JA vs. Hashi: 1:0

Dawno nie było nic o Hashi. Wybaczcie, stale jest ze mną i chyba tak bardzo się do niego przyzwyczaiłam, że czasem o nim zapominam…. a może tak bardzo weszły mi w nawyk pewne czynności, że tyle o nim nie myślę? A może po prostu ogarnęłam się na tyle, że moje samopoczucie pozwala mi od niego nieco odetchnąć? A może mam tyle roboty, że nie wiem, w co ręce wsadzić, więc Hashi zeszło na dalszy plan? Nie, to ostatnie odpada – fakt, mam mnóstwo zajęć, ale każdy, kto cierpi na Hashi, doskonale zdaje sobie sprawę, że żaden nawał obowiązków ani sytuacja życiowa nie jest w stanie sprawić, że kiedy Hashi atakuje, da się o nim zapomnieć. Raczej jest tak, że kiedy jest rzut choroby, to o całym świecie jesteśmy w stanie zapomnieć, a o niej nie, ponieważ ma tak różne oblicza, że jak nie przysłowiowymi drzwiami, to oknem wejdzie.

Znacie to, prawda? A jeśli nie, to przypominam możliwe objawy i skutki choroby Hashimoto dla tych, którzy może jeszcze do końca nie wiedzą z czym się zmagają lub mogą zmagać oraz dla ich bliskich, którzy nie mogą zrozumieć i każą się „ogarnąć” lub przestać wydziwiać:

Gdzie atakuje Hashi?

WSZĘDZIE! Nie ma takiego miejsca na ciele i w organizmie, gdzie nie zostawiałoby śladu po sobie. Co prawda o objawach pisałam już kilka miesięcy temu tutaj <klik>, ale nie zaszkodzi jak wymienię najczęstsze obszary ataków:

– bóle w klatce piersiowej niewiadomego pochodzenia, choć kardiolog mówi, że wszystko w porządku,
– duszności, płytki oddech,
– wysypki, bolesne pryszcze,
– wzdęcia, bóle brzucha w różnych jego częściach,
– rozwolnienia i zatwardzenia,
– wypadające włosy i łamliwe paznokcie,
– sucha skóra,
– łupież,
– ciągłe uczucie zimna lub uderzenia gorąca,
– opuchnięta twarz, powieki,
– niepokój, depresja,
– płaczliwość,
– ogólne spowolnienie funkcjonowania,
– nerwowość, wybuchowość,
– niemożność skupienia się na tym, co robisz, trudności w pozbieraniu myśli,
– plączący się język, zapominanie, o czym mówisz w środku zdania, brakujące słowa, czyli tzw. mgła mózgowa (brain fog),
– częste bóle głowy, migreny,
– tycie z „powietrza”, a może chudnięcie,
– bezsenność, a może nadmierna senność,
– problemy z płodnością, zajściem w ciążę i jej donoszeniem,
– rozregulowanie pracy jajników
– bóle stawów,
– …

Może przygnębiać, prawda? To oczywiście nie jest jeszcze lista wszystkich możliwych objawów. Bardziej chodzi mi o pokazanie jak nieprzewidywalna i nieobliczalna jest ta choroba. Chcę pokazać, że atakuje zarówno na płaszczyźnie somatycznej, jak i psychicznej. Leczyć trzeba ją kompleksowo, a nie można skupiać się jedynie na pojedynczych objawach, ponieważ wtedy walczymy jedynie ze skutkami, a nie z przyczyną i efekt nigdy nie będzie trwały. Momentami przypomina to walkę z wiatrakami. Z resztą w ogóle walka z Hashi jest walką dość nierówną, ponieważ choroba Hashimoto powoduje, że organizm atakuje sam siebie, zwalcza swoją tarczycę, bardzo ważny narząd, a do tego wykańcza po kolei inne narządy przez przewlekły stan zapalny. Nie mniej jednak, pomimo to da się walczyć i to skutecznie! Nie jest to łatwe, ale można i ja jestem tego dowodem.

1:0 dla mnie

Diagnozę Hashimoto mam od 3,5 roku, ale tak jak pisałam już kiedyś, padła ona w momencie, kiedy życiowo zajęta byłam zupełnie czym innym, a lekarz powiedział mi, że to choroba, która polega na codziennym łykaniu tabletki tuż po wstaniu z łóżka przed jedzeniem i na kontroli TSH oraz ft4 dwa razy w roku. Uwierzyłam. O ja głupia!

Tak sobie żyłam w tej mojej nieświadomości aż coś nie skłoniło mnie do sprawdzenia, na co to ja w ogóle choruję, skąd się to bierze i dokąd zmierza…. Zaczęłam czytać i włosy stanęły mi dęba na głowie! Najpierw się załamałam, spojrzałam na siebie, swoje życie i okazało się, że wiele cech, które przypisywałam np. swojemu temperamentowi, to tak naprawdę oblicze… Hashi! Aa….! :-/

Potem postanowiłam działać i zaczęlam czytać… Po chwilowym przypływie energii, że się nie dam i będę walczyć, znów opadły mi „witki”… Kolejna załamka: „nie dam rady”, „za dużo tego jest”. W końcu postanowiłam jednak spróbować, bo objawy zaczęły mi doskwierać, a poza tym, jako mama nie mogłam pozwolić sobie już na zbyt wiele chwil odpoczynku, dłuższy sen. Brakowało czasu na normalną, ludzką regenerację, a co dopiero tą spowodowaną chorobą. Trzeba było koniecznie coś z tym zrobić!

Tak więc na poważnie zajęłam się sobą ok. 1,5 roku temu. Początki lekkie nie były, zmiany wprowadzałam stopniowo, choć niektóre były radykalne, gdyż inaczej się nie dało (odrzucenie glutenu <klik>). Nie mniej jednak było warto, bo efekty są – dzięki odpowiedniej diecie i suplementacji w grudniu ubiegłego roku moje wyniki badań poprawiły się na tyle, że – UWAGA, UWAGA – dawkę sztucznego hormonu można było zmniejszyć o 1/3! Uważam to za wielki swój sukces, bo oznacza to, że jednak da się z Hashi walczyć i można z tej walki wyjść zwycięsko. Moja tarczyca może powoli, ale jednak zbiera się do życia, a nie degraduje <jupi!>. Sam lekarz, zobaczywszy wyniki badań był zdziwiony, że dawki nie zostawia, nie podnosi, ale ją… obniża. Jak sam powiedział: „W tej chorobie, to się dawkę raczej podnosi, a nie obniża. Tylko się cieszyć!”. Jest MOC! 🙂

Recepta na Hashi

Objawy hashi są różne. U każdego pacjenta obraz kliniczny może być inny. Nawet jak porozmawiacie z osobami ze swojego otoczenia zdignozowanymi na Hashi, okaże się, że jedne mają to, czego nie mają inne lub macie objawy z dwóch różnych biegunów danego spektrum – jedna tyje, druga chudnie, jedna nie śpi, podczas gdy inna nie może się obudzić przez cały dzień. To może dezorientować. Wtedy czujemy się tak:

Dlatego leczenie musi być dobrane INDYWIDUALNIE.

Badania

Trzeba zrobić badania i na ich podstawie uzupełniać niedobory. No i nie cieszyć się, że jestem w „normie”, bo TSH 2 najprawdopodobniej będzie w jakiejś normie laboratoryjnej, ale takiej dla całej populacji, czyli od dziecka do osoby w wieku podeszłym, a nie jest to norma dla młodej kobiety w wieku rozrodczym. Po drugie, ft3 w normie, nie oznacza, że jest go odpowiednia ilość, bo konwersja ft4 do ft3 może być zbyt słaba, a oba wolne hormony powinny być na podobnym poziomie. Pisałam o tym tu <klik>.

Co jeszcze warto zbadać? Na pewno poziom witaminy D3, B6, B12. Kiedy robicie morfologię, to także warto sprawdzić żelazo i ferrytynę. Ponieważ żelazo może być jeszcze w normie, natomiast ferrytyna nie. Lepiej zabezpieczyć się przed anemią zawczasu niż ją leczyć. Przyda się też krzywa cukrowa oraz insulinowa, ponieważ często w parze z Hashi idzie insulinooporność, która jest odpowiedzialna na przykład za tycie, ssanie na słodkie, senność po posiłku, może prowadzić rozwoju cukrzycy w późniejszym czasie, etc.

To jeszcze nie wszystkie przydatne badania, ale te pozwolą już całkiem nieźle zobaczyć, w jakim stanie jest organizm.

Dieta

Do niedawna krążyło po necie hasło „Jesteś tym, co jesz.”. Od niedawna krąży nowe, acz podobne: „Jesteś tym, co przyswajasz.”. Prowda. 😉 Co więcej, to nie „dieta” w znaczeniu odchudzania. To dieta, która ma leczyć: pokrywać w miarę możliwości niedobory, wzmacniać odporność, pozwolić na regenerację jelit, którymi u osób z chorobami autoimmunologicznymi trzeba zająć się w pierwszej kolejności, bo tam właśnie jest często źródło problemu.

W Hashi często mamy problem z przyswajaniem wartości odżywczych, więc trzeba szczególnie zadbać o jelita i ich florę bakteryjną: oprócz zażywania probiotyków w kapsułkach czy kroplach, warto przyjmować też te naturalne, czyli kiszonki (kapusta, ogórki, marchewka, kalafior, jabłka…. co tam jeszcze umiecie zakisić. ;)) Jak już jesteśmy przy florze bakteryjnej, to od razu napomknę, że nabiałowi mówimy „NIE!”. Dlaczego? Abstrahując od tego, że mleko krowie jest dla cieląt, napomknę tylko, że ma złe proporcje składników odżywczych, przez co jest nieodpowiednie dla człowieka, a poza tym powoduje stany zapalne w organizmie, a my mamy już permanentny stan zapalny tarczycy, który chcemy wyeliminować, a nie pogłębić. A jeśłi pojawiają się Wam na ciele bolesne, często ropne wypryski, to bardzo prawdopodobne, że właśnie od spożywanego nabiału.

Oczywiście eliminujemy gluten, ponieważ uszkadza jelita, „drażni” system odpornościowy. Nie będę się teraz rozpisywać szczególnie na ten temat. Wspomnę tylko, że eliminacja glutenu spowodowała u mnie zanik wysypki na rękach, z którą walczyłam od dzieciństwa różnymi metodami, a nawet najlepszy dermatolog nie był w stanie zaradzić, ustąpienie częstych migrenowych bólów głowy, koniec większości problemów jelitowych…

Cukrowi mówimy „Żegnaj!”. Cukier powoduje obniżenie odporności, wzrost podatności na infekcje. Niekorzystnie wpływa na szkliwo zębów, trzustkę, którą zmusza do wyrzutów dużej ilości insuliny. Daje energię, ale jedynie na chwilę.  Uzależnia! Powoduje rozrost niekorzystnej flory bakteryjnej w jelitach. Utrudnia skupienie (!) – do dobrej pracy mózgu potrzebny jest w miarę stały poziom cukru w organizmie, a wahania powodują rozdrażnienie, a nwet mogą prowadzić do stanów depresyjnych.

Dodatkowo

  1. Używam pasty do zębów bez fluoru, który jest szkodliwy dla organizmu, każdego. Nie tylko tego z Hashi, ale to temat na odrębny post, więc nie będę tu go rozwijać.
  2. Nie piję herbaty – jak wyżej, czyli ze względu na fluor, nie ze względu na kofeinę, jak niektórzy sądzą.
  3. Piję czystek, rumianek, pokrzywę, oczywiście wodę i sporadycznie wyciskane soki. Mięty i melisy prze Hashi unikamy.
  4. Oprócz probiotyków, uzupełniam cynk (odporność), selen (konwersja, czasem zmniejszenie ilości przeciwciał – mój lekarz mówi, że działa u 50% pacjentów) i magnez (dla układu nerwowego).
  5. Zażywam preparat z miłorzębem japońskim na pamięć i koncentrację, z którymi miałam problemy. Kto doświadczył „mgły mózgowej”, ten wie, jak to dokucza. :-/
  6. Zażywam skrzyp z pokrzywą dla poprawy kondycji włosów, skóry i paznokci.
  7. Żeby uniknąć skoków cukru w organizmie, śniadania jem w typie diety paleo, czyli białko (mięso / ryba / wędlina / jaja) + warzywa. Do obiadu już dokładam „węgle” w postaci kaszy, ryżu lub ziemniaków. Tarczyca „nie lubi” braku węglowodanów, stąd dla równowagi cukrowej w organizmie z rana sobie odpuszczam, ale do obiadu i na podwieczorek już zajadam. 😉
  8. Kasza jaglana jest zdrowa i bezglutenowa, ale niewskazana dla osób z Hashi, bo jest „wolotwórcza”, obniża stężenie jodu we krwi. Ja unikam, ale nie eliminuję całkowicie. Raz na dwa miechy się skuszę. 😛 Wszystko z głową.
  9. Strączki jadam baaaardzo rzadko, co ciekawe, orzeszki arachidowe, czyli ziemne też są strączkami. Jeśli źle się po nich czujesz już wiesz, czemu – to nie typowy orzeszek, ale roślina strączkowa. Strączki zawierają lektyny, które działają prozapalnie, a nam już więcej stanu zapalnego nie trzeba, prawda?
  10. Soja jest bardzo mocno modyfikowana genetycznie, a zatem ona i jej przetwory, także tofu: odpadają.
  11. Z warzyw psiankowatych (ziemniaki, pomidory, papryka, bakłażany, jagody goji) lepiej zrezygnować, bo pobudzają układ odpornościowy. Nie każdy jednak musi rezygnować ze wszystkiego i na stałe. Ja np. papryki nie toleruję zupełnie, ale już ziemniaka czy pomidora od czasu do czasu spokojnie mogę zjeść. Co do bakłażana nie mam zdania, bo jadłam go kilka razy w życiu. Nie porwał mnie jego smak. 😛
  12. Jako przekąskę często zajadam różnego rodzaju orzechy, które są bardzo odżywcze – np. dwa brazylijskie pokrywają dzienne zapotrzebowanie organizmu na selen. 😉

Warto walczyć

To chyba tyle z takich ogólnych zaleceń, które stosuję wobec siebie. Jest tego sporo, ale z czasem wchodzi w krew i jest bardzo naturalne, a zakupy robi się szybko, bo mijasz w sklepie całe alejki z nabiałem, słodyczami i pieczywem. 😉 Wielu pewno zapyta, co w takim razie jeść, skoro jest tyle ograniczeń? Nie jest tak źle, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać. Wystarczy przejrzeć przepisy na blogu, a zobaczycie wiele bardzo różnorodnych propozycji zarówno na słodko, jak i wytrawnych. Poza tym, ograniczenia w diecie otwierają na nowe, bo człowiek szuka, co mógły innego zjeść. Dzięki temu poznałam całą masę produktów, o których istnieniu nie miałam pojęcia, a które są pyszne i zdrowe!

Ważne jest jedno, nie dać się Hashi zastraszyć! można z nim wygrać. Trzeba wziąć „byka” za rogi. Mimo chwil zwątpienia i upadków – np. zjedzenia dużej ilości paprykowego leczo, co potem oczywiście odchrowałam…, to stwierdzam, że warto. Najpierw przychodzi zmiana samopoczucia na lepsze i właściwie myślałam, że nic więcej mi do szczęścia potrzebne nie jest. Samopoczucie było ok, sztuczny hormon co noc (właśnie – nie rano! <klik>), wyniki w normach i tak sobie żyłam 16 miesięcy na bezglutenie i z całą powyższą listą, a tu – niespodzianka! W grudniu okazało się, że wyniki poprawiły się na tyle, że można obniżyć dawkę sztucznej lewotyroksyny. Radość, radość, radość! Mój wysiłek nie idzie na marne. Walczę o siebie z dobrym skutkiem. Warto!

A jak Wy walczycie z Hashi?

Pozdrawiam wszystkie, „motyle”, życząc samych zwycięskich bojów.
Tę walkę można wygrać!

 

Szybka kolacja – wykwintna wątróbka

Tempo życia mamy ogromne, zapotrzebowanie na większą ilość czasu i szybkie posiłki rośnie. Z tego też powodu, uwielbiam potrawy, które można przyrządzić w kwadrans. Lubię jednak, by były to posiłki na ciepło, zimna płyta nie zadowala mojego brzucha tak dobrze. 😛 Stąd też dziś przedstawiam przepis na mega szybką, a jednocześnie bardzo wykwintną potrawę, której żaden kucharz się nie powstydzi. Co ciekawe, smakuje nawet tym sceptycznie nastawionym do owoców w wytrawnych daniach. Dziś:  wątróbka z żurawiną.

Wątróbka, żurawina i cebula

Dzienne zapotrzebowanie na żelazo u kobiet wynosi 18mg, u mężczyzn 12, a w 100 g wątróbki jest go aż 10 mg! Warto ją jeść? Warto! Poza tym, zawiera ona cynk, który jest ważny dla prawidłowego funkcjonowania układu immunologicznego i powstawania odpowiedniej ilości testosteronu, kwas foliowy, witaminę A, witaminy z grupy B i białko, a do tego jest naprawdę tania.

zurawinaW naszej potrawie mamy także suszoną żurawinę, a to również bomba zdrowia, której w naszej diecie powinno być dużo. Zawiera witaminy C, E oraz z grupy B, poza tym sód, potas, fosfor, wapń, magnez, żelazo, cynk, miedź. Owoce żurawiny mają działanie antybakteryjne i przeciwgrzybiczne. Jest źródłem przeciwutleniaczy, więc stosuje się ją w profilaktyce chorób serca, miażdżycy, pomaga utrzymać odpowiedni poziom „dobrego” cholesterolu. Ponadto pomaga w walce z infekcjami dróg moczowych, wrzodami żołądka, czy chorobami dziąseł.

cebulaNo i na koniec powszechnie znana i używana cebula. Zawiera witaminy takie jak: C, witaminy z grupy B, E, K, PP; ponadto minerały krzem, cynk, siarkę, wapń, sód, potas. Cebula jest niskokaloryczna, przyspiesza metabolizm i ułatwia trawienie, usuwa nadmiar wody z organizmu, obniża poziom cukru we krwi, ma działanie antybakteryjne i przeciwwirusowe. Ma działanie rozrzedzające krew, więc przeciwdziała zakrzepom, pomaga także w obniżeniu ciśnienia tętniczego. Cebula jest grzybobójcza, więc wspiera organizm po kuracji antybiotykami, pomaga też w zneutralizowaniu jadu po ukoszęniu komara czy pszczoły – wystarczy przyłożyć przekrojoną na pół cebulę do opuchniętego miejsca.

Co ważne? Cebula nie traci swoich właściwości w trakcie obróbki termicznej! Chyba, że smażymy ją bez pokrywki w smalcu. Nawet w oleju, ale pod przykryciem nie straci swoich właściwości.* 🙂
I jeszcze jedno – na surowo przy chorej wątrobie, nerkach czy zapaleniu jelit jest niewskazana, ale po obróbce termicznej już mogą ją spożywać wszyscy. 🙂
Ciekawostka za bonavita.pl: „Cebula jest również doskonałym lekarstwem na kaca. (…) Serwowana przez Francuzów w formie zupy była ukojeniem dla wracających nad ranem imprezowiczów.”

Z prostego przepisu na szybką kolację zrobił się wykład na temat właściwości zdrowotnych wątróbki, żurawiny i cebuli. 😛 Nie mniej jednak wracając do głównego wątku – wątróbka z żurawiną jest pyszna i zdrowa, więc zabieramy się za gotowanie.

Potrzebujemy:

-25 dag wątróbki drobiowej,
– mała cebula lub pół,
– garść suszonej żurawiny,
– łyżka oleju kokosowego,

– sól do smaku,
– śliwka i nektaryna do dekoracji potrawy.

To proporcja dla dwóch osób. 🙂

Przygotowanie:

  1. Wątróbkę opłukać, usunąć wszystkie błonki (ja wykrawam z zapasaem zwłaszcza te miejsca, gdzie mogą być resztki żółci) pokroić na mniejsze kawałki.
  2. Obrać cebulę i połowę pokroić ją w krążki.
  3. Rozpuścić na patelni tłuszcz i w nim podsmażyć cebulkę.
  4. Kiedy cebula będzie lekko zeszklona, dorzucić pokrojoną i osuszoną w ręczniku papierowym wątróbkę.
  5. Po około 2-3 minutach dodać suszoną żurawinę i wszystko razem dalej dusić mieszając co chwilę.
  6. W tym czasie nektarynę i śliwki kroimy na plasterki i układamy na talerzu.
  7. Wątrówbka z żurawiną jest gotowa po ok.10 minutach. Uwaga! Zbyt długie smażenie wątróbki również powoduje jej twardnienie, więc trzeba uważać, żeby nie „przedobrzyć”.
  8. Przekładamy zawartość patelni na talerze i solimy dopiero tuż przed podaniem. Inaczej wątróbka również zrobi się twarda!

img_20160921_200112

Ot i cała filozofia smażenia wątróbki. Potrawa szybka, tania i elegancka. Co więcej – bardzo zdrowa.
Życzę zatem:

SMACZNEGO!

 

*Źródło: Fragment o cebuli z „Wykładu o sposobie żywienia i pielęgnowania organizmu ludzkiego”. O. Jan Grande, Łódź 1990.

 

O lewotyroksynie i energii do życia

UWAGA! ŻARCIK!

Rozmawiają dwie Hashimotki:
– Znasz ten stan, kiedy wstajesz o poranku rześka i pełna energii?
– Ja też nie. 😀 😀 😀

Która z osób chorujących na Hashi zna ten stan? Większość pewno nie. Ja też nie znałam, ale… jest na to sposób. Prosty, tani, skuteczny. Lewotyroksyna musi się odpowiednio wchłonąć, a w tym celu musi być odpowiednio przyjęta. Żeby jednak zrozumieć ten mechanizm, musimy wrócić do źródła, czyli do naszej tarczycy i wydzielanych przez nią hormonów.

Jak już wiemy i pamiętamy z poprzednich wpisów <klik> i <klik>, tarczyca jest odpowiedzialna za wydzielanie hormonów, które mają wpływ praktycznie na wszystkie sfery funkcjonowania organizmu. Najważniejszym z nich jest właśnie wspomniana lewotyroksyna (T4), na której niedobór cierpią osoby z niedoczynnością tarczycy. Dlatego też otrzymują od lekarza receptę na syntetyczne T4 razem z radą, by zażywać ją tuż po brzebudzeniu, minimum pół godz. przed posiłkiem. Kto nie zna tej rady? Ja nie znam osoby, która usłyszałaby inne zalecenia.

Tymczasem…

Prawie 10 lat temu, opublikowano wyniki pierwszego badania, w którym pacjentom podano syntetyczny hormon tarczycy wieczorem, zamiast rano. Okazało się, że poziom fT4 wzrastał, a TSH spadało. Zaskakujące, prawda? Badanie było jednak przeprowadzone na tak małej grupie osób (12), że jego wyniki nie mogły zostać uogólnione. Badania postanowiono powtórzyć i rozszerzyć. Kolejne trwały pomiędzy kwietniem a listopadem 2007 roku, a ich wyniki opublikowano w 2010 roku. Okazało się, że pacjentom spadał poziom TSH, a rósł poziom wolnych hormonów, czyli fT3 i fT4, a przecież o to chodzi w leczeniu niedoczynności tarczycy!

Czary – mary?

Badacze stwierdzili, że poprawa wyników u pacjentów zażywających T4 wieczorem może mieć miejsce z kilku przyczyn. Po pierwsze dlatego, że nawet, jeśli odczekamy pół godziny z jedzeniem, to śniadanie może mieć wpływ na obniżenie przyswajania hormonu. Ponadto, w nocy jelita pracują wolniej, a więc tabletka przebywa w niej dłużej, czyli jest szansa na lepsze jej przyswojenie przez organizm, a proces przetwarzania T4 na T3 lepiej zachodzi wieczorem.

Co daje wieczorne/nocne zażywanie lewotyroksyny?

  1. Rano nie musisz pamiętać o tabletce, ponieważ została przyjęta wieczorem lub w nocy.
  2. Nie martwisz się, o której zjesz śniadanie ani co na nie zjesz – posiłki z dużą ilością żelaza,wapnia czy błonnika utrudniają wchłanianie się hormonu z jelit.
  3. Łatwiej rano wstać  z łóżka, ponieważ lewotyroksyna zdążyła się wchłonąć jeszcze podczas snu i zaczęła już działać. Jeśli zażywasz hormon rano, organizm musi zaczekać na rozpoczęcie jego działania. Kiedy przyjmowałam syntetyczną lewotyroksynę po przebudzeniu, mój poranny „rozbieg” trwał nawet do 11.00. Naprawdę trudno tak funkcjonować na dłuższą metę.

Sprawdziłam na sobie

Wszystkie wyżej wymienione plusy potwierdzam! Poza tym – rano można pospać dłużej, jeśli trzeba wyjść z domu na jakąś umówioną godzinę, a nie wstawać wcześniej z powodu konieczności zażycia leku. 😉

Jak wygląda to w praktyce?

Po czterech godzinach od ostatniego posiłku przyjmuje się, że można już zażyć lek. zatem, jeśli jesteście fanami wczesnych kolacji – jecie o 18.00, T4 o 22.00 i sprawa załatwiona. Gorzej, jeśli lubicie zjeść kolację później i odstęp pomiędzy ostatnim posiłkiem  a pójściem spać jest mniejszy, ale i na to jest sposób. Tu najlepiej mają matki karmiące piersią – pobudka gwarantowana, więc trzeba tylko pamiętać o połknięciu tabletki. 🙂 Kolejne wyjście to budzik na dowolnie wybraną godzinę – 2.00 / 3.00 / 4.00. Wybierzcie sobie. Po przetestowaniu różnych pór, dla mnie najlepsza okazały się okolice 3.00, by o 7.00 tryskać energią.

U mnie ten sposób zażywania syntetycznego hormonu tarczycy świetnie się sprawdził. Moje samopoczucie bardzo się poprawiło. Ranki są radosne. Jeśli zatem ciężko Wam podnieść się z łóżka, a powieki ważą tonę, mimo iż słońce już wysoko na niebie, a kur dawno zapiał, może warto skonsultować się z lekarzem i sprawdzić, czy wieczorne / nocne przyjmowanie lewotyroksyny nie będzie skuteczniejsze.

A kiedy Wy zażywacie leki na tarczycę? Jakie są Wasze doświadczenia?

Pozdrawiam!

 

P.S. Tutaj link do anglojęzycznego artykułu opisującego przytoczone wyniki badań wraz z bibliografią <klik>.

Hashimoto a badania

Kilka dni temu pisałam o niepokojących objawach, które mogą świadczyć o rozwijającej się chorobie Hashimoto <klik>. Złe samopoczucie, liczne objawy ze stronu wielu układów organizmu, które trudno ze sobą połączyć… i co dalej? Albo jestem chipochondryczką, albo jestem chora na wszystko… STOP!
Następnie to trzeba udać się do lekarza, który zapewne zleci badania. Często jednak odbijamy się od przysłowiowej „ściany”. Bywa, że asze problemy są bagatelizowane i słyszymy, że trzeba przetrwać do urlopu, a potem będzie lepiej, ewentualnie dostajemy skierowanie na TSH. Wow! 😀

Czy to wystarczy?

Samo badanie TSH to oznaczenie poziomu tyreotropiny. Jest to hormon, który reguluje wydzielanie T3 i T4, czyli kolejno trójjodotryniny oraz tyroksyny. T4 jest produkowane przez tarczycę, natomiast T3 po części równeż, ale przede wszystkim powstaje z T4. Wymienione hormony to tzw. całkowite, na które składają się te związane z białkami oraz tzw. wolne (free) hormony, stąd oznaczanie fT3 i fT4.

TSH jest badaniem pokazującym  nieprawidłowości w pracy tarczycy.
Jeśli jest niskie: oznacza jej nadczynność;
jeśli jest za wysokie: oznacza niedoczynność.
To jest proste. 🙂

Chciałam jeszcze tutaj nawiązać do kwestii normy. Zdarza się, że ktoś robi badanie TSH na własną rękę. Przypuśćmy, że jest to kobieta ok. 28-letnia. Norma laboratoryjna jest do 4,2, co ma oznaczone na wynikach. Widzi swoją wartość w okolicach 3 i stwierdza, że wszystko z nią ok. i to na pewno nie tarczyca. STOP. Norma laboratoryjna jest szerooooka, bowiem jest dla niemal całej populacji: dzieci i dorosłych, kobiet i mężczyzn, a tym samym, ten wynik może nie być odpowiedni dla osoby tej płci i w tym wieku. Celowo to zaznaczam, ponieważ akurat w tym wypadku, czyli dla młodej kobiety, która być może stara się o poczęcie dziecka, najlepiej, żeby TSH wynosiło ok. 1 – 1,5. Dlatego też każdy wynik trzeba konsultować z lekarzem. Dobrym lekarzem. 🙂

laboratory-313864_960_720Czasem jednak poziom TSH jest w tzw. normie, a i tak czujemy się źle. Dlaczego? Ano dlatego, że fT4 jest jeszcze na przyzwoitym poziomie, ale… jego konwersja, czyli zamiana na fT3 już kuleje. Czasem też zarówno fT3 i fT4 są zbyt niskie. Stąd te badania. Nie wystarczy samo TSH, trzeba jeszcze oznaczyć wolne hormony. Nie jeden, oba, bo ważne jest to, jak organizm radzi sobie z zamianą jednego w drugi. Po przeliczeniu wyników na procenty, ich wartość powninna być zbliżona.

Matematyka tarczycowa

Przeliczanie wyników na procenty jest przydatne, ponieważ laboratoria mają różne normy i czasem, żeby zobaczyć czy poziom hormonu się zmienił w porównaniu z poprzednim badaniem, trzeba zobaczyć wynik procentowo. Wzór jest prosty:

Obraz5

 

W – wartość mojego wyniku laboratoryjnego
D – dolna granica normy laboratoryjnej
G – górna granica normy laboratoryjnej

Badania i jeszcze… badania!

Poza powyższymi badaniami, przy diagnozowaniu chorób tarczycy ważny jest także poziom przeciwciał antyTPO i antyTG. Przeciwciała w ogóle to wynik nieprawidłowej reakcji układu immunologicznego na jakiś czynnik, który organizm nieprawidłowo rozpoznaje jako zagrażający, np. sierść własnego psa, czy zapach kwiatów.

Przeciwciała antyTPO są skierowane przeciwko białku produkowanemu przez komórki tarczycy. Organizm rozpoznaje je jako zagrożenie i produkuje przeciwciała, które mają wyeliminować zagrożenie, jakim są tarczycowe białka. W wyniku działania tych przeciwciał następuje uszkodzenie tkanek tarczycy, które prowadzi do jej nieprawidłowej pracy – niedoczynności lub nadczynności, zapalenia…

A co z antyTG? TG to tyreoglobulina, którą produkuje tarczyca. Dzięki niej zachodzi produkcja T3 oraz T4, od których zależy funkcjonowanie całego organizmu. Przeciwciała antyTG to analogicznie białka niszczące właśnie tyreoglobulinę. Występowanie tych przeciwciał wiąże się z autoimmunologicznymi chorobami tarczycy, do których należy Hashimoto.

Po badaniach stwierdzających istnienie przeciwciał, medyczne źródła donoszą o zaprzestsniu ich kontrolowania, ponieważ ich nie da się w żaden sposób leczyć, leczy się jedynie objawy. Ponieważ piszę tutaj o moim starciu z Hashi, to pozwolę sobie wyrazić odmienne zdanie. Otóż leczę się już ponad trzy lata. Ok. 1,5 roku temu zaczęłam zgłębiać temat i przecierać oczy ze zdziwienia: „To jednak można zrobić coś więcej niż zażywać tabletkę na czczo pół godz. przed pierwszym posiłkiem i poprawić swoje samopoczucie oraz jakość życia?!”. Wtedy też zaczęłam zgłębiać swoją wiedzę nt. Hashi, chorób autoimmunologicznych, diety i suplementów. Okazuje się, że po wprowadzeniu odpowiedniej diety… poziom przeciwciał jednak nieco się obniżył. Czyli warto jednak sprawdzać ich poziom, jeśli robi się coś ponad zażywanie syntetycznej lewotyroksyny. 🙂

Na koniec jeszcze jedno badanie, a mianowicie USG. Oczywiście musi wykonać je specjlista. W obrazie USG zobaczy, czy tarczyca jest pomniejszona, powiększona, czy nie ma na niej guzków. To ważne, bo okazuje się, że można mieć wyniki w normach, które nie każą włączyć żadnego leczenia, ale na obrazie USG będzie widać zmiany. I odwrotnie – wyniki pokazują chrobę, a tarczyca wygląda „podejrzanie zdrowo”. Jak moja na ostatnim USG w czerwcu. 😛

 

Miało być krótko, zwięźle i na temat, ale chyba jednak się nie da. To wierzchołek góry lodowej o kryptonimie „Hashimoto”. Kilka podstawowych badań z krwi, które pozwalają na jej zdiagnozowanie: TSH, fT3, fT4, antyTPO i antyTG. Natomiast, kiedy diagnoza jest już postawiona i chce się zawalczyć o swoje zdrowie, to trzeba jeszcze inne rzeczy, ale to temat na kolejne posty.

Pozdrawiam! 🙂

 

Podstępne Hashimoto

Kidy rozpoczynałam swoją przygodę z blogowaniem, założyłam że będę pisać w dwóch kategoriach tematycznych. Obie wywróciły mój świat do góry nogami i zmieniły podejście do życia. Mam na myśli po pierwsze macierzyństwo, o którym sporo w każdym wpisie, ale także chorobę Hashimoto. Wszystko razem splata się we wpisach dotyczących diety. O Hashi do tej pory wspomniałam chyba tylko raz we wpisie powitalnym tutaj <klik>. Stąd też dziś kilka słów o tej podstępnej i nieprzewidywalnej chorobie, na którą cierpi coraz więcej osób, zwłaszcza kobiet.

 

Co to jest choroba Hashimoto?

Choroba Hashimoto to przewlekłe autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Oznacza to, że z obecnego, medycznego punktu widzenia jest nieuleczalne, czyli będzie z nami do końca życia i tylko od indywidulanych cech organizmu, doboru odpowiedniej diety, poziomu stresu i odpowiedniej ilości snu zależy to, czy będziemy z nim funkcjonować normalnie, czy zawładnie naszym umysłem, emocjami, układem trawiennym, wyglądem skóry i sylwetki, kwestiami związanymi z płodnością…. Wszystkimi sferami życia.

Celowo zaznaczam „obecne, medyczne podejście”. Wygląda ono mniej więcej tak: wchodzisz do gabinetu endo, lekarz patrzy na wyniki badań (TSH, fT3, fT4, antyTPO, antyTG, wynik USG tarczycy), kiwa głową i obwieszcza, że to choroba Hashimoto, ale nie ma się co przejmować, bo to takie typowe i powszechne schorzenie, a leczenie jest proste, bo wystarczy codziennie po przebudzeniu, pół godziny przed posiłkiem połknąć tabletkę i dwa razy w roku kontrolować wyniki badań. Tia… a świnki latają.

Właśnie takie słowa usłyszałam od lekarza w połowie 2013 roku. Pomyślałam, że skoro to typowe, powszechne i proste w leczeniu, to luz. Biorę tabletki i działam dalej. Przecież jeden lekarz skierował mnie do drugiego, ten drugi się zna, na tym, co robi. Więc będzie dobrze, nie może być inaczej. Nic przecież się nie dzieje.

 

Zmęczenie? Nie, to atak Hashimoto!

Lekarz postawił diagnozę, ja karnie łykałam przed śniadaniem tabletki. W międzyczasie zostałam mamą. Po porodzie oczywiście skontrolowałam wyniki tarczycowe, skonsultowałam z lekarzem i żyłam sobie spokojnie dalej… Hm… czy aby na pewno spokojnie? Coraz wolniej, coraz bardziej zmęczona, z ciężkimi powiekami, senna przez cały dzień, słaba, płaczliwa, smutna, bez uśmiechu, bez dawnej energii, z coraz mniejszym zasobem słów w rozmowie, z zapominaniem, ciężkim kojarzeniem, ciężko było mi zrobić COKOLWIEK. Zmuszałam się do wszystkiego… Aaaa….! Ratunku! To nie ja!!! Co się dzieje? Tłumaczyłam sobie wszystko niewyspaniem z powodu nocnych pobudek i wstawania do dziecka oraz rutyną dnia codziennego.

Nie pamiętam już, co mnie skłoniło do kolejnego powtórzenia badań tarczycowych, ale jak zobaczyłam wyniki, o mało się nie przewróciłam. TSH miałam w oklicach 28, kiedy w przypadku kobiet w okresie rozrodczym powinno wynosić. ok. 1!!! Biegiem do lekarza, oczywiście syntetyczny hormon tarczycy na receptę od razu, kategoryczny zakaz kolejnej ciąży, ponieważ byłoby to bardzo niebezpieczne dla dzidziusia… Nie wiadomo było, ile potrwa ustawienie hormonów. Załamka.

I wiecie co? Po jednej. Powtórzę: PO JEDNEJ tabletce odczułam poprawę – przypływ energii, łatwiejsza pobudka. Byłam w szoku. Kiedy po kilku tygodniach rozmawiałam z lekarzem, powiedział mi, że wcale go to nie dziwi, ponieważ to była duża niewydolność tarczycy. Okazało się, że tak malutki organ w moim ciele potrafi narobić tyle problemów.

Dlatego będę pisać o mojej walce z tą chorobą, która nie raz mnie zaskoczyła, ale też wiele nauczyła – o mnie samej, o moim organizmie, o różnych rodzajach diet, o zdrowym jedzeniu, o suplementach, o badaniach medycznych i ich wynikach, a także szukania odpowiedzi i zadawania pytań.

Jeśli zatem masz co najmniej kilka z objawów, które wymieniam poniżej, nie czekaj, idź do laboratorium i zrób badania. Tanie nie są, ale tylko komplet wyników może pokazać, czy jest Hashi, czy go nie ma. Czasem jest tak, że wyniki jeszcze są w normie laboratoryjnej, ale na obrazie USG już widać objawy choroby. I odwrotnie – wyniki pokazują chorobę, a tarczyca wygląda „podejrzanie zdrowo”. Sama słyszałam to w czerwcu tego roku, ale akurat mnie to ucieszyło, bo podejrzewam, że to efekt mojej diety i zażywania odpowiednich suplementów. 😉 O tym jednak w kolejnych postach, a tymczasem…

 

Niepokojące objawy:

  • senność i problemy z porannym wstawaniem lub odwrotnie, czyli bezsenność,
  • tzw. „mgła mózgowa” (brain fog), czyli problemy z kojarzeniem, zapominanie się, brak słów, utrata towarzyskiej „błyskotliwości”,
  • ciągłe uczucie zmęczenia,
  • bóle mięśni,
  • częste uczucie zimna,
  • częste migreny i bóle głowy,
  • bóle w klatce piersiowej – nagłe, zaskakujące, na chwilę,
  • niskie ciśnienie krwi,
  • problemy z wzięciem głębszego oddechu, częste zadyszki,
  • nieregularne miesiączkowanie u kobiet,
  • zbyt obfite lub skąpe, a nawet zanikające miesiączki,
  • problemy z zajściem i utrzymaniem ciąży,
  • uporczywy łupież,
  • wypadanie włosów,
  • słabe i łamliwe paznokcie,
  • trądzik,
  • sucha skóra,
  • bóle stawów,
  • tycie, pomimo dobrych nawyków żywieniowych i dużej ilości ruchu,
  • obrzęki – twarzy, powiek, stóp,
  • depresja,
  • duża zmienność nastrojów,
  • zaparcia lub biegunki,
  • nadmierna potliwość,
  • problemy z cholesterolem
  • podatność na przeziębienia…

Dlatego choroba Hashimoto jest podstępna – rzadko powyższe objawy kojarzymy z tarczycą. Chodzimy z nimi do kardiologa, psychologa, dermatologa, ginekologa, tłumaczymy zmęczeniem, przepracowaniem, nadmiarem obowiązków lub „urodą” swojego organizmu, a tymczasem okazuje się, że to objawy związane z nieprawidłową pracą tarczycy.

Dodam tylko, że przebieg Hashimoto jest różny i nie ma jednej jedynej metody wspierania organizmu w przebiegu tej choroby. Trzeba czasu i cierpliwości, żeby zaakceptować pewne objawy, a potem spróbować się z nimi rozprawić. Choroba autoimmunologiczna oznacza, że sam organizm wystąpił przeciwko sobie i zaczyna walczyć z sobą samym. Zwariował z jakiegoś powodu i trzeba pomóc mu wrócić na właściwą drogę – chronienia siebie i atakowania zewnętrznych wrogów. Dopóki będzie atakował siebie, nie będzie miał już dodatkowych sił, by walczyć z prawdziwymi drobnoustrojami chorobotwórczymi, stąd na przykład częste i przewlekłe przeziębienia u osób z Hashi. Nie jest to łatwe, ale da się to zrobić. Jestem tego żywym przykładem. Da się i warto. Dla siebie i swoich bliskich.

 

Kto tu jeszcze walczy tak jak ja i chce podzielić się swoją historią? Zapraszam do komentowania i mailowania.

Pozdrawiam!