czujesz już wiesz, czemu – to nie typowy orzeszek, ale roślina strączkowa. Strączki zawierają lektyny, które działają prozapalnie, a nam już więcej stanu zapalnego nie trzeba, prawda?
  10. Soja jest bardzo mocno modyfikowana genetycznie, a zatem ona i jej przetwory, także tofu: odpadają.
  11. Z warzyw psiankowatych (ziemniaki, pomidory, papryka, bakłażany, jagody goji) lepiej zrezygnować, bo pobudzają układ odpornościowy. Nie każdy jednak musi rezygnować ze wszystkiego i na stałe. Ja np. papryki nie toleruję zupełnie, ale już ziemniaka czy pomidora od czasu do czasu spokojnie mogę zjeść. Co do bakłażana nie mam zdania, bo jadłam go kilka razy w życiu. Nie porwał mnie jego smak. 😛
  12. Jako przekąskę często zajadam różnego rodzaju orzechy, które są bardzo odżywcze – np. dwa brazylijskie pokrywają dzienne zapotrzebowanie organizmu na selen. 😉

Warto walczyć

To chyba tyle z takich ogólnych zaleceń, które stosuję wobec siebie. Jest tego sporo, ale z czasem wchodzi w krew i jest bardzo naturalne, a zakupy robi się szybko, bo mijasz w sklepie całe alejki z nabiałem, słodyczami i pieczywem. 😉 Wielu pewno zapyta, co w takim razie jeść, skoro jest tyle ograniczeń? Nie jest tak źle, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać. Wystarczy przejrzeć przepisy na blogu, a zobaczycie wiele bardzo różnorodnych propozycji zarówno na słodko, jak i wytrawnych. Poza tym, ograniczenia w diecie otwierają na nowe, bo człowiek szuka, co mógły innego zjeść. Dzięki temu poznałam całą masę produktów, o których istnieniu nie miałam pojęcia, a które są pyszne i zdrowe!

Ważne jest jedno, nie dać się Hashi zastraszyć! można z nim wygrać. Trzeba wziąć „byka” za rogi. Mimo chwil zwątpienia i upadków – np. zjedzenia dużej ilości paprykowego leczo, co potem oczywiście odchrowałam…, to stwierdzam, że warto. Najpierw przychodzi zmiana samopoczucia na lepsze i właściwie myślałam, że nic więcej mi do szczęścia potrzebne nie jest. Samopoczucie było ok, sztuczny hormon co noc (właśnie – nie rano! <klik>), wyniki w normach i tak sobie żyłam 16 miesięcy na bezglutenie i z całą powyższą listą, a tu – niespodzianka! W grudniu okazało się, że wyniki poprawiły się na tyle, że można obniżyć dawkę sztucznej lewotyroksyny. Radość, radość, radość! Mój wysiłek nie idzie na marne. Walczę o siebie z dobrym skutkiem. Warto!

A jak Wy walczycie z Hashi?

Pozdrawiam wszystkie, „motyle”, życząc samych zwycięskich bojów.
Tę walkę można wygrać!

 

Skąd się bierze asertywność, czyli pozwól dziecku na „nie”.

Na początku tego wpisu chcę podziękować Inspiracjom, które mnie spotykają. Tymi Inspiracjami są znajome mniej lub bardziej dzieci oraz ich rodzice. Czasem inspiracją do głębszych przemyśleń jest cała rozmowa, jakieś wydarzenie pomiędzy dziećmi lub dzieckiem a rodzicami, a czasem zaledwie jedno zdanie, pytanie lub gest. Tym razem wyszliśmy od rozmowy na temat „buntujacych się” i nie maluchów, by dojść do asertywności. Ale może zacznę od początku.

Każdy z nas chciałby, aby jego dziecko w przyszłosci potrafiło stawić czoła światu, prawda? Żeby umiało oprzeć się wszelkim mogącym je spotkać negatywnym wpływom. Chcielibyśmy wyposażyć je w takie umiejętności psychologiczne i społeczne, by z łatwością odróżniało to, co dla niego dobre od tego, co mu może zaszkodzić. 

Pierwsze, co się nasuwa, to oczywiście skojarzenia ze szkolną rzeczywistością: wagary, narkotyki, alkohol, papierosy, namowy do seksu, kradzieży, podpuszczanie przez starszych kolegów czy koleżanki, itp. I to bardzo ważne, by ten nastoletni okres „burzy i naporu” przejść bez szwanku. Jednakże negatywne wpływy rozpoczynają się znacznie wcześniej niż w szkole podstawowej, gimnazjum, czy w liceum! Wiadomo, najpierw inne, mniejszego kalibru niż te wymienione tu w pierwszej kolejności, ale chcę pokazaćdo czego mogą prowadzić inne, uznawane za mniej szkodliwe.

Jedzenie

Czy zdrarzyło się Wam kiedykolwiek być namawianym lub przymuszanym do jedzenia? Pamiętacie towarzyszące Wam uczucia? Niektórzy z tego powodu mają prawdziwą traumę i jest to najszczersza prawda, że zaburzenia odżywiania mogą mieć swoje korzenie w poczatkach przygody z rozszeraniem diety, karmieniem na siłę i trzymaniu dziecka przy stole aż talerz będzie pusty…
Co prawda jedzenie to temat dłuższy i bardziej skomplikowany, nadający się na oddzielny post, jednak świetnie nadaje się tutaj jako przykład. Dziecko ma naturalny regulator uczucia głodu i sytości. Zatem spokojnie, jeśli jest zdrowe, prawidłowo się rozwija, nie ma żadnych zaburzeń, to kiedy mówi „dość”, naprawdę czuje się syte i więcej nie potrzebuje, a kiedy jest głodne, to… będzie wołać, dopóki nie dostanie jeść – i to niezależnie od tego, czy to kilkudniowy maluch, czy trzylatek. 😉

Słodycze

Kolejny przykład, związany poniekąd z jedzeniem i też szerooooki tak, że zasługuje na odrębny post, to słodycze. Coraz więcej rodziców jest świadomych zagrożeń związanych, jakie niesie ze sobą spożywanie cukru. To kwestia możliwego rozwoju otyłości, insulinoodporności czy cukrzycy. Jak pokazały badania, o których można poczytać tu <klik> czy tu <klik>, Altzheimer to może być cukrzyca III typu. A chyba każdy z nas chciałby uchronić przed takimi powikłaniami swoje dzieci, prawda? Okazuje się, że nie dawać dzieciom słodyczy i białego cukru to za mało. Ważne też, by nie zachęcać słowami: „No weź, popatrz, inne dzieci też jedzą i smakuje im.”, „Proszę, poczestuj się, będzie mi miło”, itp.

Buziaki, przytulaski, czyli powitania i pożegnania

„No przytul się do cioci na pożegnanie”, „Daj babci buziaka na powitanie”. Dziecko nie chce, nie ma ochoty na taki bliski kontakt fizyczny, więc pozwalamy mu na dystans. Wywieranie presji, by jednak zrobić coś, bo „wypada” to zła droga. Pisałam już o tym jakiś czas temu w poście o nietykalności osobistej <klik>. Tutaj powtrzam i dodam, że to także mechanizm obronny przez możliwym wykorzystaniem seksualnym. Wiadomo, ciocia czy babcia raczej mają dobre zamiary, ale jeśli dziecko, zwłaszcza to malutkie rzadko je widzi, to nie będzie od razu do nich lgnęło i dobrze. Bo do obcego pana i obcej pani też nie powinno.

Pozwól odmówić

Pozwólmy dziecku na odmowę już teraz, kiedy jest małe, niech trenuje, póki może w bezpiecznym, domowym środowisku. Nie mówię, że zawsze i w każdej sytuacji. Ucząc je asertywności, czyli mówienia „nie”, kiedy coś mu nie pasuje, jednocześnie uczymy też kompromisu i wypracowywania wspólnych rozwiązań.
Z jednej strony chciałoby się dziecka, które zawsze zrobi to, o co je poprosimy, wykona każde polecenie, a z drugiej… czy na pewno chodzi nam o to, by zawsze i z każdym się zgadzało? By bezkrytycznie przyjmowało za swoje zdania innych osób?

Daj wybór

Dziecko nie ma ochoty na współpracę? Ma zupełnie inne pragnienia niż nasze potrzeby? Hm… to jest trudne. Często w takich sytuacjach „czacha mi paruje”, żeby wymyślić odpowiednią propozycję, ale warto. Nazywa się to pozornym wyborem. Technika ta polega na przedstawieniu dziecku takich opcji, z których każda dla nas, rodziców  jest korzystna, a dziecko wybiera tę bardziej mu odpowiadającą.

Przykład:
Wychodzimy do przedszkola i pracy, czasu jest mało, a tu nagle krzyk przy ubieraniu skarpet: „Nieeeee, nie chcę tych skarpetek!”. Patrzę i co widzę? Mały S. nie może poradzić sobie z ich ubraniem. Co mówię? „Dobrze, weź sobie sam z szuflady inne.” Idzie, bierze, ubiera. Dumny, że sam wybrał i szczęśliwy, że są takie, które łatwiej mu się wkłada na stopę, bo są bardziej elastyczne. I wierzcie mi, gdybym próbowała mimo wszystko przekonać go, by ubrał tamte, oboje bylibyśmy sfrustrowani, źli, być może zapłakani i oboje czulibyśmy się po prostu źle, że z takiej małej rzeczy zrobiła się „zadyma”. A tak? Dziecko szczęśliwe, a moje nerwy zostały w stanie spoczynku. 😉

Dziecko płacze przy ubieraniu rajstop? Może po prostu nie chce tych żółtych? Wytłumaczmy, że musimy ubrać się odpowiednio do pogody, by było nam ciepło podczas spaceru, a kolor rajstop? No cóż, być może będzie oryginalnie dopasowany do reszty stroju. 😉 Czasem ważniejsze jest to, żeby dziecku było po prostu ciepło:
„Posłuchaj, nie chesz ubrać żółtych rajstop? To wybierz sam te, które Ci odpowiadają. Jednak jest zimno i któreś ubrać musimy, żeby było Ci ciepło.”

Pozwól dojrzeć

Czas, kiedy dziecko zaczyna świadomie używać słowa „nie” jest trudny dla rodziców i otoczenia. Często nazywany jest buntem dwulatka, trzylatka… Jednak ja jestem daleka od używania tych terminów. W dziecku budzą się jego własne upodobania, które chce wyrazić. My, dorośli też często mamy inne zdanie niż mąż, rodzic, znajomy i nikt nam nie odbiera do tego prawa. Dlatego też, pozwólmy dzieciom wyrazić swoje zdanie.

Owszem, zaraz zasypie mnie lawina komentarzy mówiąca o tym, że przecież my, dorośli nie kładziemy się na podłodze, nie krzyczymy na całe gardło w sklepie, nikogo nie uderzamy, ponieważ mamy inne zdanie. Zgadza się, my, DOROŚLI i DOJRZALI, a przed nami stoją DZIECI, jeszcze NIEDOJRZAŁE. Warto to sobie uświadomić.

Ich system nerwowy musi przejść trudną drogę, by nauczyć się radzić sobie z emocjami w społecznie akceptowalny sposób. Do tego potrzeba rozmowy z rodzicami oraz treningu. Pozwólmy dziecku głośno mówić „nie”, by za kilka czy kilkanaście lat również potrafiło samo to zrobić, kiedy nas już nie będzie przy nim niemal 24 godz. na dobę i by nie musiało wyrażać cichego sprzeciwu przeciw nam, dorosłym, uciekając po cichu w jakieś używki.

To pisałam ja, matka Trzylatka, który często jest na „nie”.
Z pozdrowieniami dla wszystkich, którzy przeżywają teraz podobnie trudne chwile!

Emocje a „nie chcę”, „nie lubię”, „nie będę”…

– Synku, co zjesz dziś na śniadanie? – pytam o poranku.
– Nic.
– A może masz ochotę na jajecznicę? – próba numer dwa.
– Nie, nic nie zjem.
– Hm…. A może płatki z bananem? – próbuję po raz trzeci.
– Nic nie chcę, na nic nie mam ochoty, nic nie będę jadł.

Kiedy w końcu o 9.30 jakimś cudem udało się nam zjeść co nieco:
– Synku, umyjemy teraz ząbki, co?
– Nie chcę myć zębów.

– S., chodź, ubierzemy się i pójdziemy na pole. – mówię z uśmiechem na twarzy.
– Nie chcę iść na pole.
– A może miałbyś ochotę zobaczyć, co słychać na placu zabaw? Dawno tam nie byliśmy.- Mimo, że już nieco zniechęcona, wciąż próbuję…
– Nie, mamo, ja nie chcę iść na wieś!

– S., obiad już czeka.
– Nie chcę. Nie będę jadł.
– Ok, a jak zgłodniejesz, to mi powiesz?
– Nie powiem…

– Mamo, idę do pokoju poczytać książeczkę.
– Dobrze, tylko pozbieraj najpierw zabawki, którymi skończyłeś się tu bawić.
– Nie pozbieram, nie chcę. Ja uciekaaaam! Cha, cha, cha, cha, cha…!

Emocje we mnie: „Aaaaa…!”

Mniej więcej w takim „nieniowym” klimacie upłynęło dopiero kilka godzin tego „upojnego” dnia. Co będzie dalej, aż strach pomyśleć… Emocje we mnie? Kocioł! Najpierw uśmiech i dystans powoli ustąpił miejsca zniecierpliwieniu, głębokie oddechy nie pomagają. Aż w końcu chciałoby się krzyknąć, wrzasnąć… Aaaaaa…! A najlepiej powiedzieć: „Rób, kazałam. Tak ma być. Bez dyskusji. Koniec. Kropka.” Pomogłoby? Mnie może by ciśnienie spadło, ale po pierwsze u dziecka albo byłby większy negatywizm, albo by zamilkło i zrobiło, albo by się rozpłakało… Wtedy z kolei we mnie byłoby poczucie winy za wybuch…

Niby każdą z powyższych sytuacji da się logicznie wytłumaczyć:
– nie miał jeszcze ochoty na śniadanie,
– wolał się bawić niż myć zęby (oczywiste, prawda?),
– nie miał ochoty na spacer, wolał pobawić się choćby w ogródku,
– nie był jeszcze na tyle głodny, by zjeść obiad,
– sprzątać nie chciał, bo już miał pomysł na inne zajęcie i by mu się opóźniło, a przy okazji wymyślił zabawę w uciekanie, bo zawsze jest miło jak mama łapie…

Fajnie. Ale co z tego, kiedy do zrobienia jest multum różnych rzeczy, czas goni, a do tego jest nas dwoje i ja też mam jakieś pomysły i plany na siebie danego dnia? Co z tego, kiedy ja muszę udźwignąć swoje emocje, które są negatywne i do tego jeszcze emocje mojego dziecka? Co z tego, kiedy we mnie już kipi?

Taki w tym ambaras, żeby dwoje chciało naraz…

No właśnie… Czasem wydaje się, że nasze dziecko robi nam na „złość”, że utrudnia, że przez jego stawanie „okoniem” mamy pod górkę.

Tymczasem ono może po prostu ma zły dzień i potrzebuje przytulenia.

Być może zbiera go choroba, przeziębienie lub się nie wyspało.

Być może śniło mu się coś złego i to spowodowało kwaśną minę, dystans i wszystko na „nie”.

Być może chce nam powiedzieć coś ważnego, a nie potrafi się wysłowić.

I co z tego, kiedy ja mam już naprawdę dość?

Odpowiedź nie jest prosta. Warto jednak spróbować powiedzieć sobie „STOP”. Chodzi o to, żeby się dalej nie nakręcać – jedno drugiego. Rodzic dziecka, dziecko rodzica. Wziąć kolejny głęboki oddech i zrobić to, co robisz sam, kiedy masz zły dzień. Nie iść w zaparte i skoro dziecko nie „współpracuje”, to stawiać mu kolejne zakazy, nakazy czy wymagania lub stosować zasadę „wet za wet”. Proponuję zrobić coś…. przyjemnego. Coś, co wszystkim poprawi humor i pozwoli dalej żyć we wzajmenym pokoju. 😛

Dla jednego dziecka będzie to chwila zabawy, dla innego kilka minut rozmowy, ale takiej, kiedy rodzic nie zajmuje się niczym innym i patrzy tam, gdzie wskazuje dziecko, ktoś inny może chciałby zamiast spaceru pojeździć rowerem, ktoś inny chciałby przytulenia – czasem w niemal czarodziejski sposób jeden przytulas potrafi zdziałać cuda i dziecko zaczyna z nami współdziałać.

Skoro ja dla odprężenia spotykam się z koleżanką, to może warto zaplanować taką rozrywkę i naszemu dziecku? Skoro ja wychodzę, żeby odetchnąć, odpocząć i zatęsknić, to może i naszemu dziecku przyda się taka odskocznia? Może jakieś wyjście na „kulki”?

I od razu świat staje się piękniejszy. 🙂

Postarajmy się na chwilę zapomnieć. Postawić kropkę na końcu tego zdania. Odwrócić kartkę i zacząć pisać kolejny rozdział. Wiem, że to trudne, samą mnie czasem roznosi od środka, ale zawsze wtedy przypominam sobie o tym, że nie warto pielęgnować w sobie złości. Lepiej napełniać się pozytywnym myśleniem, a poza tym…

male-tylko-raz

 

 

 

Przygotuj się z dzieckiem do przedszkola

Rok szkolny wystartował i nabiera rozpędu. Przygotowanie do niego zaczęlo się jeszcze latem. Za nami kilka pierwszych dni w przedszkolu, które łatwe nie były, o czym przeczytać możesz tu <klik>, ale codziennie mamy jakieś postępy adaptacyjne, co mnie niebywale cieszy. Poza tym, już dostrzegam pierwsze postępy. Pierwszego dnia Mały S. z prawdziwą radością obwieścił mi, że zjadł surówkę. Wyczyn o tyle wielki, że to była jego pierwsza surówka w życiu i myślę, że to efekt wspólnego stołu z innymi dziećmi, ponieważ w domu wszyscy mogą jeść marchewkę z jabłkiem , a on i tak nawet nie chce mieć jej na swoim talerzu. Wczoraj z kolei achwyciła go różowa zupa (barszcz). 😉

Zanim jednak rozwinę kwestie rozwojowe, wrócę jeszcze do tych przygotowawczych i adaptacyjnych, czyli inaczej mówiąc przystosowawczych.

Po pierwsze wyprawka

kredkiNiemal od początku lata gazetki reklamowe zasypywały nas ofertami wyprawek szkolno-przedszkolnych dla dzieci – farby, kredki, flamastry, kapcie…. Kolorowy zawrót głowy. Nie daliśmy się. Przecież nie wiemy, co RZECZYWIŚCIE będzie potrzebne. Dowiemy się na wywiadówce, która odbędzie się dziś popołudniu, a i tak przedszkole, do którego zapisany jest nasz synek prawdopodobnie samo zakupi jednakowe wyprawki dla wszystkich dzieci. Rewelacja. 🙂 Kapcie na dobry początek wzięłiśmy ulubione z domu (z koparkami), więc z tego zakupu również zrezygnowałam, a ponieważ na co dzień Mały S. używa do rąk małych ręczniczków, więc analogicznie – wybrał jeden, który podpisaliśmy i powędrował z nim do placówki.

Jedyne, co kupiłam, to worki: na kapcie i zmienne ubranka w razie wypadku.

Pozostała jeszcze kwestia opisania zabieranych rzeczy, żeby zawsze dało się odnaleźć swoje 😉 Tutaj znalazłam fajny patent, a mianowicie naklejki i naprasowanki z imieniem i nazwiskiem dziecka oraz wybraną grafiką. Mały S. sam wybrał sobie obrazki, które nam nadrukowano, więc też miał swój udział w przedszkolnyvh przygotowaniach. Oprócz imienia i nazwiska, na niektórych jest też informacja z numerem tel. do mamy, czyli do mnie, gdyby np. kurtka została zagubiona w akcji podczas spaceru. Wygląda to ładnie i estetycznie, nie trzeba haftować, jak kiedyś robiła to moja mama. Kolejna rewelacja 🙂 Mam nadzieję, że ten mój internetowy wynalazek się sprawdzi.

Po drugie przygotowanie umysłu

Tutaj potrzebna jest rozmowa i to nie jedna. Ważne, żeby odpowiedzieć na wszystkie nurtujące dziecko pytania.

umysł

  • Co to jest przedszkole?
  • Co tam się robi?
  • Kogo dziecko tam spotka?
  • Po co tam się chodzi?
  • Czy będzie tam mama / tata / babcia / dziadek / ciocia / wujek? Dlaczego ich nie będzie?
  • Jak długo dziecko tam zostanie?
  • Kto po nie wróci?

Najlepiej zacząć rozmawiać o tym na długo, zanim dziecko ma przekroczyć przedszkolne progi. Pytań mogą być miliony. Sami wiecie, ile potrafią na poczekaniu wymyślić Wasze dzieci, prawda? Cierpliwie odpowidamy na KAŻDE. Nawet po kilka razy. TO WAŻNE. „Przedszkole” to nowe słowo, za którym kryje się nowa rzeczywistość i trzeba spróbować przybliżyć ją dziecku jak najlepiej, by adaptacja była możliwie najłagodniejsza.

U nas rozmowy o przedszkolu trwały kilka miesięcy. Od totalnego zaprzeczania: „Nie chcę iść do przedszkola” aż po „Mnie też pani zawoła na obiad i pomoże się ubrać, jeśli będę mieć problem, bo CIEBIE TAM NIE BĘDZIE.”. Usłyszałam to zdanie chyba w połowie sierpnia, kiedy już myślałam, że naprawdę Mały S. nie jest jeszcze gotów na przygodę z przedszkolem i trzeba będzie zwolnić nasze miejsce. Byłam w ciężkim szoku. Nie mogłam w to uwierzyć: przeszliśmy mentalną granicę. Wow!

Po trzecie przygotowanie serca

serce w dłoniTo najtrudniejsze. Trzeba rozmawiać z dzieckiem o rozstaniu, ale zapewniać je o swojej miłości.

„Zostaniesz w przedszkolu, ale ja po Ciebie ZAWSZE wrócę. Kocham Cię bardzo. A jeśli Twoje serduszko będzie smutne, to tu jest moje zdjęcie, z którego na Ciebie spoglądam. Wyjmij je z kieszonki, przytul na chwilę do serduszka, a potem brykaj do zabawy!”

Dasz radę, damy radę.

Tak, tak. Ja też dam radę. Wzruszam się, kiedy widzę jak mój synek, mój Mały S. bierze „byka za rogi”, pakuje do kieszonki moje zdjęcie, zabiera pod pachę tygrysa i rusza na podbój przedszkolnego świata. Nie jest mu łatwo, nie czuje się tam jeszcze pewnie, ale idzie. Powiedział dziś rano: „A Ty po mnie przyjdziesz po obiedzie.”, wstał, ubrał buty i poszedł z tatą. Z tatą, bo mamine serce mogłoby zapłakać z dzieckiem. Tak jest nam łatwiej. A już za ok. 1,5 godziny przywitamy się z radością i usłyszę o nowych przedszkolnych doświadczeniach. Nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że będą pozytywne.

 

Tak naprawdę nie da się przewidzieć, jak zareaguje nasze dziecko na przedszkole. Nawet, jeśli pójście tam było jego marzeniem i czekało z niecierpliwością na ten dzień, to może stanąć w drzwiach i się wycofać. Może powiedzieć, że jednak nie chce. Może chcieć zostać, ale tylko z Wami. Może…. tu powstaje w mojej głowie niezliczona ilość scenariuszy. Każdemu wyobraźnia lub życie podpowie inne. Dlatego przygotowanie jest takie ważne. Pamietajmy nie tylko o tym rzeczowym (szczoteczki, kubki, kredki, bloki, ubrania, itp.), które w większości placówek jeszcze trawa, ale zwróćmy szczególną uwagę na przygotowanie umysłu i serca. Swojego i dziecięcego.

Pozdrawiam!

Do mam, których serca płaczą z dziećmi!

Wczoraj internet zalała fala zdjęć przedszkolaków oraz statusów i komentarzy rodziców, których dzieci obróciły się na pięcie i pobiegły do swoich sal, nawet zapominając pomachać bliskim. A co z tymi, którzy mają trudności w adaptacji? Co z tymi, dla których słowo „przedszkole” jest nowe, a co za tym idzie nieznane? Co z dziećmi płaczącymi i smutnymi, co z ich rodzicami, których serce ściska się z bólu na widok płaczącego szkraba?

Dziś drugi września. Drugi dzień roku szkolnego. Nie jest to jednak dla mnie zwykły rok szkolny, ponieważ tym razem moje dziecko po raz pierwszy stanęło u wrót naszego polskiego systemu edukacji. Słowo „przedszkole”odmienia się od kilku miesięcy przez wszystkie możliwe przypadki. Dlaczego? Ponieważ to WIELKIE WYDARZENIE nie tylko w życiu Małego S., ale także w życiu całej naszej rodziny.

Podczas pobytu Małego S. w przedszkolu wciąż o nim myślę i nie wstydzę się tego. To normalne, droga mamo! Jeśli też tak masz, to nie martw się – jesteś normalną mamą, która troszczy się o swoje dziecko i chce dla niego jak najlepiej.

Przedszkole i poturbowane serce

Po wczorajszej rzece radosnych postów na blogach, statusów i zdjęć na portalach społecznościowych, poczułam się po prostu poturbowana i postanowiłam napisać do tych wszystkich mam, które tak jak ja pożegnały swoje dzieci, choć było to dla nich trudne, do tych wszystkich mam, których dzieci wczoraj płakały z tęsknoty, do tych wszystkich mam, które na widok zapłakanej buzi swojego skarba, też miały „świeczki” w oczach.

I nie, nie powiem Wam: „nie przejmujcie się”. Nie powiem „machnijcie ręką”. Nie powiem „To tylko przedszkole, w szkole to dopiero będzie bal.”.

Nie powiem, ponieważ wiem, jakie to trudne i wiem, że to bardzo ważne, jak będzie przebiegał proces adaptacji dziecka w przedszkolu.

Powiem Wam raczej: zapewnijcie swoje dziecko o miłości do niego. Przytulcie mocno. Dajcie mu swoje zdjęcie, by kiedy zrobi mu się smutno, mogło na nie popatrzeć. W ten sposób jakby przy nim będziecie. Umówcie się, o której wrócicie i na pewno bądźcie o umówionej porze (oczywiście takiej, by dziecko mogło określić, kiedy to się stanie: przed obiadem, po obiedzie, przed spaniem, po podwieczorku, itp.).

Przedszkole, smutek i płacz

Powiem też, by pozwolić dziecku na smutek i płacz. „Nie płacz”, to taki komunikat, który nawet wyrażony z troską, może sugerować, by schować swoje emocje, a tego przecież nie chcemy. Otwarcie wyrażajmy swoje emocje i o nich mówmy oraz uczmy tego nasze dzieci: „Jesteś smutny?”, „Potrzebujesz się przytulić?”, „Masz ochotę posiedzieć chwilę z boku?”, „Może potrzymam cię za rękę?”.

Jeśli dziecko jest smutne, to zapytajmy dlaczego. Może uda się temu zaradzić? Moje dziecko płakało w przedszkolu. Wczoraj zaczęło po śniadaniu i o 11.00, kiedy po niego przyszłam łzy płynęły mu po policzkach, bo tęskniło. Miś nie pomógł. Mały S. chciał do mamy. I skoro moje serce rozsypało się w tym momencie na tysiąc kawałków, to w ilu musiało być to małe zasmucone serduszko mojego Szkraba? Zaproponowałam mu swoje zdjęcie. Zabrał je dziś z rana do kieszonki i znów odważnie wyruszył na spotkanie przygody.

Przed drzwiami grupy Zajączków jednak był odwrót. Nie ma mowy, żeby tam wszedł. On chce do Kotków…. temat wałkowany u nas od tygodnia. Nie pasuje mu ta sala oraz nazwa grupy i koniec. Już na dniach otwartych nie chciał być w tej sali i udaliśmy się do innej. Na szczęście w grupie kotków zwolniło się miejsce. Moje dziecko zostało upragnionym kotkiem i było już spokojniejsze. Zostało w przedszkolu w grupie Kotków z moim zdjęciem.

Ale czy to wystarczy?

To jeszcze nie koniec adaptacji. Jeszcze daleka droga przed nami, ale są postępy.

Mały S. dziś znów płakał, tulił się do mojego zdjęcia, nie chciał siedzieć w kole odczas zajęć, wolał pod biurkiem… Pewno obserwował stamtąd, co robią inne dzieci i pani. Jednak przyszedł moment, kiedy się uspokoił i zaczął bawić wybranym autem. Zjadł samodzielnie obiad, włącznie z warzywami: „Mamo, zjadłem surówkę!”.  😉 Powitał mnie uśmiechem i bez śladu łez na twarzy. To nastraja mnie pozytywnie i rośnie we mnie nadzieja na kolejne, spokojne i radosne dni. 🙂 No i już widzę pierwszy plus z pobytu dziecka w przedszkolu – zjadł surówkę z marchewki oraz rybę

Oczywiście rozmawiałam ze swoim Synkiem o jego uczuciach i obserwacjach. Powiedział, że płakał, bo chciałby być w przedszkolu z mamą. Powiedział też, że w końcu wyjdzie spod biurka. 🙂

Czy płacz dziecka oznacza, że źle przygotowałam go do roli przedszkolaka?

Nie! Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Jeśli tak uważasz, droga mamo, to wiedz, że tak nie jest. Dziecko płacze, ponieważ boi się nieznanego. Potem płacze, ponieważ już wie, co go czeka. Jakkolwiek to brzmi, tak jest. Dzieci boją się różnych rzeczy – braku bliskiego opiekuna, tego, że nie poradzi sobie w toalecie, że inne dzieci będą zabierać mu zabawki, że dostanie inny kolor krzesełka… Powodów może być milion i tylko my, rodzice, we współpracy z paniami wychowawczyniami możemy pomóc im oswoić te lęki.

Droga mamo! Nie czuj się winna z powodu płaczu Twojego dziecka w przedszkolu. Ja też chciałabym, by moje dziecko radośnie szło do swojej grupy, ale jeszcze potrzebuje się oswajać z tą sytuacją. Dajmy sobie czas. Rozmawiajmy, tłumaczmy i wspierajmy się nawzajem. Początki są trudne, ale dla nas oraz naszych dzieci zaświeci jeszcze słońce. Przedszkole to wyzwanie, z którym się zmierzymy.

Chwalić czy ganić – co jest lepsze?

Każdy z nas chciałby wychować dziecko o adekwatnym poczuciu własnej wartości, prawda? Każdemu marzy się, żeby jego szkrab znał swoje mocne i słabe strony; by wiedział, na co go stać – kiedy może dać z siebie jeszcze trochę, by coś osiągnąć, a kiedy odpuścić, bo coś jest jeszcze ponad jego siły. Każdy chciałby mieć dziecko szczęśliwe i radosne, a nie sfrustrowane niepowodzeniami. Czy jest na to jakaś metoda? Co bardziej pomoże dziecku – chwalenie czy ganienie? A może jedno i drugie? Co robić – chwalić czy ganić?

Chwalić?

Dziecko od pierwszych dni życia, kiedy zrobi COKOLWIEK, najczęściej słyszy: „brawo”, „wspaniale”, „super”, „świetnie”, do tego często dochodzą oklaski osób z najbliższego otoczenia. Jest to tak oczywiste, że nawet, kiedy moje dziecko otrzepywało sobie kiedyś ręce po jedzeniu jedną o drugą, usłyszałam: „Patrzcie, jak fajnie, bije sobie brawo, bo zjadł.”. Nie, nie bił sobie brawo, nie przyszłoby to nam w ogóle do głowy. Otrzepywał ręce, do których coś się przykeiło. Tyle.

Dlaczego napisałam, że nie przyszłoby nam to do głowy?
Kiedyś przydarzyła się w naszej rodzinie taka sytuacja: babcia zajmowała się dzieckiem i poczuła potrzebę pójścia do toalety. Wyjaśniła to wnuczkowi i udała się do łazienki, który postanowił poczekać na nią pod drzwiami. W pewnym momencie chłopczyk wtedy ok. dwuletni usłyszał dźwięk spuszczanej wody i zaczął bić brawo wołając „Brawo, Baba siku!”. Babcia chłopca opowiadając nam to zdarzenie oczywiście śmiała się, bo cała sytuacja była zabawna. nie mniej jednak powiedziała też, że poczuła się… jak upośledzona, bo przecież dla niej jest to zupełnie naturalna i normalna sytuacja, nie potrzebuje, nie chce, by ktoś za czynność fizjologiczną i samoobsługową nagradzał ją oklaskami.

Właśnie dlatego nie przyszłoby nam do głowy, by bić Małemu S. brawo, ponieważ coś zjadł. Zjadł, bo potrzebował zaspokoić głód, zjadł, bo jest to naturalna czynność, którą wykonuje tak samo jak pozostali członkowie rodziny, z którymi siada do stołu. Nie bijemy sobie braw za zjedzony posiłek, więc dziecku też darujmy tę „przyjemność”. To wcale nie jest tak, że dzieci oczekują pochwał.

Dzieci potrzebują naszej UWAGI.

Nasza uwaga, czyli spojrzenie w ich stronę. Nie zajmowanie się kilkoma innymi rzeczami na raz, ale chwila, kiedy dziecko czuje, że JESTEŚMY TU I TERAZ razem z nim. Ten moment, kiedy dziecko wie, że może poprosić o pomoc, jeśli będzie jej potrzebować. Uwaga jest ważniejsza niż pochwała, o której po pierwsze szybko się zapomina, zwłaszcza, jeśli była wyrażona jednym słowem, typu „świetnie”, „super” i brawo”, po drugie dlatego, że pochwała często paradoksalnie powoduje zaprzestanie wysiłku. Dlaczego? Dlatego, że skoro już jest świetnie, to po co dalej się starać? Po trzecie dlatego, że pochwała wyrażona w trakcie wykonywania czynności rozprasza i może spowodować niepowodzenie. Kolejny paradoks? Otóż wyobraź sobie, że układasz wieżę z kart, masz już 15 rzędów. W tym momencie ktoś wchodzi  i zaczyna coś do Ciebie mówić, Tobie ręka zadrżała i… jedna źle położona karta, całość się rozsypuje. Podobnie działa to u dzieci przy najprostszych czynnościach – podnoszeniu kubka z wodą, wkładaniu łyżeczki z zupą do ust, układaniu wieży z klocków, nauce chodzenia, etc.

Hm… Ganić?

„Źle to masz.”, „Co to robisz?”, „Nic z tego nie będzie.”, „Co z ciebie wyrośnie?”, „Jak to wygląda?”…
Brrr…! I tym sposobem podcinamy skrzydła.
„Źle to mam, czyli ja też jestem zły, a może nawet beznadziejny?” Dzieci często myślą o sobie w takich kategoriach, w jakich mówi się o ich pracy, uogólniają.
„Nic z tego nie będzie? To cała praca jest bez sensu, niepotrzebnie się męczyłem, nie ma w tym nic dobrego.” A czy aby na pewno? Może jednak dziecko zaczęło dobrze, wystarczy znaleźć moment, w którym nastąpił błąd, poprawić i kontynuować razem z pomocą rodzica tak, by skończyło się dobrze? A może coś nie wyszło, ale dziecko czegoś się nauczyło?
„Jak to wygląda? No jak, mamo / tato / babciu / wujku? Powiedz mi, o co konkretnie chodzi, bo nie rozumiem.”

Ganienie, słowne reprymendy niewiele dają, zwłaszcza jeśli są tak ogólne, ale bynajmniej nie namawiam do „ganienia szczegółoweemot smuuugo”! Chodzi mi o to, że takie negatywne komunikaty wzbudzą w dziecku jedynie poczucie winy, często nieadekwatne do jakiegoś wydarzenia, spowodują, że dziecko NIE BĘDZIE CHCIAŁO KONTYNUOWAĆ CZYNNOŚCI lub PODEJMOWAĆ KOLEJNYCH PRÓB ZROBIENIA CZEGOŚ, ponieważ będzie bało się porażki lub negatywnej reakcji opiekuna. Jednym słowem, lepiej robić nic, niż narazić się na zganienie.

Chwalić czy ganić?

Ani chwalić, ani ganić. Co zatem robić? po pierwsze mówić, co widzisz. Opisywać rzeczywisty stan rzeczy.

Zamiast „Brawo!” na widok trzech klocków postawionych jeden na drugim, powiedz: „O! WIDZĘ, że wybudowałeś wieżę.” lub „Widzę, że potrafisz wybudować wieżę z klocków.”

Zamiast „Świetnie!” na widok pustego talerza po obiedzie, możesz powiedzieć „Widzę pusty talerz. Czy smakowało ci jedzonko?” lub „Cieszę się, że zjadłeś tyle, ile twój brzuszek potrzebował.” To ważne, żeby dzieci jadły tyle, ile potrzebują, bo one to wiedzą, tylko dorosłym wciąż się wydaje, że powinny więcej, ale to temat na oddzielny post, więc pozwólcie, że zajmę się tą kwestią innym razem.

Zamiast „Źle to masz.”, można powiedzieć „Widzę, że coś Ci nie wyszło, czy potrzebujesz pomocy, żeby to naprawić?”
Zamiast „Jak to wygląda?”, możesz powiedzieć „Popatrz, ubrudziłeś to i to, więc trzeba to posprzątać. Chodź, pójdziemy po szmatkę i powycieramy.”

Oczywiście, treść komunikatu i zakres pomocy trzeba dostosować do wieku dziecka i jego możliwości. Nie mniej jednak ważne jest to, że już najmniejsze dzieci mogą pomóc posprzątać, czy naprawić drobne usterki, na tyle, na ile pozwalają im aktualne możliwości. My, dorośli najwyżej potem trochę tę pomoc udoskonalimy z dzieckiem lub bez, znów w zależności od potrzeb.

Mówię, co widzę, buduję relację!

emotAni chwalić, ani ganić. Mówmy wprost: co widzimy. Na pewno zostanie to lepiej zrozumiane i lepiej zapamiętane. To po pierwsze. Po drugie: do tego, co mówimy, dołączmy też informacje o swoich uczuciach: „Cieszę się, kiedy….”, „Lubię, kiedy…”, „Podoba mi się, że…”, „Jest mi smutno, kiedy…”, „Denerwuję się, gdy….”. To nie jest prawda, że trzeba chować przed dzieckiem swoje emocje, że trzeba zawsze być spokojnym i opanowanym. Bo jeśli dziecko nie będzie widziało naszych emocji, to jak nauczy się konstruktywnie radzić ze swoimi? Poza tym, często w ramach „opanowywania się”, jezyk dorosłych staje się ostry jak brzytwa, bo na niego przenosimy tłumione emocje i wtedy dziecko słyszy jakieś słowa, których później żałujemy. Zamiast tego, lepiej powiedzieć dziecku: „Proszę, zostaw teraz tę patelnię i tłuczek. Denerwują mnie te dźwięki. Może zamiast tego zrobimy to i to?”. Dziecko dostaje informację o uczuciach rodzica, dowiaduje się, że rodzic nie chce słyszeć podwórkowej perkusji, ale też otrzymuje propozycję zrobienia czegoś w zamian. Oczywiście, nie musi się zgodzić od razu na pierwszą propozycję, ale jestem przekonana, że uda się w końcu tym sposobem znaleźć jakieś inne wyjście. Bez ranienia uczuć każdej ze stron, bez wojny domowej.

A wracając do początku posta – ani chwalić, ani ganić. Po prostu mówić, co widzisz oraz opisywać swoje uczucia. Ten sposób komunikacji, to nic innego jak budowanie adekwatnego poczucia własnej wartości u dziecka, które dzięki komunikatom typu „Widzę, że potrafisz…”, otrzymuje cenną wiedzę o swoich umiejętnościach. To inwestycja w jego przyszłość. A właściwie we wspólną przysżłość, bo od dzisiejszych relacji zależy to, jak będą one wyglądały w przyszłości. 🙂

Pozdrawiam!

 

P.S. Z mężami i żonami też można tak rozmawiać – dobrze robi związkom 🙂

Podstępne Hashimoto

Kidy rozpoczynałam swoją przygodę z blogowaniem, założyłam że będę pisać w dwóch kategoriach tematycznych. Obie wywróciły mój świat do góry nogami i zmieniły podejście do życia. Mam na myśli po pierwsze macierzyństwo, o którym sporo w każdym wpisie, ale także chorobę Hashimoto. Wszystko razem splata się we wpisach dotyczących diety. O Hashi do tej pory wspomniałam chyba tylko raz we wpisie powitalnym tutaj <klik>. Stąd też dziś kilka słów o tej podstępnej i nieprzewidywalnej chorobie, na którą cierpi coraz więcej osób, zwłaszcza kobiet.

 

Co to jest choroba Hashimoto?

Choroba Hashimoto to przewlekłe autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Oznacza to, że z obecnego, medycznego punktu widzenia jest nieuleczalne, czyli będzie z nami do końca życia i tylko od indywidulanych cech organizmu, doboru odpowiedniej diety, poziomu stresu i odpowiedniej ilości snu zależy to, czy będziemy z nim funkcjonować normalnie, czy zawładnie naszym umysłem, emocjami, układem trawiennym, wyglądem skóry i sylwetki, kwestiami związanymi z płodnością…. Wszystkimi sferami życia.

Celowo zaznaczam „obecne, medyczne podejście”. Wygląda ono mniej więcej tak: wchodzisz do gabinetu endo, lekarz patrzy na wyniki badań (TSH, fT3, fT4, antyTPO, antyTG, wynik USG tarczycy), kiwa głową i obwieszcza, że to choroba Hashimoto, ale nie ma się co przejmować, bo to takie typowe i powszechne schorzenie, a leczenie jest proste, bo wystarczy codziennie po przebudzeniu, pół godziny przed posiłkiem połknąć tabletkę i dwa razy w roku kontrolować wyniki badań. Tia… a świnki latają.

Właśnie takie słowa usłyszałam od lekarza w połowie 2013 roku. Pomyślałam, że skoro to typowe, powszechne i proste w leczeniu, to luz. Biorę tabletki i działam dalej. Przecież jeden lekarz skierował mnie do drugiego, ten drugi się zna, na tym, co robi. Więc będzie dobrze, nie może być inaczej. Nic przecież się nie dzieje.

 

Zmęczenie? Nie, to atak Hashimoto!

Lekarz postawił diagnozę, ja karnie łykałam przed śniadaniem tabletki. W międzyczasie zostałam mamą. Po porodzie oczywiście skontrolowałam wyniki tarczycowe, skonsultowałam z lekarzem i żyłam sobie spokojnie dalej… Hm… czy aby na pewno spokojnie? Coraz wolniej, coraz bardziej zmęczona, z ciężkimi powiekami, senna przez cały dzień, słaba, płaczliwa, smutna, bez uśmiechu, bez dawnej energii, z coraz mniejszym zasobem słów w rozmowie, z zapominaniem, ciężkim kojarzeniem, ciężko było mi zrobić COKOLWIEK. Zmuszałam się do wszystkiego… Aaaa….! Ratunku! To nie ja!!! Co się dzieje? Tłumaczyłam sobie wszystko niewyspaniem z powodu nocnych pobudek i wstawania do dziecka oraz rutyną dnia codziennego.

Nie pamiętam już, co mnie skłoniło do kolejnego powtórzenia badań tarczycowych, ale jak zobaczyłam wyniki, o mało się nie przewróciłam. TSH miałam w oklicach 28, kiedy w przypadku kobiet w okresie rozrodczym powinno wynosić. ok. 1!!! Biegiem do lekarza, oczywiście syntetyczny hormon tarczycy na receptę od razu, kategoryczny zakaz kolejnej ciąży, ponieważ byłoby to bardzo niebezpieczne dla dzidziusia… Nie wiadomo było, ile potrwa ustawienie hormonów. Załamka.

I wiecie co? Po jednej. Powtórzę: PO JEDNEJ tabletce odczułam poprawę – przypływ energii, łatwiejsza pobudka. Byłam w szoku. Kiedy po kilku tygodniach rozmawiałam z lekarzem, powiedział mi, że wcale go to nie dziwi, ponieważ to była duża niewydolność tarczycy. Okazało się, że tak malutki organ w moim ciele potrafi narobić tyle problemów.

Dlatego będę pisać o mojej walce z tą chorobą, która nie raz mnie zaskoczyła, ale też wiele nauczyła – o mnie samej, o moim organizmie, o różnych rodzajach diet, o zdrowym jedzeniu, o suplementach, o badaniach medycznych i ich wynikach, a także szukania odpowiedzi i zadawania pytań.

Jeśli zatem masz co najmniej kilka z objawów, które wymieniam poniżej, nie czekaj, idź do laboratorium i zrób badania. Tanie nie są, ale tylko komplet wyników może pokazać, czy jest Hashi, czy go nie ma. Czasem jest tak, że wyniki jeszcze są w normie laboratoryjnej, ale na obrazie USG już widać objawy choroby. I odwrotnie – wyniki pokazują chorobę, a tarczyca wygląda „podejrzanie zdrowo”. Sama słyszałam to w czerwcu tego roku, ale akurat mnie to ucieszyło, bo podejrzewam, że to efekt mojej diety i zażywania odpowiednich suplementów. 😉 O tym jednak w kolejnych postach, a tymczasem…

 

Niepokojące objawy:

  • senność i problemy z porannym wstawaniem lub odwrotnie, czyli bezsenność,
  • tzw. „mgła mózgowa” (brain fog), czyli problemy z kojarzeniem, zapominanie się, brak słów, utrata towarzyskiej „błyskotliwości”,
  • ciągłe uczucie zmęczenia,
  • bóle mięśni,
  • częste uczucie zimna,
  • częste migreny i bóle głowy,
  • bóle w klatce piersiowej – nagłe, zaskakujące, na chwilę,
  • niskie ciśnienie krwi,
  • problemy z wzięciem głębszego oddechu, częste zadyszki,
  • nieregularne miesiączkowanie u kobiet,
  • zbyt obfite lub skąpe, a nawet zanikające miesiączki,
  • problemy z zajściem i utrzymaniem ciąży,
  • uporczywy łupież,
  • wypadanie włosów,
  • słabe i łamliwe paznokcie,
  • trądzik,
  • sucha skóra,
  • bóle stawów,
  • tycie, pomimo dobrych nawyków żywieniowych i dużej ilości ruchu,
  • obrzęki – twarzy, powiek, stóp,
  • depresja,
  • duża zmienność nastrojów,
  • zaparcia lub biegunki,
  • nadmierna potliwość,
  • problemy z cholesterolem
  • podatność na przeziębienia…

Dlatego choroba Hashimoto jest podstępna – rzadko powyższe objawy kojarzymy z tarczycą. Chodzimy z nimi do kardiologa, psychologa, dermatologa, ginekologa, tłumaczymy zmęczeniem, przepracowaniem, nadmiarem obowiązków lub „urodą” swojego organizmu, a tymczasem okazuje się, że to objawy związane z nieprawidłową pracą tarczycy.

Dodam tylko, że przebieg Hashimoto jest różny i nie ma jednej jedynej metody wspierania organizmu w przebiegu tej choroby. Trzeba czasu i cierpliwości, żeby zaakceptować pewne objawy, a potem spróbować się z nimi rozprawić. Choroba autoimmunologiczna oznacza, że sam organizm wystąpił przeciwko sobie i zaczyna walczyć z sobą samym. Zwariował z jakiegoś powodu i trzeba pomóc mu wrócić na właściwą drogę – chronienia siebie i atakowania zewnętrznych wrogów. Dopóki będzie atakował siebie, nie będzie miał już dodatkowych sił, by walczyć z prawdziwymi drobnoustrojami chorobotwórczymi, stąd na przykład częste i przewlekłe przeziębienia u osób z Hashi. Nie jest to łatwe, ale da się to zrobić. Jestem tego żywym przykładem. Da się i warto. Dla siebie i swoich bliskich.

 

Kto tu jeszcze walczy tak jak ja i chce podzielić się swoją historią? Zapraszam do komentowania i mailowania.

Pozdrawiam!

 

Nietykalność osobista

Wyobraźmy sobie taką sytuację:
Siedzisz sobie na kanapie i przeglądasz album ze zdjęciami. Przychodzi do domu ktoś, kogo widziałaś/-eś kilka razy w życiu. Twarz kojarzysz, ale nie jesteś do końca pewna/-y, skąd. Wchodzi do pokoju, od razu do Ciebie podchodzi i – co więcej! – zaczyna głaskać po buzi, łaskotać po brzuchu, próbuje przytulić, a nawet wziąć na ręce… Aaaaa….! Ratunku! Ja mam dość tej wizji, nie wiem, jak Wy?

Powyższy opis to być może wizyta znajomych. Naszych znajomych, którzy pewno lubią dzieci. 😉 Fajnie, ale czy te dzieci chcą AŻ takiej bliskości z ich strony? Czy nie mają nic przeciwko? Czy mają na nią ochotę w tym momencie?

Chciałam dziś zwrócić uwagę na problem nietykalności osobistej i strefy intymności, do której prawo ma każdy i sam wyznacza jej granice. Niestety, dorośli często przekraczają granice nietykalności osobistej dzieci wbrew ich woli. I wcale nie mam na myśli bicia, szarpania, czy krzyku. Tu w ogóle nie ma o tym mowy, ponieważ przemocy wyraźnie mówię: „NIE!”.

Strefa intymności, to odległość, na którą dopuszczamy do siebie ludzi. Jest różna u różnych osób (niektórzy zawsze stają blisko rozmówcy, a inni daleko, ze skrzyżowanymi rękami lub wręcz lubią się odgrodzić stolikiem) i jest różna dla różnych osób z naszego otoczenia (dla osób z rodziny na pewno będzie mniejsza niż dla znajomych, a dla sąsiada czy listonosza, z którymi jedynie sporadycznie zamieniamy kilka słów przy bramce będzie prawdopodobnie największa).

I znów – nie zarzucam nikomu złej woli. Chcę zwrócić uwagę na fakt, że wiele osób podchodzi do dzieci, dotyka je, głaszcze, chce wziąć lub bierze na ręce, a one niekoniecznie mają na to ochotę. Rzecz tyczy się zwłaszcza najmniejszych dzieci, czyli niemowląt, ale także przedszkolaków.

Nie raz widziałam jak ktoś (w swoim rozumieniu zabawy) próbuje łaskotać dziecko, a ono, przez wymuszony drażnieniem zakończeń nerwowych śmiech, mówi: „Nie, nie, nie!”. Dorosły się bawi, a dziecko ni z tego, ni z owego go odpycha lub uderza. To nie jego zła wola, chęć dokuczenia, to nie żadna „niegrzeczność”. To jest obrona! Jak dziecko ma inaczej się obronić przed „atakiem” dorosłego, skoro słowna obrona nie zadziałała? Sytuację sprowokował dorosły przekraczając granice dziecka, o czym ono go informowało swoim „Nie!”.

Piszę ten post, ponieważ tak jak dorośli mają różną strefę intymną i jedni witają się jedynie przez „cześć” czy „dzień dobry”, inni przez podanie ręki, kolejni przez buziaka w policzek, a jeszcze inni przytulasem, tak dzieci różne osoby dopuszczają na inną odległość i uszanujmy to. To, że dziecko nie daje się komuś wziąć na ręce lub nie wchodzi mu samo na kolana, nie oznacza, że go nie lubi albo jest złym człowiekiem. Być może potrzebuje się oswoić, poznać, przypomnieć, przyjrzeć. A i tak może się okazać, że na zabawy z łaskotkami nie zasłużymy. 😛 To, co dla dorosłych często jest niewinną zabawą (mam tu na myśli przytulanie, noszenie, łaskotanie, robienie konika na kolanach), małe dziecko może po prostu „boleć”, bo narusza jego nietykalność osobistą, przekaracza granice, do których dopuszcza jakąś osobę.

Jakoś utarło się, że dzieci lubią być brane na ręce przez wszystkich, łaskotane, noszone, podrzucane, itp. Natomiast, zobaczyłam to wyraźnie mając swoje malutkie dziecko, że po pierwsze wcale tak nie jest, po drugie ludzie nie biorą na poważnie dziecięcego sprzeciwu i często w jego imieniu trzeba wyraźnie dać komuś do zrozumienia, że dziecko tego nie chce. To, że ono JESZCZE nie płacze, wcale nie oznacza, że mu pobyt na rękach innej osoby pasuje. Jeśli widzimy strach w oczach, jeśli dziecko wyciąga do nas ręce, to nie pozwólmy, by ktoś usilnie zatrzymywał je u siebie tylko dla zaspokojenia swoich ambicji. „Nie.” oznacza „Nie.”. Bądźmy konsekwentni w tym wypadku, a będzie to ogromny krok w budowaniu dziecięcej ufności w to, że zawsze może mieć w nas oparcie.

Tak jak nie zaczynamy łaskotać znajomych, przynajmniej na początku wizyty 😉 , tak nie róbmy tego dzieciom, jeśli nie otrzymamy od nich wyraźnego sygnału, że mają ochotę na taką zabawę i to je cieszy. I nie bójmy się zareagować, kiedy sytuacja tego wymaga. Nie bójmy się powiedzieć znajomym i rodzinie, żeby nie postępowali w ten sposób wobec naszego dziecka. W końcu ono i jego dobro powinno być dla nas ważniejsze niż jakakolwiek, nawet kąśliwa uwaga pod naszym adresem.

To pisałam ja – matka dziecka, które nie lubi dotykania przez innych i często musiała reagować. Nieraz komuś fizycznie dało do zrozumienia, że ma go przestać łaskotać, jeśli słowny komunikat nie zadziałał. Kiedyś, stając w jego obronie usłyszałam nawet, że mam nie być taka zaborcza. 😛 A teraz najczęściej mały S. radzi sobie już sam. 🙂

POZDRAWIAM!

O tresowaniu dzieci

Brzmi strasznie, prawda? To będzie post oburzenia w związku z powyższym tytułem. Sprawa moim zdaniem głównie dotyczy dzieci w wieku przedszkolnym, ale nie tylko.

Przykłady?
Wchodzę do grupy przedszkolnej, w której mam prowadzić zajęcia. Podbiega do mnie chmara dzieci i jedno przez drugie pyta:
– Proszę Pani, a będą pieczątki? Czy są dziś pieczątki?

Ja się zastanawiam, skąd taki pomysł, o co im chodzi? Przecież ja NIGDY nie daję dzieciom pieczątek ani innych pseudomotywatorów. Owszem, ja nie, ale inni dają. Dzieci więc zamiast powitania pytają o pieczątki. Powiedziłam, że przecież ja nie daję i na tym temat się skończył. To był pierwszy i ostatni raz.
Celowo nazywam je pseudomotywatorami, dlatego że wcale nie motywują wewnętrznie, tylko zewnętrznie: jest nagroda, czyli warto coś robić, nie ma nagrody, czyli praca i wysiłek nie mają sensu. Owszem – miałabym wtedy możliwość przekupstwa czy też szantażu: „śpiewaj z nami, to dostaniesz naklejkę”. Niestety, wiem z autopsji, że najczęściej dzieci słyszą „… bo nie dostaniesz”.

Na dłuższą metę takie drobne motywatory jak pieczątki na rękach, naklejki na ubraniu, cukierki, uśmiechnięta buzia na tablicy „motywacyjnej” mogą tylko zaszkodzić. To są normalne metody tresury: „Dobry piesek, usiadłeś, masz ciasteczko.”. Brzmi strasznie, prawda? A śmiem twierdzić, że ogromna większość rodziców, być może nie do końca świadomie, takie metody stosuje wobec własnych dzieci, a w placówkach oświatowych są one nagminne.

Dlaczego o tym piszę?

Po pierwsze dlatego, że chcę, aby dzieci brały udział w moich zajęciach dlatego, że im się podobają, są ciekawe, dają im radość, poczucie bezpieczeństwa i rozwoju. Nie dlatego, że dam im pieczątkę albo nie pójdą na plac zabaw za złe zachowanie. Uważam, że jako pedagog powinnam zrobić, co się da, by dotrzeć do dzieci, z którymi pracuję. I moim marzeniem jest, żeby każdy pedagog, który zetknie się z moim dzieckiem w przyszłości też myślał w ten sposób.

Po drugie dlatego, że tablice motywacyjne rozprzestrzeniły się już ze szkół i zamieszkały także w domach wielu dzieci, a rodzice z nich korzystają bez refleksji. Na przykład dając buźki na koniec dnia za „grzeczność”.
A co to znaczy „grzeczny”, ja pytam? Chętnie poznam definicję, bo jest to określenie, którego używa się na prawo i lewo. Tylko jest jeden problem – dzieci nie wiedzą, co się pod nim kryje. Serio. Były nawet takie badania. Pytano dzieci w wieku przedszkolnym „Jaki jesteś?”. Większośc odpowiadała „Grzeczna/-y” lub wprost przeciwnie „Niegrzeczna/-y”. Ale już te same dzieci zapytane o znaczenie tego słowa, w ogóle nie umiały go wyjśnić.
Ja sobie myślę, że dla większości dorosłch „grzeczny” oznacza „robiący, to co ja chcę”, ale to nie jest dobre, bo jeśli dziecko zawsze będzie robić to, co chce dorosły, to nie nauczy się sztuki rozmowy, negocjacji, nie pozna granic swoich i innych oraz norm kulturowych. Socjalizacja zdechnie na samym początku.

Po trzecie dlatego, żeby po raz kolejny zastanowić się nad relacją dorosły – dziecko. Kiedy pokłócisz się z mężem, nie stawiasz go do kąta, żeby przemyślał swoje zachowanie lub się wyciszył. Dziecko odesłane do kąta otrzymuje informację „Jesteś sam ze swoimi emocjami, ja ich nie akceptuję.” Tym samym uczy się, że pewne emocje są złe. A to nie jest prawda. Emocja to informacja o tym, co się ze mną dzieje. Dziecko samo czasem ma problem z jej identyfikacją, dlatego należy mu w tym pomóc, na przykład zadając dodatkowe pytania: „Zezłościłeś się?, „Zdenerwowała Cię ta sytuacja?”, itp. Odesłanie do kąta dziecka, to jak wyrzucenie za drzwi kota, który nabroił. Dosadne, wiem. Taka jest prawda.

Po czwarte dlatego, że przychodzi do mnie na świetlicę cudowny 4-latek. Uprzejmy, miły, współpracujący ze mną oraz starszymi uczestnikami zajęć. Potrafiący powiedzieć, co chce oraz co mu nie odpowiada. Doskonale stosuje się do norm grupowych, które zasymilował bez najmniejszego problemu po prostu uczestnicząc w zajęciach – bez kontraktów, rozmów. Potrafi skupić się na zadaniu przy stoliku, popatrzy jak starsi grają na komputerach, dziarsko bierze udział w zawodach sportowych. Jest samodzielny. I wiecie co? Wracał z przedszkola opieczętowany na czarno… Codziennie. Nie wiem, czy to były serca, czy inne „kwiatki”, ale wyobrażacie sobie, że za potyczkę słowną z sąsiadem lub niewykonanie jakiegoś obowiązku domowego ktoś tatuuje nam na ręce hasło „pieniacz” albo „leń”. Co musi czuć takie małe dziecko, kiedy ktoś bierze jego rękę i przybija mu taki „stygmat” w obecności pozostałych dzieci z grupy?
W przytoczonej sytuacji, która ścisnęła mnie za serce coś było nie tak i trzeba by znaleźć przyczynę problemu. Na pewno głębiej wszystko przeanalizować, ale…. jak można??? Jak moża robić dziecku coś takiego??? Ja bym nie mogła.
Na szczęście mądra mama po prostu zabrała chłopczyka z tej placówki. Dzięki Bogu, że miała taką możliwość. Nadmienię tylko, że działo się to w drugim roku jego pobytu w placówce oświatowo – wychowawczej. Pierwszy był bez zarzutu. A teraz „najlepsze: dziecko rzekomo nic sobie z tych pieczątek nie robiło. Nie, w ogóle: moczyło się, stawało się głuche na mówiące do niego panie. Rzeczywiście „nic”. Mam nadzieję, że to tegoroczne niepowodzenie nie będzie rzutować na przyszłość jego edukacji oraz zaufanie do dorosłych.

Dlatego gorąco apeluję! Nie tresujcie dzieci! I nie zgadzajcie się, by tego typu praktyki były wobec nich stosowane w przedszkolach i szkołach. To naprawdę nie działa! Jak mawiał klasyk, Janusz Korczak: „Nie ma dzieci, są ludzie.”. Jeśli kiedyś przyjdzie Wam do głowy kąt, pieczątka, tablica motywacyjna, to zastanówcie się, czy wobec siebie lub innego dorosłego też byście tak postąpili. Niech człowiek człowiekowi zawsze będzie człowiekiem.

Pozdrawiam!