Sałatka z kaszą i oliwkami

Zostałam ostatnio poproszona przez jedną z Czytelniczek o więcej przepisów na sałatki. Rzeczywiście, robię ich całe mnóstwo, ale jakoś zanim zdążę pomuśleć o wpisie, już nie ma czego fotografować, więc… po wpisie, bo bez zdjęć efektu nie ma co publikować, prawda?. 😛
Sałatki są wygodnym jedzeniem do zabrania ze sobą w pudełku do pracy, robi się je szybko, a do tego efektownie wyglądają na stole. Można także łatwo przemycić w nich różne zdrowe składniki, za którymi „solo” nie przepadamy. 😉
Dziś kolejne propozycja na sałatkę z kaszą. Do dzieła! 🙂

Potrzebujemy:

Warzywa:
1 większą marchewkę lub dwie średnie,
100 g białej kaszy gryczanej,
ok. 150 g zielonego groszku,
duża garść czarnych oliwek,
pół dużej cebuli lub jedna średnia.

Przyprawy:
sól
pieprz,
kminek mielony,
suszony lubczyk,
szczypta kurkumy.

Do dekoracji:
kilka czarnych oliwek.

Z sosów ja polecam majonez, a mój eM. ketchup, choć tak naprawdę żaden nie jest konieczny. 😉

Przygotowanie:

  1. Marchew ugotować na parze i pokroić w kostkę.
  2. Kaszę ugotować w lekko osolonej wodzie i wystudzić.
  3. Groszek rozmrozić i ugotować do miękkości, a w podbramkowych przypadkach, kiedy nie ma mrożonego, można odsączyć ten z puszki. 😛
  4. Cebulę pokroić w drobną kosteczkę i przelać wrzątkiem.
  5. Oliwki odsączyć z zalewy i pokroić na połówki.
  6. Wszystkie składniki włożyć do miski, pamiętając by zostawić kilka oliwek do dekoracji.
  7. Całość posypać kminkiem (na trawienie i przeciw wzdęciom), kurkumą, pieprzem i suszonym lubczykiem, a następnie wymieszać.
  8. Podawać saute, z majonezem lub ketchupem. 😉

Sałatka jest bardzo pożywna, ponieważ jest z kaszą. Może stanowić samodzielny posiłek taki jak śniadanie, kolacja, czy podwieczorek, może być również dodatkiem do wędlin, ryb czy jaj.
 Na początku posta foto mojego dzisiejszego śniadania, w którym właśnie tej sałatce towarzyszyły parówy. Oczywiście z dobrym składem. 😉

A dla wciąż nieprzekonanych do sałatki z kaszą, polecam wpis o właściwościach odżywczych białej, czyli niepalonej kaszy gryczanej <klik>. 🙂 Z kolei dla ciekawych, po co kurkuma, polecam ten wpis <klik>.

Pozdrawiam i życzę smacznego!

Kocykowe „Ale Dziecko! Ale Mama!” – 15.12.2016 r.

Co robimy, kiedy mamy zły humor? Gdzie chowamy się jak mamy chandrę? Co często robimy w chłodny zimowy wieczór? Gdzie i w jakiej pozycji najczęściej robimy sobie domowy seans filmowy? Ależ oczywiście, że pod kocem!
Koc ma cudowne właściwości – otuli, ogrzeje, odpręży, stworzy schronienie i poczucie bezpieczeństwa. Uwielbiają koce dorośli, lubią je nastolatki, każde niemowlę ma na wyposażeniu co najmniej jeden kocyk. Że nie wspomnę o tym, że z okazji pierwszej rocznicy ślubu również z moim eM. od dziadków dostaliśmy co? Koce! każdy swój, żebyśmy się nie kłócili. 😛 😉
Tak, tak, każdy w domu ma co najmniej kilka koców, bo są uniwersalnym nakryciem łóżka, izolatorem chłodu na podłodze, a także… świetnym budulcem i zabawką. Z pomocą koca można urządzić całe mnóstwo różnych zabaw. Na warsztatach „Ale dziecko! Ale mama!” również już bawiliśmy się kocami w „naleśniki” <klik> i <kilk>. I tym razem zaproponowałam zabawę kocami, ale w nowej odsłonie. Spodobała się dzieciom i mamom chyba również. 😉
Dlatego warsztaty te zdecydowanie były „KOCYKOWE”. 😉

Klasyczny tunel

Na dobry początek zrobiliśmy konstrukcję z krzeseł oraz koców i powstał tunel, przez który dzieci, a nawet mamy przechodziły na czworakach. 😉 Niektóre „Ale Dzieci!” miały poczatkowo opory przed pokonaniem dość długiego korytarza, ale jak tylko spróbowały, to w większości nie chciały przestać pokonywać tunelu raz za razem. 😉 Tempo podróżowania było tak szybkie, że chyba żadne zdjęcie nie jest ostre, ale cóż… rozmazanie jest wprost proporcjonalne do dobrej zabawy.

Kocykowe „pojazdy”

Wydawało się, że zabawa w tunel nigdy nie straci na atrakcyjności, ale w koncu udało się namówić dzieci do zmiany aktywności. Tym razem, koce zostały, krzesła zniknęły, a materace rozsunęliśmy tak, że pomiędzy nimi powstały uliczki! I po tych uliczkach we wszystkie możliwe strony podróżowały kocykowe pojazdy, a w nich „Ale dzieci” ciągnięte przez „Ale mamy!”. Jak dokładnie wyglądała zabawa, możecie obejrzeć na filmiku <klik> i <klik>.

Świątecznie plastycznie

Przedświąteczny czas sprzyja pracom plastycznym i przygotowaniu ozdób choinkowych. Tym razem zaproponowałam przygotowanie trójwymiarowych aniołków oraz gwiazdek / śnieżynek.

Aniołki

Dzieci otrzymały gotowe, wycięte już szablony. Trzeba było ozdobić sukienki, dorysować aniołkom buzie, dokleić im włosy. Skrzydła oklejaliśmy silikonowym wypełnieniem do poduszek, a następnie łączyliśmy oba elementy ze sobą za pomocą zszywacza.

Gwiazdki / śnieżynki

Tutaj osiągnęliśmy mistrzostwo recyklingu 😉 Z rolek po zużytym papierze toaletowym, pociętych na paski, zrobiliśmy prawdziwe cuda! Wystarczyło je ze sobą posklejać, posmarować klejem po brzegach i obsypać brokatem. 🙂


 

Jeśli spodobały Ci się zajęcia i masz ochotę ich zakosztować ze swoim Szkrabem, to zapraszam na zajęcia w każdy czwartek o 10.00 lub 16.00 w Gminnym Ośrodku Kultury w Buczkowicach po wcześniejszym zapisaniu się. Kontakt przez telefon lub maila podane w zakładce „Kontakt / współpraca” <klik> albo przez wiadomość prywatną na facebookowym fanpage’u: www.facebook.com/alezjawa.
Najbliższe zajęcia są w czwartek 5 stycznia 2017 roku. 🙂

A tymczasem zostaje oglądanie zdjęć w galeriach poniżej.

Pozdrawiam! 🙂

Galeria zdjęć z zajęć porannych:

Galeria zdjęć z zajęć popołudniowych:

Taneczne warsztaty „Ale dzidziuś!” – 20.12.2016 r.

Wiecie już, że uwielbiam tańczyć, prawda? Kocham też śpiew i muzykę, bo bez niej nie byłoby tańca, lubię różne rytmy, zwłaszcza te latynoskie (salsa i bachata <3), ale też klasyczne (walc angielski i wiedeński… mmm…. rozmarzyłam się… 😉 ) Z resztą nie trudno się domyślić, że właśnie dlatego przez ładnych kilka lat byłam instruktorem zajęć tanecznych dla przedszkolaków, skoro sama jako dziecko i nastolatka trenowałam taniec towarzyski oraz współczesny, a na studiach salsowałam co najmniej tyle samo, ile się uczyłam :-P. Z tego też powodu na warsztatach, które prowadzę jest tak dużo muzyki, tańca, śpiewu, zabaw ruchowych przy muzyce, tworzenia instrumentów oraz wydobywania dźwięków. Idąc tym tropem, ostatnie zeszłoroczne zajęcia „Ale dzidziuś” zdecydowanie były właśnie taneczne!

Taneczne początki w łonie mamy

Nawet najmniejsze dzieci już w łonie matki są wrażliwe na dźwięki, czego specjalnie udowadniać nie trzeba, gdyż chyba każda mama doświadczyła kopniaka z brzucha w efekcie jakiegoś głośnego dźwięku lub po prostu usłyszenia przez maluszka znajomego głosu.

Przetestowałam to osobiście jeszcze w inny sposób.Otóż, w ciąży codziennie słuchałam jednej z trzech płyt, które bardzo lubiłam. Była to muzyka dla niemowląt i dzieci, ale skomponowana tak, że nie drażniła jednocześnie dorosłych uszu rodzica. 😉 Łączyłam więc przyjemne z pożytecznym. Kiedy urodził się Mały S. i nie wiadomo było, co mu dolega, dlaczego jest zły, co mu nie pasuje i co go drażni… włączałam płytę. I co? W trzy sekundy zazwyczaj dziecko było… ODPRĘŻONE i spokojne!

Czy z niechodzącymi dziećmi można w ogóle tańczyć? Zapyta pewno teraz wielu. Ależ oczywiście, że tak. Wspominałam o tym już ostatnio tu <klik>. Dziecko w łonie mamy przecież „tańczy”, fika koziołki i jest bujane w wodach płodowych. Ono to uwielbia i go uspakaja, a jeśli dołożymy do tego jeszcze znane od początku życia dźwięki, to już mamy przepis na uspokojenie niemowlaka!

Już od jakiegoś czasu włączałam do naszych warsztatowych zajęć muzykę i tańce, ale tym razem było ich naprawdę sporo! Oczywiście było „Kółko graniaste” z przewracaniem się, buziakami i łaskotkami oraz „Poruszanka”, której fragment można obejrzeć na FB. 😉

Oprócz tego było nam „Zimno, zimno”, więc się rozgrzewaliśmy. Śpiewnie zgadzaliśmy się ze sobą „tak, tak, tak” albo mówiliśmy „nie, nie, nie”. Poznaliśmy też malutkiego krasnoludka, z którym wymasowaliśmy brzuszki. Nasze taneczne podróże zaprowadziły nas także do lasu, gdzie zamieniliśmy się w niedźwiadki oraz ich mamy zagrzebane na zimę w swoich gawrach, a po powrocie wszystkie nasze ubrania były tak brudne, że trzeba było włączyć utwór „Praczki” i razem z nimi doprowadzić się do porządku. 😉

 

Taneczne zabawy i nie tylko!

Da się ułatwić porządki z niemowlakiem? Ależ oczywiście! Z tej okazji była zajęciach przedświąteczna „jazda na szmacie”, która dzieciom wyjątkowo przypadła do gustu. 😉 Zawinęliśmy również kilka kocykowych krokietów na świąteczne stoły. 🙂

Oprócz tego odkrywaliśmy możliwości dźwiękowe pachołków, przez które mówiliśmy lub z których słuchaliśmy dochodzących dźwięków głosu mamy. Jak się okazało jest to pomoc doskonała, ponieważ może być także budulcem wspaniałych wież lub świetną czapeczką, a nawet butem czy rękawkiem. 😉

Stymulacja dotykowa

Co prawda tym razem nie było „ciaprania”, ale jakaś stymulacja zmysłu dotyku pojawić się musiała. Tym razem wybrałam do tego folię bąbelkową. W tym celu wykorzystałam – uwaga, uwaga – trzy rodzaje folii. Wiedzieliście, że jest ich kilka? Ja znalazłam w sumie trzy:

  1. zwyczajną – o drobnych bąbelkach, z jednej strony gładką,
  2. gładką  – również o drobnych oczkach, ale z obu stron gładką. Jest nieco sztywniejsza od tej pierwszej, bąbelki trudniej pękają,
  3. o dużych, naprawdę DUŻYCH bąblach.

Moim pomysłem na zabawę było czworakowanie po folii lub owijanie się nią, ale dzieci wolały samo owijanie, „pożyczanie” sobie nawzajem kawałków lub po prostu szeleszczenie. Ot, różne wizje rzeczywistości się spotkały. 😉

 

Tak upłynęły nam ostatnie, taneczne warsztaty „Ale dzidziuś!” w 2016 roku. Większość zabaw została uwieczniona na fotografiach, których jeszcze więcej w galerii na końcu posta. Niestety, nie wszystkie, ponieważ kiedy tańczymy, to ręce zajęte mam najczęściej animacją i nie ma możliwości, by jeszcze pstrykać zdjęcia, choć czasem coś uda się zrobić, a nawet nakręcić filmik, ale te do zobaczenia są na fb <klik>.
A tymczasem zapraszam do oglądania fotek. 🙂

Pozdrawiam i życzę wszystkim dużo tańca i muzyki w tym 2017 roku! 🙂

P.S. kolejne warsztaty już jutro, czyli we wtorek 3 stycznia. Jeśli masz ochotę dołączyć do grupy ze swoim Maluszkiem, napisz lub zadzwoń. Wszystkie dane znajdziesz w zakładce „KONTAKT/WSPÓŁPRACA” <klik>. Możesz także skontaktować się ze mną przez fanpage bloga na Facebooku: www.facebook.com/AleZjawa
Galeria zdjęć:

Galeria zdjęć:

Mój eM., jego siła przebicia i mój blog

Kochani!
Nie wiem, czy wiecie, ale… mogę zacząć pisać blog!
Serio, nie żartuję. Wszystko dzięki Szymon i każdemu, kto zaufał mu… w ciemno (ma facet dar przekonywania, co nie? Już wiecie, czemu został moim eM. 😉 ).

Uzbieraliście wspólnie na Facebooku 700 polubień fanpage’a bloga, który jeszcze nie istniał. Co więcej – fp był założony bez mojej wiedzy, a umowa była taka: będzie 700 lajków, zacznę pisać blog.  Tutaj link do posta mojego eM, który założył wspomniany fp, zanim się o tym dowiedziałam(!): https://www.facebook.com/AleZjawa/posts/1852289681664917?match=xbxvbmE%3D .
Od tego wszystko się zaczęło i przerosło chyba najśmielsze oczekiwania wszystkich, ze mną na czele, bo liczbę 700 wymieniłam mówiąc: „Muszę podać coś nierealnego… niech będzie 700!”.

Mocno się zdziwiłam, kiedy okazało się, że Wasze poparcie rośnie w siłę z dnia na dzień. Pisali do mnie znajomi, żebym już się tak nie opierała i wzięła się do roboty. Koleżanka powiedziała nawet, że jak ja zacznę blogować, to ona założy sobie konto na FB (Ola, wciąż trzymam Cię za słowo! 😛 ).
Początkowo nie chciałam – przede wszystkim bałam się, że nie dam rady, że nie potrafię, że nie poradzę sobie z krytyką, że nie będę potrafiła bronić swoich argumentów, że braknie mi umiejętności z zakresu obsługi social mediów, że… długo by wymieniać.

Koniec końców (hasło mojej przyjaciółki z czasów licealnych – pozdrawiam, $ledziku, gdziekolwiek w świecie teraz jesteś!), blog zaczęłam prowadzić, kiedy na liczniku było trochę ponad 200 polubień, bo kiedy zobaczyłam to wsparcie znajomych oraz znajomych naszych znajomych, nie mogłam postąpić inaczej.  Schowałam lęki do kieszeni, pomyślałam „raz kozie śmierć”, wzięłam głęboki oddech i usiadłam przed komputerem. Dobry pocztek, nie?

Potem było trochę trudności, ale jak wiadomo, nie od razu Kraków zbudowano.

Dziękuję Tobie, mój eM!

Nie miałam pojęcia o pisaniu postów, dodawaniu i szukaniu darmowych zdjęć, domenach, hostingach, SEO i milijonie innych rzeczy. W głowie mnóstwo rzeczy do powiedzenia, pomysłów na artykuły, ale umiejętności trochę brak, żeby to zrealizować. Wszystkiego nauczył mnie mój eM. Ten blog, to jego dzieło od strony formalnej. On jest moim głównym motorem i wsparciem. On wie, jak przetransportować blog z bloggera na wordpressa, jak znaleźć dobre grafiki, itp. Dziękuję Ci, Szymonie za Twój wkład w ten mój skrawek internetowej przestrzeni! :*

Dziękuję Tobie, mój Czytelniku!

A Wam, Kochani, dziękuję za zaufanie, zaangażowanie, każdy komentarz, polubienie, wiadomość prywatną z prośbą o poradę lub z podzieleniem się jak Wasza Pociecha się rozwija, jak pokazuje, czego nauczyła się na warsztatach lub jak bawiła się w domu pod wpływem blogowej inspiracji. Jesteście moją siłą napędową, wiatrem w żagle, ogromną radością i dumą zarazem. Tak, Ty – mamo, ciociu, babciu, tato, pedagogu czy nauczycielu, Ty – moja znajoma lub nie cierpiąca na chorobę Hashimoto, Ty – osoba na diecie bezglutenowej czy beznabiałowej jak ja. Każdy z osobna w kontakcie osobistym na żywo lub przez internet albo telefon.

Tak oto ja, blogująca mama i pedagog z Hashi, kończę ten rok.
Jeszcze raz dziękuję i polecam się na przyszłość tutaj na blogu, na facebookowym fanpage’u Ale Zjawy , na warsztatach i na kawie , a tymczasem życzę cudownego 2017 roku!

Do siego roku, Kochani!

P.S. A to mrowie kolorowych piłeczek na zdjęciu we wstępie, to te wszystkie moje pomysły na zabawy, wiedza pedagogiczna oraz ciekawostki żywieniowe… Już wiecie, czemu miałam pisać blog? Bo mój eM już tego chyba nie mógł słuchać 😛

Warsztaty ciaprania, czyli „Ale dzidziuś!” 13.12.2016 r.

Warsztaty „Ale dzidziuś!” weszły już na stałe w tygodniowy rozkład zajęć zarówno moich, jak i maluszków z najbliższej okolicy i nie tylko – są mamy, które dojeżdżają aż 40 km, żeby się z nami bawić (pozdrawiam, Asiu! ;))! W zajęciach uczestniczą niemowlęta od momentu opanowania umiejętności samodzielnego siedzenia do ok. 15 miesięcy wraz ze swoimi mamusiami, a czasem także tatusiami (pozdrawiam, Jacku i Adamie! ;).
Najlepsze zajęcia są wtedy, kiedy dzieci mogą na własnej skórze poczuć świat. Dlatego też 13 grudnia było wyjątkowo dużo „ciaprania” – dzieci szczęśliwe, a mamy jeszcze bardziej, bo sprzątałyśmy razem, więc tak nie „bolało”. 😛

Kolorowy żel

Po tanecznej rozgrzewce, na pierwszy ogień poszła woda. Ale to nie była taka zwyczajna, przezroczysta ciecz. Dodaliśmy bowiem do niej specjalny proszek, który zamienił ją w… kolorowy (różowy ;)) i pachnący żel. Większości dzieci bardzo się to spodobało, choć jedna mała „Smerfetka” była trochę niepocieszona, że ciocia zepsuła wodę i dla niej trzeba było szybciej żel zamienić z powrotem w wodę. Nie mniej jednak zżelowaną wodę można było formować w kulki, przekładać z ręki do ręki, dotykać jej granulek, co było bardzo ekscytującym doświadczeniem!

Tany, tany!

Od ciaprania czasem trzeba zrobić przerwę. Choćby niedużą. Najlepiej na coś ruchowego. 😉
Czy niechodzące dzieci mogą cieszyć się muzyką, śpiewem i tańcem? Ależ oczywiście, jeśli tylko mamy pod ręką kogoś dorosłego do pomocy oraz odpowiednio dobierzemy utwory. Otóż po pierwszych nieśmiałych próbach na siedząco, zaczęliśmy odważniej brykać i przy okazji mamy mają prawdziwy fitness. 😉 Dzięki tym wspólnym harcom we wszystkich budzi się radość i energia, a do tego dzieci uczą się wskazywać części ciała, jak np. przy piosence kąpielowej, kiwać głową przy słowach  „tak” i „nie”przy piosence „Głowa mówi”, odprężającego masażu brzuszka przy utworze „Szupurupu” albo rozgrzewania się, klaskania i tupania przy „Zimno, zimno”.

Ciaprania ciąg dalszy, czyli malowanie pastą

Z pozytywną energią i nieco zmachani, zasiedliśmy do prac plastycznych. Ponieważ zima za oknem, mróz szczypie w nosy, to i nasze malunki nawiązywały do tego „klimatu”. Na kolorowych kartkach „Ale dzidziusie” otrzymały zimowe krajobrazy odbite na kolorowych kartkach, a brakujący zimowy klimat domalowywały wiejącą chłodem białą pastą do zębów i swoimi łapkami. Radości było co nie miara! Zdjęcia nie są w stanie do końca oddać tego klimatu. 😉

Wszystkie zabawy zostały uwiecznione na fotografiach, których jeszcze więcej w galerii na końcu posta.
Zapraszam do oglądania.

Pozdrawiam i życzę wszystkim dużo radości oraz kreatywności w Nowym 2017 roku! 🙂

P.S. kolejne warsztaty już we wtorek 3 stycznia. Jeśli masz ochotę dołączyć do grupy ze swoim Maluszkiem, napisz lub zadzwoń. Wszystkie dane znajdziesz w zakładce „KONTAKT/WSPÓŁPRACA”. Możesz także skontaktować się ze mną przez fanpage bloga na Facebooku: www.facebook.com/AleZjawa
Galeria zdjęć:

Mikołajkowe „Ale Dziecko! Ale Mama!” – 8.12.2016 r.

Dwa dni po imieninach chyba najbardziej lubianego Świętego nie mogły odbyć się takie zwyczajne warsztaty. To musiały być zajęcia dedykowane właśnie Temu, o którym mówili wszyscy od co najmniej kilku tygodni i do którego pisano listy. Dlatego też ósmego grudnia odbyły się MIKOŁAJKOWE warsztaty „Ale Dziecko! Ale Mama!”.

Oprócz zwyczajowych tańców i piosenek oraz zabawy w małe kotki, wszystkie nasze zabawy i zadania związane były ze świętym Mikołajem oraz jego pomocnikami.

Białe, siwe i… miętowe

Na pierwszy ogień poszło malowanie. Jak wiadomo, św. Mikołaj i jego pomocnicy mają białe futerko na swoich kubraczkach, a także białe włosy i brody. Ale Dzieci tym razem zrobiły ich portrety przy użyciu… miętowej pasty do zębów. Możeci się domyślić jaką świeżością i czystością pachniało w całej sali. 😉

Niebiańskie gadżety 😉

Jak wiadomo, święty Mikołaj przyjeżdża z… nieba, na którym świecą gwiazdy. Na warsztatach wykonywaliśmy tym razem te mikołajkowe drogowskazy z makaronu spaghetti. 😉

Poza gwiazdami, na niebie zobaczyć można oczywiście także chmury. Kilka z nich Mikołaj przywiózł nam i zostawił na warsztatach. My, wykorzystaliśmy je do ćwiczeń oddechowych. A co w rzeczywistości pełniło funkcję chmur? Silikonowe, antyalergiczne wypełnienie do poduszek. Do kupienia na wagę, na przykład sklepach z pasmanterią. 🙂

Zabawa małych kotków

Jak wspomniałam na początku, wśród zabaw mikołajkowych znalazła się także jedna nie związana z tą tematyką. Każde dziecko oraz mama otrzymali drewnianą kuleczkę zawieszoną na sznureczku, a następnie podzielili się rolami: jedna osoba zamieniła się w małego kotka, a druga pozostała człowiekiem. 😉 Człowiek miał za zadanie zabawiać kotka ciągnąc kuleczkę, podrzucając ją, kręcąc nią, itp. Natomiast mały kiciuś miał za kuleczką biegać na czworakach, podskakiwać do niej,  łapać ją i bawić się nią łapkami przewracając się na plecy.

Czas relaksu

Po takiej dawce wrażeń, przyszedł czas na słodki relaks z masażem. Tym razem wykorzystaliśmy piłeczki o różnej wadze i fakturze. Do dyspozycji mam oraz dzieci były piłki gumowe, gąbkowe oraz szmaciane; wypełnione szeleszczącym styropianem, powietrzem lub gąbką; gładkie lub z wypustkami. Do wyboru, do koloru. Najczęściej to mamy masowały wybrane części ciała swoich „Ale dzieci!”, zdarzało się jednak także, że to „Ale mama!” była masowana! Żyć, nie umierać. 🙂

Mikołajkowe niespodzianki!

A na koniec warsztatów św. Mikołaj przygotował dla dzieci jeszcze małą niespodziankę! W podzięce za wykonane portrety, zostawił dzieciom podarunki! Każdy uczestnik warsztatów otrzymał drewniane zwierzątko – breloczek oraz miarkę wzrostu. Mikołajkowe prezenciki bardzo wszystkich zaskoczyły i ucieszyły. 😉

 

Jeśli spodobały Ci się zajęcia i masz ochotę ich zakosztować ze swoim Szkrabem, to zapraszam na zajęcia w każdy czwartek o 10.00 lub 16.00 w Gminnym Ośrodku Kultury w Buczkowicach po wcześniejszym zapisaniu się. Kontakt przez telefon lub maila podane w zakładce „Kontakt / współpraca” albo przez wiadomość prywatną na facebookowym fanpage’u: www.facebook.com/alezjawa.

A tymczasem zostaje oglądanie zdjęć w galerii poniżej.

Pozdrawiam! 🙂

Galeria zdjęć z zajęć porannych:

Galeria zdjęć z zajęć popołudniowych:

 

Mikstura na przeziębienie oraz sos do surówki w jednym!

Sezon przeziębieniowy w pełni. Doskonale widać to po frekwencji na warsztatach „Ale dziecko! Ale mama!” oraz „Ale dzidziuś!”. Co rusz otrzymuję telefony od mam, które odwołują swoją planową obecność na zajęciach. W ubiegły wtorek taki los dotknął aż… 8 mam ze swoimi maluszkami! Chorują dzieci, chorują mamy. Jak to mówią: „choroba nie wybiera” i może przytrafić się każdemu. Kiedy jednak wiemy, że jesteśmy szczególnie na nią narażeni, to możemy się zabezpieczać, o czym wspominałam już w poście o katarze, który jest tu <klik>. Może przydać się nam również specjalna mikstura. 

3 w 1

Wiem, brzmi jak z reklamy telewizyjnej i pewno większość z Was w tym momencie ma ocohtę przestać czytać ten post stwierdzając, że jest tanim chwytem marketningowym. Jednak naprawdę warto!

Mikstura, o której piszę:

  1. wzmacnia odporność,
  2. w razie infekcji pomaga szybciej wrócić do zdrowia,
  3. może stanowić sos do surówki!

Jej przyrządzenie jest banalnie proste, a smak całkiem przyjemny. Skoro udaje mi się podać ją nawet mojemu dziecku, to chyba każdy jest w stanie ją przełknąć. 😛 Fakt, Mały S. popija ją całkiem sporą ilością wody, ale przyjmuje. Dzięki niej, z ostatniego przeziębienia wyszedł obronną ręką po zaledwie dwóch dniach! A pani doktor przepowiadała co najmniej tydzień. Od tego czasu polecam ten przepis każdemu.

A zatem do dzieła!

Potrzebujemy:

  • sok z cytryny,
  • sproszkowany imbir,
  • kurkumę.

Przygotowanie:

  1. Cytrynę myjemy pod ZIMNĄ wodą. Nie pod ciepłąponieważ wtedy uwalnia się chemia, którą są pryskane cytrusy, a to ona najczęściej uczula.
  2. Wyciskamy sok z cytryny do miseczki.
  3. Dodajemy płaską łyżeczkę imbiru oraz łyżeczkę kurkumy.
  4. Wszystko mieszamy.

Mikstura jest gotowa do spożycia / użycia.

Uwagi praktyczne:

Przy przeziębieniu, podaję ją Małemu S. po łyżeczce lub po miareczce z syropu w formie strzykawki 3-4 razy dziennie. Dorosły może brać łyżeczkę co dwie/trzy godziny.
Przed każdą aplikacją, należy oczywiście przemieszać wszystkie składniki, ponieważ imbir i kurkuma będą osiadać na dnie miseczki.
Jeśli nie zużyję całości jednego dnia, to wkładam pozostałość do lodówki.

Mikstura w surówce

Mimo, iż napisałam wyżej, że syropek podaję nawet Małemu S., to zdaję sobie sprawę, że i tak znajdą się tacy, którym nie będzie odpowiadał i będą pluć nim dalej niż widzą. Z resztą przed chwilą przyszło moje dziecko i pokazując na zdjęcie powiedziało: „O, to ten syropek, który mi nie smakuje”. 😛
Wszystkie mamy doskonale wiedzą, co zrobić, żeby coś zdrowego zostało jednak zjedzone: należy to dobrze zakamuflować. 😉

Co prawda, kiedy po raz pierwszy robiłam surówkę z tym „sosikiem”, wcale nie miałam zamiaru maskować jego smaku. Po prostu chciałam sprawdzić, jak te składniki razem będą się komponować. Zestawienie, które Wam zaproponuje okazało się „strzałem w dziesiątkę”, dodatkowo bardzo prostym do wykonania. 

Przepis na surówkę:

Potrzebujemy

  • dwie marchewki,
  • jedno jabłko,
  • kilka łyżeczek mikstury.
  1. Trzemy na tarce o małych oczkach dwie marchewy.
  2. Ścieramy jabłko na ściance o grubych oczkach.
  3.  Dodajemy kilka łyżeczek (według uznania) naszej mikstury. 
  4. Wszystko mieszamy.
  5. Zjadamy ze smakiem do obiadu lub jako deser. 🙂

Prawda, że proste?

Imbir nie tylko w ciasteczkach

Imbir to roślina znana od tysięcy (!) lat. I z tego powodu jest też świetnie przebadany. Jak się okazuje, ma naprawdę szerokie zastosowanie w leczeniu różnorodnych schorzeń. Działa przeciwwirusowo, antybakteryjnie, przeciwbólowo, przeciwgrzybiczo i jeszcze przeciwutleniająco! Można dodawać go do wody, kawy czy herbaty, przyprawiać nim potrawy słodkie, jak ciasteczka, ale także mięsne, a nawet rybne (neutralizuje rybi zapach!).

Właściwości imbiru:
– ma działanie odkażające, można płukać nim bolące gardło,
– poprawia ukrwienie całego organizmu, także mózgu, przez co zwięsza koncentrację,
– rozgrzewa, a w wyższej temperaturze giną drobnoustroje chorobotwórcze (stąd gorączka, która jest dobrym objawem „walki” organizmu),
– poprawia apatyt – zwiększa wydzielania śliny oraz soków trawiennych,
– pomaga przy wzdęciach, 
– znają go chyba wszystkie ciężarne, bo choć nie na każdą z nas działał, to chyba każda sprawdzała jego właściwości przeciwwymiotne…
– w Azji używa się go jako afrodyzjaku. 😉

Kurkuma nie tylko w rosole

Kurkuma to przyprawa podobna w swoich właściwościach do imbiru. Jej głównym składnikiem jest kurkumina, której zawdzięcza swój intensywny żółty kolor. Kurkuma jest silnym przeciwutleniaczem, działa przeciwwirusowo, antybakteryjnie, przeciwgrzybiczo i oczyszczająco, zapobiega rozwojowi nowotworów.

Właściwości kurkumy:
– pomaga trawić białka,
– działa przeciwzapalnie (np. pomaga łagodzić ból w zapaleniu stawów),
– działa przecibólowo,
– leczy trądzik,
– pomaga przy wzdęciach i zaparciach,
– obniża poziom cukru w organizmie,
– wspomaga gojenie się ran,
– może zapobiegać postępującej degeneracji komórek mózgowych, a tym samym zapobiegać rozwojowi demencji starczej oraz chorobie Altheimera, przyspiesza procesy naprawcze w mózgu: pobudza mnożenie się i różnicowanie komórek nerwowych w mózgu),
– pomaga w chorobach wątroby,
– przeciwdziałą sklejaniu się płytek krwi, czyli działa przeciwzakrzepowo,
– łagodzi bóle menstruacyjne,
– działa jak antybiotyk!

Właściwości lecznicze imbiru i kurkumy, a także witaminy C z soku cytrynowego są nie do przecenienia. Mam nadzieję, że udało mi się to udowodnić w tym poście i Wasza mikstura na odporność i przeziębienie już się robi. 😉

 Zdrowym życzę odporności, a chorym szybkiego powrotu do zdrowia. 😉

Pozdrawiam serdecznie!

Przed Świętami obowiązkowo pierniczymy! :D

Z jakimi zapachami kojarzą się przede wszystkim Święta Bożego Narodzenia? Na pewno z zapachem gałązek świeżej choiny, migdałów, cytrusów… ale przede wszystkim z zapachem przypraw korzennych takich jak goździki, cynamon, imbir czy kardamon. Do tego często przed Świętami budzą się w nas różne dziwne instynkty jak na przykład ten… samoporządkowy, przy którym zdarza się niektórym gadać od rzeczy, czepiać o różne drobizgi, czyli ogólnie rzecz ujmując… „pierniczyć”. 😛 My pierniczymy nałogowo od pierwszych małżeńskich Świąt i mam nadzieję, że tradycję tę utrzymamy, a nawet przekażemy kolejnym pokoleniom. A co!

Jak się domyślacie, wcale nie mam na myśli przedświątecznych kłótni, zwad i przegadywania się, a oczywiście pieczenie świątecznych ciesteczek, czyli pierniczków. Oczywiście słodkich, acz bezcukrowych i oczywiście bezglutenowych, co by matko-żonka hashimotka również mogła się nimi nacieszyć. 😉

Chcecie poznać naszą recepturę? W takim razie do dzieła. 

Potrzebujemy:

  • 1,5 kg mąki gryczanej (można zmieszać też inne gatunki, np. 1 kg gryczanej i 0,5 kg kukurydzianej),
  • 0,5 kg miodu,
  • 0,5 kg masła,
  • 8 jaj,
  • 1/4 litra mleka (ja daję kozie),
  • 4 czubate łyżki kakao,
  • przyprawa do pierników lub samodzielnie zrobiona mieszanka cynamonu, kardamonu, imbiru i goździków wedle swoich preferencji smakowych,
  • 3 łyżeczki sody oczyszczonej,
  • szczypta soli.

Przygotowanie masy:

  1. Miód i masło roztopić w rondlu.
  2. Zagrzać mleko, rozpuścić w nim kakao i wymieszać ze stopionym masłem i miodem.
  3. Otrzymaną masę odstawić do ostudzenia.
  4. Przesiać mąkę, sodę i przyprawy, a następnie wymieszać ze sobą w oddzielnej misce.
  5. Oddzielić białka od żółtek.
  6. Białka ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę.
  7. Żółtka połączyć z przestudzoną masą.
  8. Połączyć wystudzoną masę z mąką.


  9. Dodać z pianę z białek i dokładnie wymieszać.

    Jak widać, kot nadzorował naszą pracę. 😉

    Tak wygląda gotowa masa przed chłodzeniem:
  10. Wstawić do lodówki na 6 godzin. Piekę te ciasteczka już kilka lat i testowałam już długość chłodzenia na różne sposoby: da się zrobić pierniczki i po 4 godzinach, i po całej nocy w lodówce. Jeśli chcecie robić wcześniej, to polecam od razu dać więcej mąki, żeby masa była mniej lepka.

    Tak wygląda masa po wyjęciu z lodówki. Tym razem chłodziła się całą noc:

Tak upłynął wieczór i noc, więc… od rana pierniczymy!

  1. Wyjmujemy masę z lodówki.
  2. Rozkładamy stolnicę lub robimy duuuuużo miejsca na blacie kuchennym i w okolicy. 😛
  3. Przygotowujemy wałek, foremki, formy, nożyki do wycinania kształtów i mąkę kukurydzianą do podsypywania.

    Oto nasz rynsztunek:

  4. Odrywamy kawałki ciasta wielkości pięści, oprószamy je z każdej strony mąką.
  5. Kładziemy na stolnicę również posypaną mąką.
  6. Wałkujemy na grubość kilku milimetrów (wedle upodobań).

  7. Wycinamy różne kształty i układamy ciasteczka na blasze.


  8. Pieczemy ok. 7 min. w temp. 175 stopni z termoobiegiem. Czas pieczenia jest zależny od grubości ciasta oraz piekarnika, ale po pierwszych dwóch partiach już każdy będzie wiedział, ile czasu potrzebują jego pierniczki. 🙂
    Większe i grubsze choinki w silikonowych formach ja piekłam 15 min.

Tak wygląda nasze rodzinne dzieło. STOP! Tak wyglądało…

Do Świąt jeszcze kilka dni. Warto przywołać odświętną, ale ciepłą atmosferę Bożego Narodzenia właśnie przez rodzinne przygotowania pełne słodyczy i pięknych zapachów. Z The Wally Family pracował dzielnie nawet nasz nowy domownik – Kot, co widać na jednej z powyższych fotografii. 🙂

To co? Jutro wszyscy pierniczymy? 😉 Ja nie mam wyjścia, ponieważ zeszłotygodniowy wypiek, którym się tu chwalę jest już w szczątkowych ilościach! 😛

A czy Wy pieczecie świąteczne ciasteczka? Kto pochwali się fotką? Zapraszam! 🙂

 

 

Mikołajkowe warsztaty „Ale dzidziuś!” – relacja 6.12.2016 r.

Jak 6 grudnia, to z pompą! Na warsztaty „Ale dzidziuś” również zawitał Mikołaj! Nie dość, że dzieci otrzymały drobne podarunki, to jeszcze miały okazję zobaczyć i dotknąć mikołajkowe chmurki prosto z nieba!

Ale może po kolei 😉

Tego dnia dzieci przywitała na sali wielka kolorowa chusta animacyjna. Na początku zajęć wszystkie mamy ze swoimi dziećmi usiadły na niej w kręgu, by się sobie przedstawić i podzielić, co też Święty przyniósł maluchom.

Następnie trzeba było trochę się rozgrzać, dlatego też wokół chusty odtańczyliśmy „Kółko graniaste” razem z obowiązkowym (!) przewracaniem się, buziakami i łaskotkami. 😉 Był też taniec „Poruszanka” oraz „Zimno nam w paluszki”.

Szczęście

Sznurówka + drewniana kulka = pełnia szczęścia. Kociego szczęścia, ponieważ „Ale dzidziusie!” zamieniły się w małe kocięta, którym mamusie pokazywały bujającą się i podskakującą kuleczkę do łapania. 🙂

 

Pełnia szczęścia

Czy można sobie wyobrazić jeszcze większe szczęście niż to opisane powyżej? Można:

papier toaletowy + maluch = pełnia szczęścia!

Kolejną zabawą zaproponowaną na warsztatach było rozwijanie i targanie papieru toaletowego. Znalezła się nawet jedna mała konsumentka tego towaru. 😉

Czas relaksu

Na każdych warsztatach znajdujemy chwilę na relaks ze stymulacją dotykową różnych partii ciała i budowanie zaufania poprzez kontakt fizyczny mamy i dziecka. Tym razem wybór padł na masaż różnego rodzaju piłeczkami. Do wyboru były gumowe kolczaste piłeczki, tkaninowe piłeczki z wypełnieniem ze styropianowych kuleczek, cięższe piłki wypełnione wodą, lekkie piłeczki do ping-ponga i pomponiki. Większość mam od razu wybierała dwie różne piłeczki – jedną do rączek dziecka i drugą do masażu. Nie uwierzycie, ale podczas masażu, w sali można było usłyszeć… ciszę! Większość dzieci tak zajęły piłeczki, ich gryzienie i dotykanie, że na nic innego już nie miały ochoty. 😉 Mamusie zatem słuchały tej błogiej ciszy, jednocześnie tocząc piłki po ciałkach swoich dzieci: rękach, nogach, brzuchach, plecach i twarzach.

Mikołajkowe chmurki

Na koniec zajęć wszystkie dzieci miały okazję dotknąć kawałka nieba. Otóż Mikołaj przywiózł ze sobą saniami trochę chmurek. 😉 Dzięki temu, dzieci mogły dotykać delikatnego białego puchu, razem z mamusiami dmuchać w niego (takie małe ćwiczenie logopedyczne 😉 oraz obserwować jak powoli opada. 

Tak upłynęły nam mikołajkowe warsztaty dla mam i niemowląt „Ale dzidziuś!” 

Jeśli macie ochotę zobaczyć więcej zdjęć, to zapraszam do galerii na końcu wpisu. Z kolei chętnych do uczestnictwa w zajęciach, zapraszam do kontaktu telefonicznego lub mailowego <klik> lub przez wiadomość na facebookowej stronie bloga <klik> w celu rezerwacji miejsca na kolejne zajęcia. Odbywają się one w każdy wtorek w sali wystawowej GOK w Buczkowicach o godz. 10.00.

Pozdrawiam!

Galeria zdjęć z warsztatów mikołajkowych 😉

Gluciate warsztaty „AD!AM!” – relacja 1.12.2016 r.

Dzieci uwielbiają poznawać świat zmysłami. Wszystkimi. Pierwszym, który się u nich rozwija, już w łonie mamy, jest dotyk. Więcej o nim przeczytać możecie tu <klik>, a tymczasem skupmy się na tym, co dotyk stymuluje: różne ciekawe substancje i faktury. Zapraszam zatem na dotykowo – gluciate warsztaty „Ale dziecko! Ale mama!”. 🙂

Sensoryczne puzzle filcowe

Po raz drugi na warsztatach pojawiły się filcowe puzzle sensoryczne, które przedstawiałam już tu <klik>. Tym razem jednak zajęliśmy się ich barwą. Każde z dzieci otrzymało zestaw puzzli w dwóch lub trzech kolorach, a ich zadaniem było klasyfikowanie poszczególnych obrazków do odpowiednich zbiorów. Jednocześnie poszerzaliśmy słownictwo poprzez nazywanie przedmiotów przedstawionych na filcowych kartach, a małe paluszki stymulowane były poprzez dotyk krawędzi obrysów puzzli.

Gluciate zabawy

Puzzle to jednak był zaledwie przedsionek raju, który czekał na dzieci tego dnia. 😉

Grupa poranna miała okazję podotykać gluciate zawartości misek. Skąd się wzięły? Ano najpierw każde z dzieci otrzymało miednicę z ciepłą wodą, a następnie miarkę specjalnego proszku, który w ciągu kilku minut zamienił tę wodę w koloroy i pachnący żel! Dzieci były oczarowane tą zamianą. Wkładały do niej ręce, przekładały z miejsca na miejsce, rzucały, formowały kulki… Tak bardzo podobało im się taplanie w tym niespotykanym, galaretowatym, a jednak ziarnistym żelu, że niektórzy zapakowali sobie swoją porcję do domu, by tam kontynuować zabawę!

Z kolei grupa popołudniowa bawiła się w „niezatapialne skarby”, jak dzieci podczas warsztatów „Ale dzidziuś”, z których relacja tu <klik>. Była jednak pewna zasadnicza różnica: starsze dzieci same wybierały, co chcą umieścić w swoich butelkach i rzeczywiście to robiły. Do wyboru były spinacze biurowe, kolorowe piórka, plastikowe łyżeczki, kolorowa fasola, groch… Kiedy butelki były już pełne skarbów, przyszedł czas na gluciate wypełnienie. Po kolei każdą butelkę napełnialiśmy do połowy krochmalem, mieszaliśmy dokładnie z sypką zapartością i dopełnialiśmy aż po samą zakrętkę. Takie butle dzieci zabrały ze sobą do domów.

Śnieżne obrazki

Ostatnią już dotykową stymulację tego dnia zapewniła praca plastyczna z użyciem silikonowego wypłenienia pościeli, które przypomina delikatny, śnieżny puch. 🙂

Najpierw dzieci z mamami wydzierały z papieru różne kształty, a następnie przyklejały je tworząc różne scenerie, jak np. lasu czy ulicy. Na koniec wszyscy pokrywali swoje obrazki warstwą białego, śnieżnego puchu. Tak powstały kolejne dzieła do domowych galerii. 😉


Zabawy ruchowe

Dla urozmaicenia wszystkich zabaw oczywiście było mnóstwo tańca, ale o tym pisać nie trzeba, bo to przecież wiadomo. 😉 Wspomnę tylko, że znów wróciły do nas kolorowe wstążki, które cieszą się nie słabnącą popularnością do tego stopnia, że niektórym „Ale dzieciom” nie wystarcza jedna, bo fajnie, kiedy każda ręka ma swoją.

 

Grupa poranna pobawiła się także w slalom gigant pomiędzy pachołkami we fluorescencyjnych kolorach. Właśnie ze względu na te „żarówiaste” barwy wszyscy uczestnicy po kilkukrotnym pokonaniu toru przeszkód, mogli pobawić się nimi w dowolny sposób. Jedni zakładali je na głowy jak czapeczki, inni przez nie oglądali świat, a jeszcze inni mówili jak przez megafon.

W ten sposób upłynęło nam 90 min. zabawy. Jeśli macie ochotę na więcej, to zapraszam do obejrzenia zdjęć w galeriach na końcu posta. A gdyby ktoś zechciał dołączyć do porannej lub popołudniowej grupy wraz ze swoim dzieckiem, to proszę o kontakt mailowy, telefoniczny <klik> lub przez wiadomość na facebookowym profilu <klik>.

Pozdrawiam!

 

Galeria z zajęć porannych:

Galeria z zajęć popołudniowych: