Ciasteczkowe warsztaty „Ale Dzidziuś!” 3.01.2017 r.

Noworoczne warsztaty „Ale Dzidziuś!” były bardzo pracowite, zwłaszcza dla małych rączek. Poza tańcami, które zagościły na warsztatach jako stałe elementy, były także filcowe puzzle od Gadatkowych pomocy oraz małe co nieco, dzięki czemu warsztaty były po prostu… ciasteczkowe. 😉

Filcowe karty

Tuż po powitaniu, przy którym przypomnieliśmy sobie swoje imiona oraz wiek dzieci, a także pochwaliliśmy się prezentami, które pod choinką zostawił nam Aniołek, ruszyliśmy w tany. Oczywiście na początek  było „Kółko graniaste”, w którym najbardziej podoba się wszystkim przewracanie oraz buziaki i łaskotki, a potem „Poruszanka”. Następnie wszystkie maluszki otrzymały zestaw kolorowych filcowych kart o różnej tematyce – ubrania, kuchnia, biuro, warzywa i owoce, meble, zabawki lub pojazdy. Wnętrze kart jest wyjmowane. Dzięki temu może służyć do stymulacji dotykowej, nauki kolorów i poszerzania słownictwa u najmłodszych. Niektórzy poznawali je także od strony buzi, ale jak mówi twórczyni tej pomocy „Dobrze wiedzieć, że nie tylko moje dziecko je filc.” 😛 Z kolei wszystkie mamy, które martwią się o wkładanie przez ich pociechy przedmiotów do ust uspakajam: znajoma Logopeda powiedziała, że do 18 miesiąca życia zmysł smaku jest najważniejszym narzędziem poznawania świata, więc jeśli nie jest to niebezpieczne, pozwalajmy na to dziecku. 😉

Po tej porcji wiedzy teoretycznej znów troszkę się poruszaliśmy. Krasnoludek, który się nie wyspał potrzebował masażu brzuszka, a poza tym zima za oknem, więc rzucaliśmy śnieżkami, zjeżdżaliśmy na sankach i wpadaliśmy w zaspę, a wszystko oczywiście z piosenką 😉

Ciasteczkowe zabawy

Ponieważ „małe co nieco” było mamom zapowiedziane dzień wcześniej, wszyscy dorośli uczestnicy zajęć wiedzieli, czego się spodziewać. 😉 Mamy zatem z niecierpliwością wypatrywały reakcji swoich „Ale Dzidziusiów” na wjeżdżające na salę smakołyki w postaci bananów oraz różnych rodzajów płatków – owsianych, jaglanych, żytnich, orkiszowych…. 😉 Najpierw było kosztowanie banana. Co zostało po pierwszej konsumpcji, trafiało do miseczki, gdzie zostało zgniecione. Następnie dosypywaliśmy po łyżce różne rodzaje płatków wedle upodobań mam aż masa osiągnęła konsystencję pozwalającą na toczenie z niej kuleczek. Dzieci swoimi łapkami ochoczo robiły im „bam” i „plask”, by przybrały odpowiedni ciasteczkom kształt. Tak przygotowane ciacha wszyscy zabrali do domu, gdzie upiekli je w temperaturze 175 stopni w 10 min. i skonsumowali jako przekąskę. Jak donoszą mamy – smakowały, a niektóre Maluszki nawet nie chciały słyszeć o tym, by się podzielić! Jedna gwiazdeczka również je tuliła. 😉

Tak upłynęły nam pierwsze noworoczne ciasteczkowe warsztaty „Ale dzidziuś!” w 2017 roku. Większość zabaw, poza tanecznymi została uwieczniona na fotografiach. Więcej niż w poście można obejrzeć w galerii na końcu wpisu. 

Jeśli spodobały Ci się nasze zabawy i chciałabyś dołączyć do nas ze swoim Maluchem, to zapraszam na kolejne warsztaty już w najbliższy wtorek, czyli 24 stycznia. Napisz lub zadzwoń, by się zapisać. Wszystkie dane znajdziesz w zakładce „KONTAKT/WSPÓŁPRACA” <klik>. Możesz także skontaktować się ze mną przez fanpage bloga na Facebooku: www.facebook.com/AleZjawa

Pozdrawiam 🙂

Galeria zdjęć:

Sałatka z kaszą i oliwkami

Zostałam ostatnio poproszona przez jedną z Czytelniczek o więcej przepisów na sałatki. Rzeczywiście, robię ich całe mnóstwo, ale jakoś zanim zdążę pomuśleć o wpisie, już nie ma czego fotografować, więc… po wpisie, bo bez zdjęć efektu nie ma co publikować, prawda?. 😛
Sałatki są wygodnym jedzeniem do zabrania ze sobą w pudełku do pracy, robi się je szybko, a do tego efektownie wyglądają na stole. Można także łatwo przemycić w nich różne zdrowe składniki, za którymi „solo” nie przepadamy. 😉
Dziś kolejne propozycja na sałatkę z kaszą. Do dzieła! 🙂

Potrzebujemy:

Warzywa:
1 większą marchewkę lub dwie średnie,
100 g białej kaszy gryczanej,
ok. 150 g zielonego groszku,
duża garść czarnych oliwek,
pół dużej cebuli lub jedna średnia.

Przyprawy:
sól
pieprz,
kminek mielony,
suszony lubczyk,
szczypta kurkumy.

Do dekoracji:
kilka czarnych oliwek.

Z sosów ja polecam majonez, a mój eM. ketchup, choć tak naprawdę żaden nie jest konieczny. 😉

Przygotowanie:

  1. Marchew ugotować na parze i pokroić w kostkę.
  2. Kaszę ugotować w lekko osolonej wodzie i wystudzić.
  3. Groszek rozmrozić i ugotować do miękkości, a w podbramkowych przypadkach, kiedy nie ma mrożonego, można odsączyć ten z puszki. 😛
  4. Cebulę pokroić w drobną kosteczkę i przelać wrzątkiem.
  5. Oliwki odsączyć z zalewy i pokroić na połówki.
  6. Wszystkie składniki włożyć do miski, pamiętając by zostawić kilka oliwek do dekoracji.
  7. Całość posypać kminkiem (na trawienie i przeciw wzdęciom), kurkumą, pieprzem i suszonym lubczykiem, a następnie wymieszać.
  8. Podawać saute, z majonezem lub ketchupem. 😉

Sałatka jest bardzo pożywna, ponieważ jest z kaszą. Może stanowić samodzielny posiłek taki jak śniadanie, kolacja, czy podwieczorek, może być również dodatkiem do wędlin, ryb czy jaj.
 Na początku posta foto mojego dzisiejszego śniadania, w którym właśnie tej sałatce towarzyszyły parówy. Oczywiście z dobrym składem. 😉

A dla wciąż nieprzekonanych do sałatki z kaszą, polecam wpis o właściwościach odżywczych białej, czyli niepalonej kaszy gryczanej <klik>. 🙂 Z kolei dla ciekawych, po co kurkuma, polecam ten wpis <klik>.

Pozdrawiam i życzę smacznego!

Proste i szybkie placuszki z cukinii

Mam w ogródku niedużą grządkę. Muszę zatem co roku dobrze zaplanować, co  i gdzie na niej posieję lub wsadzę. Jest to o tyle fajne, że nie nudzi mi się nigdy jej zawartość, bo nigdy nie ma na niej tego samego. Zawsze jednak muszę znaleźć mniejszy lub większy kawałek miejsca na jedno warzywo: grządka bez cukinii u nas po prostu nie istnieje. 🙂

Ten sezon był w tym względzie zupełnie nietypowy, ponieważ zazwyczaj już na początku lipca mogę cieszyć się swoimi pięknymi zielonymi plonami tego warzywa, a tymczasem… w lipcu wciąż był tylko kwiaty. Oj, dużą cierpliwością musiałam się wykazać! Za to w jesieni miałam tyle cukinii, że aż musiałam rozdawać, bo przerobić nie byłam, a właściwie wciąż nie jestem w stanie. Tym sposobem jadamy cukiniowe ciacho <klik>, jemy cukinię grillowaną jako przekąskę, zaczynamy obiad cukiniową zupą, a na drugie danie mamy cukiniowe placki…. Prawie jak w tym wierszyku o robaczku, który nie chciał już więcej jabłuszek 😛 Na szczęście u nas nie wszystko z wymienionej listy jest codziennie. Ufff…. 😉

Cukinia to warzywo bardzo łatwe w uprawie. Wymaga co prawda w miarę żyznej ziemi, ale poza tym już tylko nawadniania. Jest odporna na warunki pogodowe i choroby. Jest bardzo efektowna do uprawy na grządce, bo bez większych zabiegów rośnie naprawdę duża, a do tego może być zielona, pasiasta lub żółta, więc dzieciom bardzo się podoba.

Jaka siła w cukinii drzemie?

Cukinia jest warzywem lekkostrawnym, o delikatnym smaku, więc świetnie nadaje się już dla malutkich dzieci. Co ciekawe warzywo to praktycznie nie gromadzi w sobie metali ciężkich! Ze względu na zawartość kwasu foliowego, cukinia jest wskazana dla kobiet ciężarnych.

W skórce cukinii znajduje się beta-karoten, kwas foliowy, witamina C, wapń, potas, a także takie rzadkie pierwiastki jak mangan i selen! W całym warzywie znajdziemy witaminy C, A, K, witaminy z grupy B, wapń, magnez, potas, cynk, fosfor i żelazo. Cukinia zawiera także substancje o działaniu alkalizującym, czyli neutralizującym, więc jest dobrym składnikiem diety dla osób z problemem nadkwasoty żołądka.

W większości warzywo to składa się z wody, dlatego jest niskokaloryczne i zalecane przy odchudzaniu – 100 g ma tylko ok. 16 kcal.

Jej zastosowanie w kuchni jest baaaardzo szerokie – od grillowania, przez nadziewanie, sałatki, zupy do placuszków i ciast. 🙂 Ja mam nawet wśród przetworów na zimę cukinię „na słodko”, która smakuje jak… ananas!

Dziś przedstawię Wam przepis na szybkie i oczywiście bezglutenowe placuszki cukiniowe.

Potrzebujemy:

jedną średnią cukinię,

niedużą cebulę,

3 jajka,

kilka łyżek mąki gryczanej,

trzy łyżki mąki ryżowej,

pół szklanki wody,

przyprawy: sól, pieprz, suszony lubczyk, suszona zielona pietruszka, estragon, kurkuma,

olej do smażenia.

Przygotowanie:

  1. Cukinię umyć (można obrać ze skórki, jeśli jest sklepowa, ale jeśli „swojska”, to lepiej zostawić, bo w niej jest dużo wartości odżywczych),wykroić środek i zetrzeć na grubych oczkach.
  2. Cebulę obrać, pokroić w drobną kostkę i dodać do cukinii.
  3. Wbić jajka, dodać wodę i wymieszać.
  4. Dodać po trzy łyżki mąki ryżowej oraz gryczanej i znów wymieszać. Jeśli masa nie pochłonęła całej wody, dodawać po łyżce do skutku mąki gryczanej. 🙂
  5. Doprawić do smaku solą, pieprzem, lubczykiem, pietruszką, estragonem i kurkumą.img_20161103_080316
  6. Smażyć na rozgrzanej patelni po kilka minut z każdej strony i pałaszować ze smakiem. 🙂img_20161103_084710img_20161103_084616img_20161103_084600

A jakie są Wasze pomysł na wykorzystanie cukinii?

Pozdrawiam! 🙂

 

Szybka kolacja – wykwintna wątróbka

Tempo życia mamy ogromne, zapotrzebowanie na większą ilość czasu i szybkie posiłki rośnie. Z tego też powodu, uwielbiam potrawy, które można przyrządzić w kwadrans. Lubię jednak, by były to posiłki na ciepło, zimna płyta nie zadowala mojego brzucha tak dobrze. 😛 Stąd też dziś przedstawiam przepis na mega szybką, a jednocześnie bardzo wykwintną potrawę, której żaden kucharz się nie powstydzi. Co ciekawe, smakuje nawet tym sceptycznie nastawionym do owoców w wytrawnych daniach. Dziś:  wątróbka z żurawiną.

Wątróbka, żurawina i cebula

Dzienne zapotrzebowanie na żelazo u kobiet wynosi 18mg, u mężczyzn 12, a w 100 g wątróbki jest go aż 10 mg! Warto ją jeść? Warto! Poza tym, zawiera ona cynk, który jest ważny dla prawidłowego funkcjonowania układu immunologicznego i powstawania odpowiedniej ilości testosteronu, kwas foliowy, witaminę A, witaminy z grupy B i białko, a do tego jest naprawdę tania.

zurawinaW naszej potrawie mamy także suszoną żurawinę, a to również bomba zdrowia, której w naszej diecie powinno być dużo. Zawiera witaminy C, E oraz z grupy B, poza tym sód, potas, fosfor, wapń, magnez, żelazo, cynk, miedź. Owoce żurawiny mają działanie antybakteryjne i przeciwgrzybiczne. Jest źródłem przeciwutleniaczy, więc stosuje się ją w profilaktyce chorób serca, miażdżycy, pomaga utrzymać odpowiedni poziom „dobrego” cholesterolu. Ponadto pomaga w walce z infekcjami dróg moczowych, wrzodami żołądka, czy chorobami dziąseł.

cebulaNo i na koniec powszechnie znana i używana cebula. Zawiera witaminy takie jak: C, witaminy z grupy B, E, K, PP; ponadto minerały krzem, cynk, siarkę, wapń, sód, potas. Cebula jest niskokaloryczna, przyspiesza metabolizm i ułatwia trawienie, usuwa nadmiar wody z organizmu, obniża poziom cukru we krwi, ma działanie antybakteryjne i przeciwwirusowe. Ma działanie rozrzedzające krew, więc przeciwdziała zakrzepom, pomaga także w obniżeniu ciśnienia tętniczego. Cebula jest grzybobójcza, więc wspiera organizm po kuracji antybiotykami, pomaga też w zneutralizowaniu jadu po ukoszęniu komara czy pszczoły – wystarczy przyłożyć przekrojoną na pół cebulę do opuchniętego miejsca.

Co ważne? Cebula nie traci swoich właściwości w trakcie obróbki termicznej! Chyba, że smażymy ją bez pokrywki w smalcu. Nawet w oleju, ale pod przykryciem nie straci swoich właściwości.* 🙂
I jeszcze jedno – na surowo przy chorej wątrobie, nerkach czy zapaleniu jelit jest niewskazana, ale po obróbce termicznej już mogą ją spożywać wszyscy. 🙂
Ciekawostka za bonavita.pl: „Cebula jest również doskonałym lekarstwem na kaca. (…) Serwowana przez Francuzów w formie zupy była ukojeniem dla wracających nad ranem imprezowiczów.”

Z prostego przepisu na szybką kolację zrobił się wykład na temat właściwości zdrowotnych wątróbki, żurawiny i cebuli. 😛 Nie mniej jednak wracając do głównego wątku – wątróbka z żurawiną jest pyszna i zdrowa, więc zabieramy się za gotowanie.

Potrzebujemy:

-25 dag wątróbki drobiowej,
– mała cebula lub pół,
– garść suszonej żurawiny,
– łyżka oleju kokosowego,

– sól do smaku,
– śliwka i nektaryna do dekoracji potrawy.

To proporcja dla dwóch osób. 🙂

Przygotowanie:

  1. Wątróbkę opłukać, usunąć wszystkie błonki (ja wykrawam z zapasaem zwłaszcza te miejsca, gdzie mogą być resztki żółci) pokroić na mniejsze kawałki.
  2. Obrać cebulę i połowę pokroić ją w krążki.
  3. Rozpuścić na patelni tłuszcz i w nim podsmażyć cebulkę.
  4. Kiedy cebula będzie lekko zeszklona, dorzucić pokrojoną i osuszoną w ręczniku papierowym wątróbkę.
  5. Po około 2-3 minutach dodać suszoną żurawinę i wszystko razem dalej dusić mieszając co chwilę.
  6. W tym czasie nektarynę i śliwki kroimy na plasterki i układamy na talerzu.
  7. Wątrówbka z żurawiną jest gotowa po ok.10 minutach. Uwaga! Zbyt długie smażenie wątróbki również powoduje jej twardnienie, więc trzeba uważać, żeby nie „przedobrzyć”.
  8. Przekładamy zawartość patelni na talerze i solimy dopiero tuż przed podaniem. Inaczej wątróbka również zrobi się twarda!

img_20160921_200112

Ot i cała filozofia smażenia wątróbki. Potrawa szybka, tania i elegancka. Co więcej – bardzo zdrowa.
Życzę zatem:

SMACZNEGO!

 

*Źródło: Fragment o cebuli z „Wykładu o sposobie żywienia i pielęgnowania organizmu ludzkiego”. O. Jan Grande, Łódź 1990.

 

Chleb bezglutenowy z… kaszy i … tylko kaszy!

Każdy, kto był / jest / próbował przejść na dietę bezglutenową na „dzień dobry” ma problem podstawowy, a jest nim CHLEB. Co ja teraz będę jeść na śniadanie? Co z kolacją? Jak zrobić kanapki do szkoły? Co zjem w pracy? To jest chwila, w której okazuje się, że… nasza polska dieta wcale nie schabowym, zasmażanoą kapustą i ziemniakami, a jednak… chlebem stoi! Sama na początku miałam ten problem, o czym pisałam tu <klik>.

Czym zastąpić chleb??? Najlepiej niczym i wtedy nie będzie rozczarowania smakiem, składem lub ceną bezglutenowych gotowych sklepowych produktów. One bowiem NIGDY nie będą mieć takiego smaku jak te z glutenem, więc nie próbujmy się go doszukiwać. Ponadto, sklepowe gotowce to często przysłowiowa tablica Mendelejewa i co prawda omijamy gluten szerokim łukiem, ale co z tego, jeśli zjadamy mnóstwo niezdrowych konserwantów, które z resztą wcale często nie smakują zbyt dobrze.

Czasem jednak ma się ochotę na tę osławioną kanapkę, do której chleb jest jednak niezbędny. 😉 Co wtedy?

Ja osobiście polecam chleb, który skłąda się z zaledwie dwóch składników i jednej przyprawy:
– kaszy gryczanej nieprażonej, tzw. białej,
– wody,
– soli.

Jak przyrządzić taki chleb?

  1. Płuczemy ok. 400 g białej kaszy gryczanej na sitku.img_20160902_090856
  2. Zalewamy kaszę wodą tak, by jej poziom był ok. 1 cm ponad ziarnami i zostawiamy na ok. 12 godz.img_20160902_090933
  3. Po tym czasie kasza spuchnie. Uzupełniamy wodę tak, by jej poziom był na równi z kaszą i zostawiamy na kolejne 12 godzin.img_20160903_083611
  4. Po tym czasie przekładamy kaszę do miski, dodajemy płaską łyżeczkę soli himalajskiej i wszystko bardzo dokładnie blendujemy.img_20160903_084154
  5. Przekładamy masę do keksówki.img_20160903_085007
  6.  Wkładamy masę do piekarnika i niech sobie tam leży kolejne 12 – 24 godz. Po tym czasie na masie zrobi się lekki „brzuszek”. Po 12 już można piec, ale jak poczekamy 24, to ciut bardziej wyrośnie.
    img_20160903_085003
  7.  Nie wyciągając chleba z piekarnika, nagrzewamy go do 200 stopni i pieczemy godzinę z termoobiegiem.
    Po tym czasie wyciągamy go z piekarnika i studzimy.

    Teraz pozytywna wiadomość dla wystrachanych. 😉 Chleb prezentowany na zdjęciu został przeze mnie zapomniany w piekarniku na 10 minut przed końcem pieczenia i piekł się… dwie godziny, czyli raz dłużej niż trzeba. Nic specjalnego mu nie dolega! Mimo to, można było skonsumować go bez obaw. Nawet się nie zwęglił 😛 Tylko pękł, ale biorąc pod uwagę możliwe konsekwencje, to i tak nic. 😛
    Miałam zrobić jeszcze fotkę ukrojonej kromki, ale nie zdążyłam, bo znikł w naszych brzuchach, zanim zdążyłam to zrobić. 😛

    Chleb z kaszy gryczanej lekko wyrasta, w środku ma charakterystyczne oczka od „wyrastania” w piekarniku przed pieczeniem. Jest też bardzo syty. Dwie kromki to wystarczający dla mnie posiłek!

img_20160904_090756

img_20160904_090805

 

Po wypróbowaniu przepisu, proponuję robić od razu dwa bochenki i ten drugi pokrojony na kromki zamrozić i wyciągać potrzebną ilość wedle zapotrzebowania. 😉 Chleb się nie kruszy, jest wilgotny, a skórkę ma chrupiącą.

Polecam! 🙂

Pasztet nieklasyczny

S., co byś zjadł na śniadanie? Pasztet!
S., co byś chciał na podwieczorek? Wafla ryżowego z pasztetem!
S., co chciałbyś dostać dziś na kolację? Sam pasztet!
Mały S. go uwielbia. Z resztą jak cała nasza rodzina.
Pasztet na chleb, na wafla, na ciepło w sosie lub – ostatnie odkrycie mojego Małża – pasztet w toście. Możliwości miliony, a smak rozpływającego się w ustach pasztetu po prostu cudowny. Tylko jak go zrobić? Bo przecież nie jemy tylko i wyłącznie pasztetu warzywnego, o którym pisałam tu <klik>. Poza tym, ja nie jem też glutenu, więc klasyka z dodatkami typu bułka odpada. Czasem warto poszukać rozwiązań najprostszych – oto przepis prosty jak drut na pasztet mięsno – warzywny. 🙂

Składniki:

  • 1 kg łopatki (może być też karczek lub szynka, ale łopatka moim zdaniem jest najlepsza)
  • 0,5 kg podgardla
  • 0,3 dag wątróbki (ja daję drobiową)
  • ok. kilograma warzyw korzennych: marchew, pietruszka, seler w dowolnych proporcjach
  • cebula
  • liść laurowy
  • sól, pieprz, kozieradka, kolendra
  • olej kokosowy do wysmarowania formy

Przygotowanie:

  1. Z podgardla odkroić skórę.
  2. Łopatkę i podgardle bez skóry pokroić w dużą kostkę.
  3. Warzywa korzenne: marchew, pietruszkę i seler obrać ze skóry i pokroić na mniejsze kawałki.
  4. Łopatkę, podgardle, odkrojoną z niego skórę, wątróbkę i warzywa włożyć do garnka, dodać liść laurowy, łyżeczkę soli, zalać zimną wodą, zagotować i gotować do miękkości.
  5. Wyjąć z wywaru mięso i warzywa do miski, lekko przestudzić.
  6. Usunąć liść laurowy i wygotowaną skórę z podgardla, dołożyć posiekaną cebulę i pozostałe przyprawy, czyli kozieradkę i mieloną kolendrę.
  7. Wszystko DOKŁADNIE zblendować.
  8. Spróbować masy. 🙂 Jeśli jest za mało ostra lub za mało słona, doprawić.
  9. Przełożyć do wysmarowanego tłuszczem naczynia żaroodpornego lub keksówki.
  10. Piec w temperaturze 175 stopni z termoobiegiem około godziny.
  11. Wyciągnć z piekarnika, wystudzić i po kilku godzinach wyjąć z formy.
  12. Pałaszować ze smakiem.

Uwagi:

  1. Nie, nie trzeba jajek, by pasztet się trzymał. Mięsko ma w sobie tłuszcz, który jest doskonałym łącznikiem.
  2. Nie, nie trzeba żadnej bułki tartej ani chleba: warzywa pełnią rolę „spulchniacza”.
  3. Proporcje mięsa i warzyw można sobie zmieniać pod własne gusta smakowe i potrzeby. Warzyw może być nawet 1:1 z mięsem i też pasztet wyjdzie. Będzie wtedy delikatniejszy.
  4. Pasztet można spokojnie mrozić. Ponieważ nie znam dnia ani godziny, kiedy usłyszę „Mamo, pasztetu!”, zawsze dwie porcje wkładam do zamrażarki. Jeśli jest potrzeba, rozmrażam w lodówce przez noc. Pasztet ten nie traci swoich właściwości, jeśli chodzi o konsystencję, nadal można go kroić, nie sypie się.
  5. WYWAR ZOSTAWIĆ. 🙂 Po pierwsze można na nim ugotować jakąś smaczną zupę, można też zamrozić w woreczkach do robienia kostek lodu i dodawać po trochu, kiedy gotujecie zupę, a można też wykorzystać go do podlewania risotto.

Życzę smacznego i czekam na Wasze recenzje!

Pozdrawiam 🙂

Jak pasztet latem, to musi być… warzywny!

Uwielbiają je chyba wszyscy. Nie znam chyba nikogo, kto oparłby się prawdziwemu, pieczonemu w domu aromatycznemu pasztetowi, który może być zarówno dodatkiem do kanapki, jak i samodzielną przekąską lub składnikiem dania obiadowego z dobrym sosikiem. Wam też smakują? To świetnie, bo mam dziś przepis na pyszny pasztet WARZYWNY. Tak, tak – z warzyw też można zrobić pasztet. 🙂 Nie dość, że jest to jakaś odmiana na talerzu, to jeszcze bomba witamin, a do tego dobry sposób na podanie dziecku warzyw w nowej formie. Poza tym, latem mamy ochotę na potrawy „lekkie” i pełne kolorów, a takie są właśnie warzywa. Ja piekę pasztety z cukinii, soczewicy, czy mieszanki warzyw korzennych. I to właśnie na ten ostatni dziś chciałam zdradzić Wam mój sekret.

 

SKŁADNIKI:

  • ok. 1,2 kg warzyw korzennych w dowolnych proporcjach. Ponieważ moje dziecko lubi żółty pasztet, u mnie jest to ok. 0,6 kg marchewki, do tego seler, a resztę uzupełniam pietruszką,
  • 100 g oleju kokosowego,
  • 10 łyżek płatków gryczanych nieprażonych,
  • 3 jajka,
  • cebula, ząbek czosnku
  • posiekana lub suszona zielona pitruszka,
  • drobno posiekany lub suszony lubczyk,
  • sól, pieprz, kozieradka, liść laurowy.

PRZYGOTOWANIE:

  1. Warzywa korzenne obieramy, myjemy, kroimy na mniejsze części zalewamy wodą, do której wrzucamy liść laurowy i wszystko gotujemy do miękkości.
  2. Po ugotowaniu wyciągamy warzywa z wody łyżką cedzakową. WYWAR ZOSTAWIAMY. Liść laurowy wyrzucamy.
  3. Siekamy cebulę, czosnek przeciskamy przez praskę.
  4. Wkładamy do miski ugotowane warzywa, jajka, olej kokosowy (nie trzeba go rozpuszczać, ale jak się komuś chce, to na pewno łatwiej się rozprowadzi podczas blendowania 😉 ), płatki gryczane, posiekaną wcześniej cebulę i czosnek.Zdjęcie6520
  5. Wszystko blendujemy na gładką masę.Zdjęcie6521
  6. Dolewamy część wody, która została z gotowania warzyw. Dodajemy przyprawy: łyżkę siekanej pietruszki i łyżkę siekanego lubczyku oraz mieloną kozieradkę, sól i pieprz.Zdjęcie6522
  7. Wszystko dokładnie mieszamy, by wywar się wchłonął. Masa będzie dość rzadka. Tak ma być, żeby po upieczeniu pasztet był gładki i dobrze się rozsmarowywał. 🙂Zdjęcie6523
  8. Keksówkę lub naczynie żaroodporne podobnych rozmiarów trzeba posmarować tłuszczem, przełożyć do niego masę i piec ok.70 min. w temp. 175 stopni. Gdyby góra się zbyt przypiekała, to wystarczy przykryć pasztet folią aluminiową na pozostały do końca czas pieczenia.
    Z podanych proporcji wyjdą dwie typowe małe sklepowe aluminiowe keksówki lub jedna średnia. Moje naczynie żaroodporne jest wymiarów: 24 cm dł x 12 cm szer. x 5 cm wys. To wymiary wewnętrzne. I z tej proporcji wychodzi dokładnie jeden taki blok pasztetu.
  9. Po wyjęciu z piekarnika pasztet studzimy w naczyniu i zimny wyciągamy z foremki przez jej obrócenie do góry dnem. Można sobie pomóc okrawając pasztet dookoła nożem. Jak dalej nie chce wyjść, polecam ostukiwanie naczynia do skutku. 😉 Bo sklepową aluminiową keksówkę można po prostu rozciąć i po problemie. 😉

A to moja śniadaniowa propozycja podania z wędliną i domowymi ogórkami małosolnymi, na które przepis już niedługo! 😉

 

Pasztet można rozsmarowywać na kanapkach, kroić w grube plastry. Może być podany na zimno lub na ciepło na przykład z sosem pieczarkowym lub koperkowym. Wtedy mamy wersję obiadową, która u nas w domu też jest bardzo lubiana. 🙂 A Wy którą preferujecie?

Pozdrawiam i życzę SMACZNEGO!

 

Lato = wakacje = gofry!

Nie znam takiego, co by się gofrom oparł. 😉
Musiałam zatem stworzyć jakiś bezglutenowy przepis, bo choć Małż mój i Dziecię nie są bezglutenowi, to nie mogłabym przecież dla nich piec i zdobić całych stosów tych pyszności, a samej obchodzić się jedynie smakiem. 😉 Dlatego dziś kulinarnie wybieramy się na wakacje pod palmami. 😉

Składniki:
1 szklanka mąki ryżowej
1 szklanka mąki kukurydzianej
1 łyżeczka proszku do pieczenia (bezglutenowy)
3 łyżki ksylitolu (oczywiście można pominąć)
1 szklanka wody / mleka roślinnego / pół szklanki mleka koziego z połową szklanki wody
4 łyżki oleju
kilka kuleczek wyciągniętych z laski wanilii
3 jajka (mogą być też 2 żółtka i 3 białka)
olej do smarowania gofrownicy
owoce do dekoracji – dowolne

Wykonanie:
Rozgrzewamy gofrownicę. 😉
1. Do miski wlewamy wodę / mleko i dodajemy jedno całe jajo. Mieszamy.
2. Olej wlewamy do rondelka i wsypujemy do niego kuleczki z laski wanilii i chwilę podgrzewamy, żeby uwolnić aromat. Dodajemy do jajek i wody / mleka
3. Rozbijamy jaja i oddzielamy białka od żółtek. Żółtka dodajemy do pozostałych składników, a białka ubijamy na sztywno.
4. Do pierwszej miski dodajemy proszek do pieczenia, ksylitol i mąki w niewielkich ilościach i mieszamy wszystko tak, by nie było grudek.
5. Do masy dodajemy po łyżce ubitą pianę i delikatnie mieszamy. Konsystencja ciasta przypomina gęstą śmietanę.
6. Płytki gofrownicy smarujemy olejem za pomocą pędzla i wykładamy porcje ciasta na nasze gofrowe kształty. Ja piekę ok. 3-4 min., ale wszystko zależy od gofrownicy. Każdy musi wyczuć swoją „maszynę szczęścia”. 😉

Z uwag technicznych:
– słodzidła spokojnie można pominąć, ponieważ jak zrobimy fajny dodatek np. w postaci musu owocowego, to nie brakuje słodyczy;
– ja smaruję gofrownicę olejem z obu stron co drugi raz, ale jeśli nie chcą się odklejać, to albo trzeba smarować za każdym razem albo spróbować podważyć drewnianą łopatką brzeg;
– moja gofrownica pochodzi Lidla. Oprócz lwa, słonia i żyrafy, są jeszcze zwierzątka morskie 😉
– jeśli zakup gofrownicy dopiero planujecie pod wpływem cieknącej właśnie ślinki, to koniecznie zwróćcie uwagę, by jej moc nie była niższa niż 800W, a najlepiej, by miała ok. 1000W. W przeciwnym wypadku gofry mogą się nie dopiekać i zamiast być chrupiące, będą gumowate.

SMACZNEGO!

P.S. Mój mus, który znikł tak szybko, że nie zdążyłam go nawet sfotografować:
– 0,3 kg truskawek,
– banan,
– garść winogron,
– 2 łyżki siemienia lnianego.

Sałatka z selerem naciowym i rodzynkami

Dziś przepis na sałatkę z selerem naciowym, która jest baaaardzo zdrowa, pyszna i… oryginalna w smaku. A jakże by inaczej!? 😉 A to głównie za sprawą pana selera, o którego cennych właściwościach poczytacie tu <klik>.

Potrzebujemy:
– 4 łodygi selera naciowego,
– 30 dag fileta z indyka (może być w kawałku lub mielony),
– 100 g białej kaszy gryczanej, o której pisałam tu <klik>
– 100 g rodzynek,
– sól,
– olej kokosowy do smażenia, ale bez „ciśnienia”(jak nie ma, to może by też inny. Ten po prostu jest najzdrowszy);
– dowolny biały sosik – np. czosnkowy, jogurtowy lub po prostu majonez.

Wykonanie:
1. Łodygi selera myjemy i kroimy na plasterki.
2. Indyka podsmażamy. Jeśli jest zmielony, to dbamy, żeby „kuleczki” się nie posklejały, jeśli jest w kawałku, to usmażonego studzimy i kroimy w kostkę. Dorzucamy do selera.
3. Kaszę gryczaną gotujemy z dodatkiem soli. Studzimy i dodajemy do pozostałych składników.
4. Wrzucamy rodzynki i wszystko mieszamy ze sobą.
5. Salaterki wykładamy liśćmi sałaty, a na nich umieszczamy porcje sałatki i polewamy je wybranym sosem.

Ta da da! Gotowe 🙂

SMACZNEGO!

Placuszki z białej kaszy gryczanej

Uwielbiam śniadania na ciepło. Dają solidnego energetycznego kopa na cały dzień. Najszybszą i dającą największe pole do popisu opcją są według mnie różnego rodzaju placuszki. Dziś przepis na mój najnowszy pomysł z wykorzystaniem kaszy gryczanej, o której pisałam tu <klik>.

Składniki:
2 banany
2 jabłka
2 jajka
pół woreczka ugotowanej kaszy gryczanej
mąka kukurydziana do zagęszczenia ciasta
kurkuma
olej kokosowy do smażenia

Do dekoracji:
konfitura z borówki amerykańskiej
kilka plasterków banana
świeże truskawki

Wykonanie:
1. Banany obrać i rozgnieść. To dzięki nim uzyskamy słodki smak. 😉
2. Jabłka obrać i zetrzeć na grubych oczkach.
3. Do owoców wbić dwa jajka, wrzucić ugotowaną kaszę gryczaną (można wykorzystać taką, która została poprzedniego dnia z obiadu ;)).
4. Jeśli ciasto wyjdzie za luźne, dodać kilka łyżek mąki kukurydzianej, według uznania (wybaczcie – ja wszystko gotuję na oko!)
5. Dodać pół łyżeczki kurkumy i wszystko dokładnie wymieszać.
6. Smażyć po kilka minut z każdej strony na nierafinowanym oleju kokosowym. (Spokojnie, można też na zwykłym, ale kokosowy zdrowszy).
Z podanych proporcji wychodzi ok. 20 placuszków.

Polecam jeść, póki ciepłe, ale na zimno też radują podniebienie.

SMACZNEGO!