Doświadczalne warsztaty „AD!AM” 5.01.2017 r

Wszyscy lubimy dotknąć, zobaczyć, usłyszeć, spróbować. Poznawanie jest bardzo naturalnym i ważnym procesem w naszym życiu. Pamiętacie lekcje chemii? Te, na których tylko pisaliśmy wzory reakcji w zeszytach i na tablicy oraz te, podczas których można było coś zmieszać? Które podobały się Wam bardziej? Ja zdecydowanie wolałam te drugie. 😉 Dlatego 5 stycznia odbyły się doświadczalne w znaczeniu naukowym warsztaty „Ale Dziecko! Ale Mama!”. 😉 Przy okazji mamy miały małą powtórkę z fizyki nt. zachowania wyglądu cieczy newtonowskich oraz nienewtonowskich. B-) Ciekawi? To zapraszam na relację.

(więcej…)

Ciasteczkowe warsztaty „Ale Dzidziuś!” 3.01.2017 r.

Noworoczne warsztaty „Ale Dzidziuś!” były bardzo pracowite, zwłaszcza dla małych rączek. Poza tańcami, które zagościły na warsztatach jako stałe elementy, były także filcowe puzzle od Gadatkowych pomocy oraz małe co nieco, dzięki czemu warsztaty były po prostu… ciasteczkowe. 😉

Filcowe karty

Tuż po powitaniu, przy którym przypomnieliśmy sobie swoje imiona oraz wiek dzieci, a także pochwaliliśmy się prezentami, które pod choinką zostawił nam Aniołek, ruszyliśmy w tany. Oczywiście na początek  było „Kółko graniaste”, w którym najbardziej podoba się wszystkim przewracanie oraz buziaki i łaskotki, a potem „Poruszanka”. Następnie wszystkie maluszki otrzymały zestaw kolorowych filcowych kart o różnej tematyce – ubrania, kuchnia, biuro, warzywa i owoce, meble, zabawki lub pojazdy. Wnętrze kart jest wyjmowane. Dzięki temu może służyć do stymulacji dotykowej, nauki kolorów i poszerzania słownictwa u najmłodszych. Niektórzy poznawali je także od strony buzi, ale jak mówi twórczyni tej pomocy „Dobrze wiedzieć, że nie tylko moje dziecko je filc.” 😛 Z kolei wszystkie mamy, które martwią się o wkładanie przez ich pociechy przedmiotów do ust uspakajam: znajoma Logopeda powiedziała, że do 18 miesiąca życia zmysł smaku jest najważniejszym narzędziem poznawania świata, więc jeśli nie jest to niebezpieczne, pozwalajmy na to dziecku. 😉

Po tej porcji wiedzy teoretycznej znów troszkę się poruszaliśmy. Krasnoludek, który się nie wyspał potrzebował masażu brzuszka, a poza tym zima za oknem, więc rzucaliśmy śnieżkami, zjeżdżaliśmy na sankach i wpadaliśmy w zaspę, a wszystko oczywiście z piosenką 😉

Ciasteczkowe zabawy

Ponieważ „małe co nieco” było mamom zapowiedziane dzień wcześniej, wszyscy dorośli uczestnicy zajęć wiedzieli, czego się spodziewać. 😉 Mamy zatem z niecierpliwością wypatrywały reakcji swoich „Ale Dzidziusiów” na wjeżdżające na salę smakołyki w postaci bananów oraz różnych rodzajów płatków – owsianych, jaglanych, żytnich, orkiszowych…. 😉 Najpierw było kosztowanie banana. Co zostało po pierwszej konsumpcji, trafiało do miseczki, gdzie zostało zgniecione. Następnie dosypywaliśmy po łyżce różne rodzaje płatków wedle upodobań mam aż masa osiągnęła konsystencję pozwalającą na toczenie z niej kuleczek. Dzieci swoimi łapkami ochoczo robiły im „bam” i „plask”, by przybrały odpowiedni ciasteczkom kształt. Tak przygotowane ciacha wszyscy zabrali do domu, gdzie upiekli je w temperaturze 175 stopni w 10 min. i skonsumowali jako przekąskę. Jak donoszą mamy – smakowały, a niektóre Maluszki nawet nie chciały słyszeć o tym, by się podzielić! Jedna gwiazdeczka również je tuliła. 😉

Tak upłynęły nam pierwsze noworoczne ciasteczkowe warsztaty „Ale dzidziuś!” w 2017 roku. Większość zabaw, poza tanecznymi została uwieczniona na fotografiach. Więcej niż w poście można obejrzeć w galerii na końcu wpisu. 

Jeśli spodobały Ci się nasze zabawy i chciałabyś dołączyć do nas ze swoim Maluchem, to zapraszam na kolejne warsztaty już w najbliższy wtorek, czyli 24 stycznia. Napisz lub zadzwoń, by się zapisać. Wszystkie dane znajdziesz w zakładce „KONTAKT/WSPÓŁPRACA” <klik>. Możesz także skontaktować się ze mną przez fanpage bloga na Facebooku: www.facebook.com/AleZjawa

Pozdrawiam 🙂

Galeria zdjęć:

Letnie ciasto jak ucierane w środku zimy :) :) :)

Za oknem zima… Trwa już jakiś czas i mnie, z natury ciepłolubnej istocie, tęskni się już za latem – słońcem, lekkim ubiorem, a przede wszystkim za OWOCAMI! Kolorowymi, świeżymi i soczystymi. A jak najłatwiej przywołać ciepłą letnią atmosferę? Dla mnie najprościej poprzez gotowanie i pieczenie. To pierwszy powód, dla którego przywołuję dzisiejszy przepis.
Drugi jest taki, że zawsze lubiłam ucierane ciasta. Niestety, odkąd jestem na diecie bezglutenowej, jeszcze takowego nie jadłam, gdyż z mąk, które pozostały mi do dyspozycji raczej wychodzą kruche wypieki niż jakiekolwiek inne. Kto próbował, ten wie 😛
Trzecim powodem jest inspiracja mojej wspaniałej koleżanki, która z powodu mojej diety sama z siebie specjalnie szuka przepisów, by miała mnie czym ugościć, kiedy przychodzę w odwiedziny. Marcelina, pozdrawiam i dziękuję! <3

Skoro już wszystko wiecie, możemy zabrać się do pracy. Gotowi?

Potrzebujemy:

  • BLENDER,
  • 300 ml oliwy z oliwek,
  • 6 jajek,
  • ok. 100 g ksylitolu,
  • 300 g zmielonych migdałów,
  • 150 g mąki kukurydzianej,
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej,
  • cała, niewoskowana cytryna,
  • ok. 350 g mrożonych borówek.

Wykonanie:

  1. Cytrynę wyszorować pod bieżącą wodą.
  2. Otrzeć z niej skórkę na tarce do miseczki.
  3. Wszystkie pozostałe składniki (oliwę, jajka, ksylitol, migdały, mąkę, proszek, sodę, skórkę z cytryny) włożyć do kielicha blendera i wszystko zmiksować na gładką, puszystą, jasnożółtą masę.
  4. Blaszkę wielkości 30 x 45 cm natrzeć tłuszczem.
  5. Wylać na nią ciasto i posypać zmrożonymi owocami.
  6. Piec w 175 stopniach z termoobiegiem ok. 30 min. do suchego patyczka. W zależności od piekarnika, czas pieczenia może być trochę dłuższy.
  7. Wyciskamy sok z cytryny.
  8. Po wyjęciu z piekarnika, jeszcze ciepłe ciasto nasączamy sokiem z cytryny.

Efekt smakowy jest niesamowity! Ciasto jak ucierane o świeżym, letnim aromacie, ale nie przesadnie kwaśne. po prostu rewelacja! Tak wyglądało moje ciacho tuż po nasączeniu sokiem. Jedna część jest bez borówek na życzenie Małego S.:

A to już stosik podany na stół:

Jeśli przeraża Was cena migdałów (mój Małż zrobił wielkie oczy w sklepie :-P), to zawsze można upiec ciasto z połowy proporcji. Jednak jest ono TAK PYSZNE, że nie warto dwa razy chodzić do sklepu, dwa razy wszystkiego mieszać, dwa razy myć blendera ani dwa razy czekać. Ciasto bezglutenowe, a mimo to jak najprawdziwsze ucierane w smaku! Warto się przekonać!

Smacznego!
P.S. oryginalny przepis zaczerpnęłam stąd <klik>, wprowadzając do niego kilka zmian.

 

Zimowe warsztaty „AD! AM!” 29.12.2016 r.

Zima w rozkwicie w tym sezonie była już w grudniu. Dzięki temu zimowe warsztaty „Ale Dziecko! Ale Mama!” odbyły się pod pełną inspiracją aury za oknem. 🙂 Były więc bałwanki, bitwa na śnieżki, zimowe tańce – pokazywańce, dla głodnych i zmarzniętych przygotowaliśmy ciasteczka, a na koniec troszkę się połaskotaliśmy. Kto zatem chętny na relację? Zapraszam!

Plastelinowy bałwanek

Jak wiadomo, ze śniegu dzieci chętnie robią bałwanki. Na nasze zajęcia również zawitały śniegowe ludziki, ale – niestety – były smutne, ponieważ brakowało im nosów, guzików, a ich nakrycia głowy były bezbarwne. Na szczęście wszystkie dzieci zgodnie postanowiły wywołać uśmiech na bałwankowych buziach i za pomocą plasteliny uzupełniły brakujące elementy. Mamy i dzieci dzieliły się pracą wedle swoich upodobań – jedna osoba odrywała małe kuleczki, a druga rozcierała je w odpowiednich miejscach.

Ciasteczka

Wszyscy wiedzą, że „Ale dzieci!” to prawdziwe łasuchy. Nawet jak w domu nie chcą za bardzo jeść, to na warsztatach zajadają aż im się uszy trzęsą. Tym razem na warsztatach zrobiliśmy misiowe „małe-co-nieco”, a mianowicie ciasteczka z bananów i różnych płatków z dodatkiem miodu i amarantusa. Najpierw banany obraliśmy ze skórki i dzieci wraz z „Ale mamami” rozgniotły je w miseczkach, następnie dodaliśmy do nich po łyżce miodu spadziowego <mniam!>, a potem jeszcze płatków aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji, z której można było robić kuleczki. Kuleczki potem dzieci spłaszczały i ciasteczka były gotowe do upieczenia. Drugie śniadanie lub podwieczorek wystarczyło już  tylko wsadzić w domu na 10 min. do piekarnika. Z relacji SMS-owych od mam wiem, że smakowały. 😉

Papierowy śnieg

Ponieważ dzieci uwielbiają bitwy na śnieżki, ale zazwyczaj przeszkadzają im grube warstwy odzieży, postanowiłam umożliwić im swobodną zabawę. Jak? Każdy dostał rolkę białego najważniejszego papieru na świecie. 😛 A potem już nie było żadnych ograniczeń. Rozwijaliśmy, zgniataliśmy, rzucaliśmy. Dzieci kładły się na podłodze, a inne zasypywały je białymi kulkami, by one mogły potem się z nich rozkopywać. 

 

Łaskotki!

Któż z nas, rodziców, nie lubi słyszeć rozkosznego głośnego śmiechu malucha? Czasem warto pomóc mu się wydobyć, dlatego… na zimowe smutki proponujemy – łaskotki! Ale nie zwyczajne, bo tym razem z użyciem kolorowych piórek. Radosny śmiech wypełnił naszą warsztatową salę, a przy okazji dzieci ćwiczyły przepony. 😉 Jak ktoś miał już dość łaskotania, to zaproponowałam dmuchanie piórek na wyścigi. Jest to doskonałe ćwiczenie oddechowe – kilka słów na ten temat tu <klik>.

 

Tak upłynęły nam zimowe warsztaty „Ale dziecko! Ale mama!”. Jak zauważyliście, po raz kolejny prawie nie ma zdjęć w tekście relacji, żeby był bardziej czytelny, za to w galeriach jest ich całe mnóstwo, więc zapraszam do ich oglądania. 😉

Jeśli spodobały Ci się zajęcia i masz ochotę uczestniczyć w nim ze swoim Szkrabem, to zapraszam na zajęcia w każdy czwartek o 10.00 lub 16.00 w Gminnym Ośrodku Kultury w Buczkowicach po wcześniejszym zapisaniu się. Kontakt przez telefon lub maila podane w zakładce „Kontakt / współpraca” <klik> albo przez wiadomość prywatną na facebookowym fanpage’u: www.facebook.com/alezjawa.
Najbliższe zajęcia odbędą się w czwartek 19 stycznia 2017 roku. 🙂

A tymczasem zostaje oglądanie zdjęć w galeriach poniżej.

Pozdrawiam! 🙂

Galeria zdjęć:

 

Przedświąteczne warsztaty AD! AM! 22.12.2016 r.

Co prawda od Świąt bożego Narodzenia minęło już trochę czasu, ale mimo wszystko chciałam opisać Wam jak wyglądały przedświąteczne warsztaty „Ale Dziecko! Ale Mama!”, ponieważ i tak wiele z zabaw można wykorzystać jeszcze teraz. Bo albo zabawa była uniwersalna do wykorzystania o każdej porze roku, albo możemy chcieć znów przywołać ten ciepły, aromatyczny, rodzinny i magiczny klimat. 

Zapach pomarańczy

Skoro wspomniałam o zapachu, to najpierw kilka słów o prostym, acz wciągającym zadaniu, którym było tworzenie wzorków na mandarynkach oraz pomarańczkach za pomocą wbijanych w skórkę goździków. Większość dzieci oczywiście najpierw skosztowała owoców, a dopiero potem zajęła się ich ozdabianiem. Poprzez wbijanie goździków dzieci ćwiczą swoje zdolności motoryczne: chwyt pęsetowy palcem wskazującym oraz kciukiem, koordynację oko – ręka: wbijanie w upatrzone miejsce. W trakcie ćwiczenia powstały ozdoby, które przez jakiś czas mogły zdobić dom rozsiewając aromatyczny cytrusowo – goździkowy zapach, a następnie można je było zjeść, co z pewnością dla wielu stanowi dodatkowy atut. 😉 

 

Sprawnościowe zmagania z samym sobą

W ramach ćwiczeń motoryki dużej na przedświąteczne warsztaty zawitały woreczki wypełnione grochem oraz szarfy. Dzieci nosiły je od linii startu do mety na ręce wyciągniętej przed siebie, a niektórzy próbowali nawet na głowie! Następnie woreczkiem trafiali do rozłożonej na podłodze szarfy, z pomocą mamy przeciągali szarfę od stóp do głów i odwrotnie i ponownie wracali na start. Ileż było radości, kiedy choć przez chwilę udało się nieść woreczek na głowie albo kiedy udawało się szarfę założyć jedną stroną, a zdjąć drugą! Aż trudno to opisać. 🙂

Rzucanie woreczkami bardzo się dzieciom spodobało, więc szybciutko na środek sali wjechały miski, do których dzieci celowały z różnych odległości. zadanie było ciekawe, ale momentami trudne, zwłaszcza, kiedy mamusie zwiększały swoim „Ale Dzieciom” odległości. Przy okazji dzieci nawiązywały pomiędzy sobą liczne interakcje, ponieważ wzajemnie podawały sobie woreczki lub się nimi wymieniały. 🙂

TA GWIAZDKA

Na co dzieci czekają przede wszystkim w wigilijny wieczór? Oczywiście aż rozbłyśnie pierwsza gwiazdka, TA GWIAZDKA, która da sygnał dla rozpoczęcia wieczerzy wigilijnej. Dlatego też odwiedziła, a właściwie sprowadziliśmy ją na nasze przedświąteczne zajęcia. 😉 Jak? Każde z dzieci otrzymało niebieską kartkę oraz szablon, od którego  pomocą swojej mamusi za pomocą farb wykonało rozgwieżdżone niebo. W galeriach na końcu posta można podejrzeć efekty tych prac.

Bańki, bańki, banieczki! 🙂 

Prawidłowy oddech jest bardzo istotny dla prawidłowego funkcjonowania całego organizmu. Od niego zależy odpowiednie natlenienie organizmu, płynność mowy, a nawet możliwość powstania wad zgryzu. Dziecko, które oddycha nieprawidłowo, w nieodpowiedni sposób układa język czy wargi. A to z kolei powoduje szereg innych niepożądanych następstw. Dlatego w profilaktyce logopedycznej ważne jest, by ten oddech przynajmniej od czasu do czasu ćwiczyć, oczywiście poprzez zabawę. 😉 Na warsztatach „AD! AM!” często wykorzystujemy w tym celu różne pomoce, o których poczytać można m. in. tu <klik> i tu <klik>, a to oczywiście jeszcze nie wszystkie 😉

Któż z nas nie lubi baniek mydlanych, prawda? Po raz kolejny wykorzystaliśmy je na zajęciach do ćwiczeń oddechowych, a jak już dzieci poćwiczyły, to…. bańki przejęły mamusie i zrobiły swoim Skarbom prawdziwy banieczkowy raj, w którym dzieci mogłyby chyba bawić się bez końca. Gorzej z płucami „Ale Mam!”. 😛 Koniecznie zajrzyjcie do galerii, jak to wyglądało. Był szał! 🙂

Bańki mają magiczną moc przyciągania i przeganiania smutków, a do tego ten bonus w postaci ćwiczeń oddechowych. Same plusy. 🙂

 

To już jest koniec…

Tak upłynęły nam przedświąteczne 90 minut zabawy przeplecionej oczywiście wspólnymi tańcami i śpiewem. Jak zauważyliście, tym razem nie ma zdjęć, żeby tekst był bardziej czytelny, za to w galeriach jest ich całe mnóstwo. 😉

Jeśli spodobały Ci się zajęcia i masz ochotę ich zakosztować ze swoim Szkrabem, to zapraszam na zajęcia w każdy czwartek o 10.00 lub 16.00 w Gminnym Ośrodku Kultury w Buczkowicach po wcześniejszym zapisaniu się. Kontakt przez telefon lub maila podane w zakładce „Kontakt / współpraca” <klik> albo przez wiadomość prywatną na facebookowym fanpage’u: www.facebook.com/alezjawa.
Najbliższe zajęcia odbędą się w czwartek 19 stycznia 2017 roku. 🙂

A tymczasem zostaje oglądanie zdjęć w galeriach poniżej.

Pozdrawiam! 🙂

Galeria zdjęć z zajęć porannych:

Galeria zdjęć z zajęć popołudniowych:

JA vs. Hashi: 1:0

Dawno nie było nic o Hashi. Wybaczcie, stale jest ze mną i chyba tak bardzo się do niego przyzwyczaiłam, że czasem o nim zapominam…. a może tak bardzo weszły mi w nawyk pewne czynności, że tyle o nim nie myślę? A może po prostu ogarnęłam się na tyle, że moje samopoczucie pozwala mi od niego nieco odetchnąć? A może mam tyle roboty, że nie wiem, w co ręce wsadzić, więc Hashi zeszło na dalszy plan? Nie, to ostatnie odpada – fakt, mam mnóstwo zajęć, ale każdy, kto cierpi na Hashi, doskonale zdaje sobie sprawę, że żaden nawał obowiązków ani sytuacja życiowa nie jest w stanie sprawić, że kiedy Hashi atakuje, da się o nim zapomnieć. Raczej jest tak, że kiedy jest rzut choroby, to o całym świecie jesteśmy w stanie zapomnieć, a o niej nie, ponieważ ma tak różne oblicza, że jak nie przysłowiowymi drzwiami, to oknem wejdzie.

Znacie to, prawda? A jeśli nie, to przypominam możliwe objawy i skutki choroby Hashimoto dla tych, którzy może jeszcze do końca nie wiedzą z czym się zmagają lub mogą zmagać oraz dla ich bliskich, którzy nie mogą zrozumieć i każą się „ogarnąć” lub przestać wydziwiać:

Gdzie atakuje Hashi?

WSZĘDZIE! Nie ma takiego miejsca na ciele i w organizmie, gdzie nie zostawiałoby śladu po sobie. Co prawda o objawach pisałam już kilka miesięcy temu tutaj <klik>, ale nie zaszkodzi jak wymienię najczęstsze obszary ataków:

– bóle w klatce piersiowej niewiadomego pochodzenia, choć kardiolog mówi, że wszystko w porządku,
– duszności, płytki oddech,
– wysypki, bolesne pryszcze,
– wzdęcia, bóle brzucha w różnych jego częściach,
– rozwolnienia i zatwardzenia,
– wypadające włosy i łamliwe paznokcie,
– sucha skóra,
– łupież,
– ciągłe uczucie zimna lub uderzenia gorąca,
– opuchnięta twarz, powieki,
– niepokój, depresja,
– płaczliwość,
– ogólne spowolnienie funkcjonowania,
– nerwowość, wybuchowość,
– niemożność skupienia się na tym, co robisz, trudności w pozbieraniu myśli,
– plączący się język, zapominanie, o czym mówisz w środku zdania, brakujące słowa, czyli tzw. mgła mózgowa (brain fog),
– częste bóle głowy, migreny,
– tycie z „powietrza”, a może chudnięcie,
– bezsenność, a może nadmierna senność,
– problemy z płodnością, zajściem w ciążę i jej donoszeniem,
– rozregulowanie pracy jajników
– bóle stawów,
– …

Może przygnębiać, prawda? To oczywiście nie jest jeszcze lista wszystkich możliwych objawów. Bardziej chodzi mi o pokazanie jak nieprzewidywalna i nieobliczalna jest ta choroba. Chcę pokazać, że atakuje zarówno na płaszczyźnie somatycznej, jak i psychicznej. Leczyć trzeba ją kompleksowo, a nie można skupiać się jedynie na pojedynczych objawach, ponieważ wtedy walczymy jedynie ze skutkami, a nie z przyczyną i efekt nigdy nie będzie trwały. Momentami przypomina to walkę z wiatrakami. Z resztą w ogóle walka z Hashi jest walką dość nierówną, ponieważ choroba Hashimoto powoduje, że organizm atakuje sam siebie, zwalcza swoją tarczycę, bardzo ważny narząd, a do tego wykańcza po kolei inne narządy przez przewlekły stan zapalny. Nie mniej jednak, pomimo to da się walczyć i to skutecznie! Nie jest to łatwe, ale można i ja jestem tego dowodem.

1:0 dla mnie

Diagnozę Hashimoto mam od 3,5 roku, ale tak jak pisałam już kiedyś, padła ona w momencie, kiedy życiowo zajęta byłam zupełnie czym innym, a lekarz powiedział mi, że to choroba, która polega na codziennym łykaniu tabletki tuż po wstaniu z łóżka przed jedzeniem i na kontroli TSH oraz ft4 dwa razy w roku. Uwierzyłam. O ja głupia!

Tak sobie żyłam w tej mojej nieświadomości aż coś nie skłoniło mnie do sprawdzenia, na co to ja w ogóle choruję, skąd się to bierze i dokąd zmierza…. Zaczęłam czytać i włosy stanęły mi dęba na głowie! Najpierw się załamałam, spojrzałam na siebie, swoje życie i okazało się, że wiele cech, które przypisywałam np. swojemu temperamentowi, to tak naprawdę oblicze… Hashi! Aa….! :-/

Potem postanowiłam działać i zaczęlam czytać… Po chwilowym przypływie energii, że się nie dam i będę walczyć, znów opadły mi „witki”… Kolejna załamka: „nie dam rady”, „za dużo tego jest”. W końcu postanowiłam jednak spróbować, bo objawy zaczęły mi doskwierać, a poza tym, jako mama nie mogłam pozwolić sobie już na zbyt wiele chwil odpoczynku, dłuższy sen. Brakowało czasu na normalną, ludzką regenerację, a co dopiero tą spowodowaną chorobą. Trzeba było koniecznie coś z tym zrobić!

Tak więc na poważnie zajęłam się sobą ok. 1,5 roku temu. Początki lekkie nie były, zmiany wprowadzałam stopniowo, choć niektóre były radykalne, gdyż inaczej się nie dało (odrzucenie glutenu <klik>). Nie mniej jednak było warto, bo efekty są – dzięki odpowiedniej diecie i suplementacji w grudniu ubiegłego roku moje wyniki badań poprawiły się na tyle, że – UWAGA, UWAGA – dawkę sztucznego hormonu można było zmniejszyć o 1/3! Uważam to za wielki swój sukces, bo oznacza to, że jednak da się z Hashi walczyć i można z tej walki wyjść zwycięsko. Moja tarczyca może powoli, ale jednak zbiera się do życia, a nie degraduje <jupi!>. Sam lekarz, zobaczywszy wyniki badań był zdziwiony, że dawki nie zostawia, nie podnosi, ale ją… obniża. Jak sam powiedział: „W tej chorobie, to się dawkę raczej podnosi, a nie obniża. Tylko się cieszyć!”. Jest MOC! 🙂

Recepta na Hashi

Objawy hashi są różne. U każdego pacjenta obraz kliniczny może być inny. Nawet jak porozmawiacie z osobami ze swojego otoczenia zdignozowanymi na Hashi, okaże się, że jedne mają to, czego nie mają inne lub macie objawy z dwóch różnych biegunów danego spektrum – jedna tyje, druga chudnie, jedna nie śpi, podczas gdy inna nie może się obudzić przez cały dzień. To może dezorientować. Wtedy czujemy się tak:

Dlatego leczenie musi być dobrane INDYWIDUALNIE.

Badania

Trzeba zrobić badania i na ich podstawie uzupełniać niedobory. No i nie cieszyć się, że jestem w „normie”, bo TSH 2 najprawdopodobniej będzie w jakiejś normie laboratoryjnej, ale takiej dla całej populacji, czyli od dziecka do osoby w wieku podeszłym, a nie jest to norma dla młodej kobiety w wieku rozrodczym. Po drugie, ft3 w normie, nie oznacza, że jest go odpowiednia ilość, bo konwersja ft4 do ft3 może być zbyt słaba, a oba wolne hormony powinny być na podobnym poziomie. Pisałam o tym tu <klik>.

Co jeszcze warto zbadać? Na pewno poziom witaminy D3, B6, B12. Kiedy robicie morfologię, to także warto sprawdzić żelazo i ferrytynę. Ponieważ żelazo może być jeszcze w normie, natomiast ferrytyna nie. Lepiej zabezpieczyć się przed anemią zawczasu niż ją leczyć. Przyda się też krzywa cukrowa oraz insulinowa, ponieważ często w parze z Hashi idzie insulinooporność, która jest odpowiedzialna na przykład za tycie, ssanie na słodkie, senność po posiłku, może prowadzić rozwoju cukrzycy w późniejszym czasie, etc.

To jeszcze nie wszystkie przydatne badania, ale te pozwolą już całkiem nieźle zobaczyć, w jakim stanie jest organizm.

Dieta

Do niedawna krążyło po necie hasło „Jesteś tym, co jesz.”. Od niedawna krąży nowe, acz podobne: „Jesteś tym, co przyswajasz.”. Prowda. 😉 Co więcej, to nie „dieta” w znaczeniu odchudzania. To dieta, która ma leczyć: pokrywać w miarę możliwości niedobory, wzmacniać odporność, pozwolić na regenerację jelit, którymi u osób z chorobami autoimmunologicznymi trzeba zająć się w pierwszej kolejności, bo tam właśnie jest często źródło problemu.

W Hashi często mamy problem z przyswajaniem wartości odżywczych, więc trzeba szczególnie zadbać o jelita i ich florę bakteryjną: oprócz zażywania probiotyków w kapsułkach czy kroplach, warto przyjmować też te naturalne, czyli kiszonki (kapusta, ogórki, marchewka, kalafior, jabłka…. co tam jeszcze umiecie zakisić. ;)) Jak już jesteśmy przy florze bakteryjnej, to od razu napomknę, że nabiałowi mówimy „NIE!”. Dlaczego? Abstrahując od tego, że mleko krowie jest dla cieląt, napomknę tylko, że ma złe proporcje składników odżywczych, przez co jest nieodpowiednie dla człowieka, a poza tym powoduje stany zapalne w organizmie, a my mamy już permanentny stan zapalny tarczycy, który chcemy wyeliminować, a nie pogłębić. A jeśłi pojawiają się Wam na ciele bolesne, często ropne wypryski, to bardzo prawdopodobne, że właśnie od spożywanego nabiału.

Oczywiście eliminujemy gluten, ponieważ uszkadza jelita, „drażni” system odpornościowy. Nie będę się teraz rozpisywać szczególnie na ten temat. Wspomnę tylko, że eliminacja glutenu spowodowała u mnie zanik wysypki na rękach, z którą walczyłam od dzieciństwa różnymi metodami, a nawet najlepszy dermatolog nie był w stanie zaradzić, ustąpienie częstych migrenowych bólów głowy, koniec większości problemów jelitowych…

Cukrowi mówimy „Żegnaj!”. Cukier powoduje obniżenie odporności, wzrost podatności na infekcje. Niekorzystnie wpływa na szkliwo zębów, trzustkę, którą zmusza do wyrzutów dużej ilości insuliny. Daje energię, ale jedynie na chwilę.  Uzależnia! Powoduje rozrost niekorzystnej flory bakteryjnej w jelitach. Utrudnia skupienie (!) – do dobrej pracy mózgu potrzebny jest w miarę stały poziom cukru w organizmie, a wahania powodują rozdrażnienie, a nwet mogą prowadzić do stanów depresyjnych.

Dodatkowo

  1. Używam pasty do zębów bez fluoru, który jest szkodliwy dla organizmu, każdego. Nie tylko tego z Hashi, ale to temat na odrębny post, więc nie będę tu go rozwijać.
  2. Nie piję herbaty – jak wyżej, czyli ze względu na fluor, nie ze względu na kofeinę, jak niektórzy sądzą.
  3. Piję czystek, rumianek, pokrzywę, oczywiście wodę i sporadycznie wyciskane soki. Mięty i melisy prze Hashi unikamy.
  4. Oprócz probiotyków, uzupełniam cynk (odporność), selen (konwersja, czasem zmniejszenie ilości przeciwciał – mój lekarz mówi, że działa u 50% pacjentów) i magnez (dla układu nerwowego).
  5. Zażywam preparat z miłorzębem japońskim na pamięć i koncentrację, z którymi miałam problemy. Kto doświadczył „mgły mózgowej”, ten wie, jak to dokucza. :-/
  6. Zażywam skrzyp z pokrzywą dla poprawy kondycji włosów, skóry i paznokci.
  7. Żeby uniknąć skoków cukru w organizmie, śniadania jem w typie diety paleo, czyli białko (mięso / ryba / wędlina / jaja) + warzywa. Do obiadu już dokładam „węgle” w postaci kaszy, ryżu lub ziemniaków. Tarczyca „nie lubi” braku węglowodanów, stąd dla równowagi cukrowej w organizmie z rana sobie odpuszczam, ale do obiadu i na podwieczorek już zajadam. 😉
  8. Kasza jaglana jest zdrowa i bezglutenowa, ale niewskazana dla osób z Hashi, bo jest „wolotwórcza”, obniża stężenie jodu we krwi. Ja unikam, ale nie eliminuję całkowicie. Raz na dwa miechy się skuszę. 😛 Wszystko z głową.
  9. Strączki jadam baaaardzo rzadko, co ciekawe, orzeszki arachidowe, czyli ziemne też są strączkami. Jeśli źle się po nich czujesz już wiesz, czemu – to nie typowy orzeszek, ale roślina strączkowa. Strączki zawierają lektyny, które działają prozapalnie, a nam już więcej stanu zapalnego nie trzeba, prawda?
  10. Soja jest bardzo mocno modyfikowana genetycznie, a zatem ona i jej przetwory, także tofu: odpadają.
  11. Z warzyw psiankowatych (ziemniaki, pomidory, papryka, bakłażany, jagody goji) lepiej zrezygnować, bo pobudzają układ odpornościowy. Nie każdy jednak musi rezygnować ze wszystkiego i na stałe. Ja np. papryki nie toleruję zupełnie, ale już ziemniaka czy pomidora od czasu do czasu spokojnie mogę zjeść. Co do bakłażana nie mam zdania, bo jadłam go kilka razy w życiu. Nie porwał mnie jego smak. 😛
  12. Jako przekąskę często zajadam różnego rodzaju orzechy, które są bardzo odżywcze – np. dwa brazylijskie pokrywają dzienne zapotrzebowanie organizmu na selen. 😉

Warto walczyć

To chyba tyle z takich ogólnych zaleceń, które stosuję wobec siebie. Jest tego sporo, ale z czasem wchodzi w krew i jest bardzo naturalne, a zakupy robi się szybko, bo mijasz w sklepie całe alejki z nabiałem, słodyczami i pieczywem. 😉 Wielu pewno zapyta, co w takim razie jeść, skoro jest tyle ograniczeń? Nie jest tak źle, jak na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać. Wystarczy przejrzeć przepisy na blogu, a zobaczycie wiele bardzo różnorodnych propozycji zarówno na słodko, jak i wytrawnych. Poza tym, ograniczenia w diecie otwierają na nowe, bo człowiek szuka, co mógły innego zjeść. Dzięki temu poznałam całą masę produktów, o których istnieniu nie miałam pojęcia, a które są pyszne i zdrowe!

Ważne jest jedno, nie dać się Hashi zastraszyć! można z nim wygrać. Trzeba wziąć „byka” za rogi. Mimo chwil zwątpienia i upadków – np. zjedzenia dużej ilości paprykowego leczo, co potem oczywiście odchrowałam…, to stwierdzam, że warto. Najpierw przychodzi zmiana samopoczucia na lepsze i właściwie myślałam, że nic więcej mi do szczęścia potrzebne nie jest. Samopoczucie było ok, sztuczny hormon co noc (właśnie – nie rano! <klik>), wyniki w normach i tak sobie żyłam 16 miesięcy na bezglutenie i z całą powyższą listą, a tu – niespodzianka! W grudniu okazało się, że wyniki poprawiły się na tyle, że można obniżyć dawkę sztucznej lewotyroksyny. Radość, radość, radość! Mój wysiłek nie idzie na marne. Walczę o siebie z dobrym skutkiem. Warto!

A jak Wy walczycie z Hashi?

Pozdrawiam wszystkie, „motyle”, życząc samych zwycięskich bojów.
Tę walkę można wygrać!

 

Sałatka z kaszą i oliwkami

Zostałam ostatnio poproszona przez jedną z Czytelniczek o więcej przepisów na sałatki. Rzeczywiście, robię ich całe mnóstwo, ale jakoś zanim zdążę pomuśleć o wpisie, już nie ma czego fotografować, więc… po wpisie, bo bez zdjęć efektu nie ma co publikować, prawda?. 😛
Sałatki są wygodnym jedzeniem do zabrania ze sobą w pudełku do pracy, robi się je szybko, a do tego efektownie wyglądają na stole. Można także łatwo przemycić w nich różne zdrowe składniki, za którymi „solo” nie przepadamy. 😉
Dziś kolejne propozycja na sałatkę z kaszą. Do dzieła! 🙂

Potrzebujemy:

Warzywa:
1 większą marchewkę lub dwie średnie,
100 g białej kaszy gryczanej,
ok. 150 g zielonego groszku,
duża garść czarnych oliwek,
pół dużej cebuli lub jedna średnia.

Przyprawy:
sól
pieprz,
kminek mielony,
suszony lubczyk,
szczypta kurkumy.

Do dekoracji:
kilka czarnych oliwek.

Z sosów ja polecam majonez, a mój eM. ketchup, choć tak naprawdę żaden nie jest konieczny. 😉

Przygotowanie:

  1. Marchew ugotować na parze i pokroić w kostkę.
  2. Kaszę ugotować w lekko osolonej wodzie i wystudzić.
  3. Groszek rozmrozić i ugotować do miękkości, a w podbramkowych przypadkach, kiedy nie ma mrożonego, można odsączyć ten z puszki. 😛
  4. Cebulę pokroić w drobną kosteczkę i przelać wrzątkiem.
  5. Oliwki odsączyć z zalewy i pokroić na połówki.
  6. Wszystkie składniki włożyć do miski, pamiętając by zostawić kilka oliwek do dekoracji.
  7. Całość posypać kminkiem (na trawienie i przeciw wzdęciom), kurkumą, pieprzem i suszonym lubczykiem, a następnie wymieszać.
  8. Podawać saute, z majonezem lub ketchupem. 😉

Sałatka jest bardzo pożywna, ponieważ jest z kaszą. Może stanowić samodzielny posiłek taki jak śniadanie, kolacja, czy podwieczorek, może być również dodatkiem do wędlin, ryb czy jaj.
 Na początku posta foto mojego dzisiejszego śniadania, w którym właśnie tej sałatce towarzyszyły parówy. Oczywiście z dobrym składem. 😉

A dla wciąż nieprzekonanych do sałatki z kaszą, polecam wpis o właściwościach odżywczych białej, czyli niepalonej kaszy gryczanej <klik>. 🙂 Z kolei dla ciekawych, po co kurkuma, polecam ten wpis <klik>.

Pozdrawiam i życzę smacznego!

Kocykowe „Ale Dziecko! Ale Mama!” – 15.12.2016 r.

Co robimy, kiedy mamy zły humor? Gdzie chowamy się jak mamy chandrę? Co często robimy w chłodny zimowy wieczór? Gdzie i w jakiej pozycji najczęściej robimy sobie domowy seans filmowy? Ależ oczywiście, że pod kocem!
Koc ma cudowne właściwości – otuli, ogrzeje, odpręży, stworzy schronienie i poczucie bezpieczeństwa. Uwielbiają koce dorośli, lubią je nastolatki, każde niemowlę ma na wyposażeniu co najmniej jeden kocyk. Że nie wspomnę o tym, że z okazji pierwszej rocznicy ślubu również z moim eM. od dziadków dostaliśmy co? Koce! każdy swój, żebyśmy się nie kłócili. 😛 😉
Tak, tak, każdy w domu ma co najmniej kilka koców, bo są uniwersalnym nakryciem łóżka, izolatorem chłodu na podłodze, a także… świetnym budulcem i zabawką. Z pomocą koca można urządzić całe mnóstwo różnych zabaw. Na warsztatach „Ale dziecko! Ale mama!” również już bawiliśmy się kocami w „naleśniki” <klik> i <kilk>. I tym razem zaproponowałam zabawę kocami, ale w nowej odsłonie. Spodobała się dzieciom i mamom chyba również. 😉
Dlatego warsztaty te zdecydowanie były „KOCYKOWE”. 😉

Klasyczny tunel

Na dobry początek zrobiliśmy konstrukcję z krzeseł oraz koców i powstał tunel, przez który dzieci, a nawet mamy przechodziły na czworakach. 😉 Niektóre „Ale Dzieci!” miały poczatkowo opory przed pokonaniem dość długiego korytarza, ale jak tylko spróbowały, to w większości nie chciały przestać pokonywać tunelu raz za razem. 😉 Tempo podróżowania było tak szybkie, że chyba żadne zdjęcie nie jest ostre, ale cóż… rozmazanie jest wprost proporcjonalne do dobrej zabawy.

Kocykowe „pojazdy”

Wydawało się, że zabawa w tunel nigdy nie straci na atrakcyjności, ale w koncu udało się namówić dzieci do zmiany aktywności. Tym razem, koce zostały, krzesła zniknęły, a materace rozsunęliśmy tak, że pomiędzy nimi powstały uliczki! I po tych uliczkach we wszystkie możliwe strony podróżowały kocykowe pojazdy, a w nich „Ale dzieci” ciągnięte przez „Ale mamy!”. Jak dokładnie wyglądała zabawa, możecie obejrzeć na filmiku <klik> i <klik>.

Świątecznie plastycznie

Przedświąteczny czas sprzyja pracom plastycznym i przygotowaniu ozdób choinkowych. Tym razem zaproponowałam przygotowanie trójwymiarowych aniołków oraz gwiazdek / śnieżynek.

Aniołki

Dzieci otrzymały gotowe, wycięte już szablony. Trzeba było ozdobić sukienki, dorysować aniołkom buzie, dokleić im włosy. Skrzydła oklejaliśmy silikonowym wypełnieniem do poduszek, a następnie łączyliśmy oba elementy ze sobą za pomocą zszywacza.

Gwiazdki / śnieżynki

Tutaj osiągnęliśmy mistrzostwo recyklingu 😉 Z rolek po zużytym papierze toaletowym, pociętych na paski, zrobiliśmy prawdziwe cuda! Wystarczyło je ze sobą posklejać, posmarować klejem po brzegach i obsypać brokatem. 🙂


 

Jeśli spodobały Ci się zajęcia i masz ochotę ich zakosztować ze swoim Szkrabem, to zapraszam na zajęcia w każdy czwartek o 10.00 lub 16.00 w Gminnym Ośrodku Kultury w Buczkowicach po wcześniejszym zapisaniu się. Kontakt przez telefon lub maila podane w zakładce „Kontakt / współpraca” <klik> albo przez wiadomość prywatną na facebookowym fanpage’u: www.facebook.com/alezjawa.
Najbliższe zajęcia są w czwartek 5 stycznia 2017 roku. 🙂

A tymczasem zostaje oglądanie zdjęć w galeriach poniżej.

Pozdrawiam! 🙂

Galeria zdjęć z zajęć porannych:

Galeria zdjęć z zajęć popołudniowych:

Taneczne warsztaty „Ale dzidziuś!” – 20.12.2016 r.

Wiecie już, że uwielbiam tańczyć, prawda? Kocham też śpiew i muzykę, bo bez niej nie byłoby tańca, lubię różne rytmy, zwłaszcza te latynoskie (salsa i bachata <3), ale też klasyczne (walc angielski i wiedeński… mmm…. rozmarzyłam się… 😉 ) Z resztą nie trudno się domyślić, że właśnie dlatego przez ładnych kilka lat byłam instruktorem zajęć tanecznych dla przedszkolaków, skoro sama jako dziecko i nastolatka trenowałam taniec towarzyski oraz współczesny, a na studiach salsowałam co najmniej tyle samo, ile się uczyłam :-P. Z tego też powodu na warsztatach, które prowadzę jest tak dużo muzyki, tańca, śpiewu, zabaw ruchowych przy muzyce, tworzenia instrumentów oraz wydobywania dźwięków. Idąc tym tropem, ostatnie zeszłoroczne zajęcia „Ale dzidziuś” zdecydowanie były właśnie taneczne!

Taneczne początki w łonie mamy

Nawet najmniejsze dzieci już w łonie matki są wrażliwe na dźwięki, czego specjalnie udowadniać nie trzeba, gdyż chyba każda mama doświadczyła kopniaka z brzucha w efekcie jakiegoś głośnego dźwięku lub po prostu usłyszenia przez maluszka znajomego głosu.

Przetestowałam to osobiście jeszcze w inny sposób.Otóż, w ciąży codziennie słuchałam jednej z trzech płyt, które bardzo lubiłam. Była to muzyka dla niemowląt i dzieci, ale skomponowana tak, że nie drażniła jednocześnie dorosłych uszu rodzica. 😉 Łączyłam więc przyjemne z pożytecznym. Kiedy urodził się Mały S. i nie wiadomo było, co mu dolega, dlaczego jest zły, co mu nie pasuje i co go drażni… włączałam płytę. I co? W trzy sekundy zazwyczaj dziecko było… ODPRĘŻONE i spokojne!

Czy z niechodzącymi dziećmi można w ogóle tańczyć? Zapyta pewno teraz wielu. Ależ oczywiście, że tak. Wspominałam o tym już ostatnio tu <klik>. Dziecko w łonie mamy przecież „tańczy”, fika koziołki i jest bujane w wodach płodowych. Ono to uwielbia i go uspakaja, a jeśli dołożymy do tego jeszcze znane od początku życia dźwięki, to już mamy przepis na uspokojenie niemowlaka!

Już od jakiegoś czasu włączałam do naszych warsztatowych zajęć muzykę i tańce, ale tym razem było ich naprawdę sporo! Oczywiście było „Kółko graniaste” z przewracaniem się, buziakami i łaskotkami oraz „Poruszanka”, której fragment można obejrzeć na FB. 😉

Oprócz tego było nam „Zimno, zimno”, więc się rozgrzewaliśmy. Śpiewnie zgadzaliśmy się ze sobą „tak, tak, tak” albo mówiliśmy „nie, nie, nie”. Poznaliśmy też malutkiego krasnoludka, z którym wymasowaliśmy brzuszki. Nasze taneczne podróże zaprowadziły nas także do lasu, gdzie zamieniliśmy się w niedźwiadki oraz ich mamy zagrzebane na zimę w swoich gawrach, a po powrocie wszystkie nasze ubrania były tak brudne, że trzeba było włączyć utwór „Praczki” i razem z nimi doprowadzić się do porządku. 😉

 

Taneczne zabawy i nie tylko!

Da się ułatwić porządki z niemowlakiem? Ależ oczywiście! Z tej okazji była zajęciach przedświąteczna „jazda na szmacie”, która dzieciom wyjątkowo przypadła do gustu. 😉 Zawinęliśmy również kilka kocykowych krokietów na świąteczne stoły. 🙂

Oprócz tego odkrywaliśmy możliwości dźwiękowe pachołków, przez które mówiliśmy lub z których słuchaliśmy dochodzących dźwięków głosu mamy. Jak się okazało jest to pomoc doskonała, ponieważ może być także budulcem wspaniałych wież lub świetną czapeczką, a nawet butem czy rękawkiem. 😉

Stymulacja dotykowa

Co prawda tym razem nie było „ciaprania”, ale jakaś stymulacja zmysłu dotyku pojawić się musiała. Tym razem wybrałam do tego folię bąbelkową. W tym celu wykorzystałam – uwaga, uwaga – trzy rodzaje folii. Wiedzieliście, że jest ich kilka? Ja znalazłam w sumie trzy:

  1. zwyczajną – o drobnych bąbelkach, z jednej strony gładką,
  2. gładką  – również o drobnych oczkach, ale z obu stron gładką. Jest nieco sztywniejsza od tej pierwszej, bąbelki trudniej pękają,
  3. o dużych, naprawdę DUŻYCH bąblach.

Moim pomysłem na zabawę było czworakowanie po folii lub owijanie się nią, ale dzieci wolały samo owijanie, „pożyczanie” sobie nawzajem kawałków lub po prostu szeleszczenie. Ot, różne wizje rzeczywistości się spotkały. 😉

 

Tak upłynęły nam ostatnie, taneczne warsztaty „Ale dzidziuś!” w 2016 roku. Większość zabaw została uwieczniona na fotografiach, których jeszcze więcej w galerii na końcu posta. Niestety, nie wszystkie, ponieważ kiedy tańczymy, to ręce zajęte mam najczęściej animacją i nie ma możliwości, by jeszcze pstrykać zdjęcia, choć czasem coś uda się zrobić, a nawet nakręcić filmik, ale te do zobaczenia są na fb <klik>.
A tymczasem zapraszam do oglądania fotek. 🙂

Pozdrawiam i życzę wszystkim dużo tańca i muzyki w tym 2017 roku! 🙂

P.S. kolejne warsztaty już jutro, czyli we wtorek 3 stycznia. Jeśli masz ochotę dołączyć do grupy ze swoim Maluszkiem, napisz lub zadzwoń. Wszystkie dane znajdziesz w zakładce „KONTAKT/WSPÓŁPRACA” <klik>. Możesz także skontaktować się ze mną przez fanpage bloga na Facebooku: www.facebook.com/AleZjawa
Galeria zdjęć:

Galeria zdjęć:

Mój eM., jego siła przebicia i mój blog

Kochani!
Nie wiem, czy wiecie, ale… mogę zacząć pisać blog!
Serio, nie żartuję. Wszystko dzięki Szymon i każdemu, kto zaufał mu… w ciemno (ma facet dar przekonywania, co nie? Już wiecie, czemu został moim eM. 😉 ).

Uzbieraliście wspólnie na Facebooku 700 polubień fanpage’a bloga, który jeszcze nie istniał. Co więcej – fp był założony bez mojej wiedzy, a umowa była taka: będzie 700 lajków, zacznę pisać blog.  Tutaj link do posta mojego eM, który założył wspomniany fp, zanim się o tym dowiedziałam(!): https://www.facebook.com/AleZjawa/posts/1852289681664917?match=xbxvbmE%3D .
Od tego wszystko się zaczęło i przerosło chyba najśmielsze oczekiwania wszystkich, ze mną na czele, bo liczbę 700 wymieniłam mówiąc: „Muszę podać coś nierealnego… niech będzie 700!”.

Mocno się zdziwiłam, kiedy okazało się, że Wasze poparcie rośnie w siłę z dnia na dzień. Pisali do mnie znajomi, żebym już się tak nie opierała i wzięła się do roboty. Koleżanka powiedziała nawet, że jak ja zacznę blogować, to ona założy sobie konto na FB (Ola, wciąż trzymam Cię za słowo! 😛 ).
Początkowo nie chciałam – przede wszystkim bałam się, że nie dam rady, że nie potrafię, że nie poradzę sobie z krytyką, że nie będę potrafiła bronić swoich argumentów, że braknie mi umiejętności z zakresu obsługi social mediów, że… długo by wymieniać.

Koniec końców (hasło mojej przyjaciółki z czasów licealnych – pozdrawiam, $ledziku, gdziekolwiek w świecie teraz jesteś!), blog zaczęłam prowadzić, kiedy na liczniku było trochę ponad 200 polubień, bo kiedy zobaczyłam to wsparcie znajomych oraz znajomych naszych znajomych, nie mogłam postąpić inaczej.  Schowałam lęki do kieszeni, pomyślałam „raz kozie śmierć”, wzięłam głęboki oddech i usiadłam przed komputerem. Dobry pocztek, nie?

Potem było trochę trudności, ale jak wiadomo, nie od razu Kraków zbudowano.

Dziękuję Tobie, mój eM!

Nie miałam pojęcia o pisaniu postów, dodawaniu i szukaniu darmowych zdjęć, domenach, hostingach, SEO i milijonie innych rzeczy. W głowie mnóstwo rzeczy do powiedzenia, pomysłów na artykuły, ale umiejętności trochę brak, żeby to zrealizować. Wszystkiego nauczył mnie mój eM. Ten blog, to jego dzieło od strony formalnej. On jest moim głównym motorem i wsparciem. On wie, jak przetransportować blog z bloggera na wordpressa, jak znaleźć dobre grafiki, itp. Dziękuję Ci, Szymonie za Twój wkład w ten mój skrawek internetowej przestrzeni! :*

Dziękuję Tobie, mój Czytelniku!

A Wam, Kochani, dziękuję za zaufanie, zaangażowanie, każdy komentarz, polubienie, wiadomość prywatną z prośbą o poradę lub z podzieleniem się jak Wasza Pociecha się rozwija, jak pokazuje, czego nauczyła się na warsztatach lub jak bawiła się w domu pod wpływem blogowej inspiracji. Jesteście moją siłą napędową, wiatrem w żagle, ogromną radością i dumą zarazem. Tak, Ty – mamo, ciociu, babciu, tato, pedagogu czy nauczycielu, Ty – moja znajoma lub nie cierpiąca na chorobę Hashimoto, Ty – osoba na diecie bezglutenowej czy beznabiałowej jak ja. Każdy z osobna w kontakcie osobistym na żywo lub przez internet albo telefon.

Tak oto ja, blogująca mama i pedagog z Hashi, kończę ten rok.
Jeszcze raz dziękuję i polecam się na przyszłość tutaj na blogu, na facebookowym fanpage’u Ale Zjawy , na warsztatach i na kawie , a tymczasem życzę cudownego 2017 roku!

Do siego roku, Kochani!

P.S. A to mrowie kolorowych piłeczek na zdjęciu we wstępie, to te wszystkie moje pomysły na zabawy, wiedza pedagogiczna oraz ciekawostki żywieniowe… Już wiecie, czemu miałam pisać blog? Bo mój eM już tego chyba nie mógł słuchać 😛